07.11.2024, 16:42 ✶
– Mama zawsze powtarza to odnośnie Prewettów i hazardzistów. Najczęściej nad kartami – powiedziała Florence, która tak naprawdę nie uważała, że wszyscy alchemicy to piromani, ale była przekonana, że każdy alchemik bez trudu mógłby puścić taką kamienicę z dymem, gdyby tylko chciał. I że gdyby pojawiła się tutaj horda wściekłych alchemiczek, chcących dostać się do środka z powodu dyskusji o rzymskich mistrzach eliksirów, to na pewno byłyby piromankami. – Gdyby pojawiła się z powrotem, wyświadczcie mi przysługę, i zawiadomcie BUM. Cerber, tu nie ma smakołyków – stwierdziła, delikatnym, ale stanowczym gestem odsuwając psiaka od skrzynki. – Mogę ustawić kod nawet na dwanaście cyfr, ale mam pewne obawy, że wtedy Electra i Icarus będą mieli do nas żal. Poza tym wolałabym nie być tutaj ściągana w trybie pilnym, bo zapomnieliście kod. U nas w domu posługujemy się głównie systemem sześciocyfrowym.
Wyciągnęła różdżkę i tym razem uniosła skrzynkę prostym zaklęciem, bez protestów przenosząc się do drzwi od wiatrołapu. Zawiesiła pudło w powietrzu, i zaczęła wyjmować fragmenty mechanizmu, kolejnymi zaklęciami przymocowując je do zamka i łącząc w przekładnie. Pracowała tak, jak robiła to zwykle: w absolutnym skupieniu, nie odzywając się do kuzyna, dopóki mechanizm nie znalazł się na miejscu, a ona nie upewniła się, że wszystko nałożyła poprawnie.
– Jeszcze kod – dodała, machając różdżką, a zębatki z cyframi zawirowały, zmieniając się jedna po drugiej, w oczekiwaniu na nadanie im właściwego hasła otwarcia. – I będziemy mogli przejść do klątwołamania… chociaż właściwie to było coś innego - stwierdziła z pewnym zamyśleniem. – Nie rozumiem tej magii. Myślałam, że Voldemort w jakiś sposób coś uszkodził, ale kapłanie twierdzą, że to błogosławieństwo matki. Sądząc po liczbie wniosków rozwodowych, które wpłynęły do Ministerstwa Magii, sprawa chyba nie jest aż taka prosta.
Nie wspominając o licznych scenach zazdrości. Florence była tym wszystkim skonsternowana. Sama zniosła rytuał dobrze: uwolniła się od niego i z łatwością przeszła z powrotem do traktowania Patricka jako przyjaciela. Ale wiedziała, że choć niektórym przyniósł coś dobrego i stworzył kilka nowych par albo pomógł kilku na nowo odnaleźć stare uczucia, to w równie wielu osobach pozostawił po sobie sporo goryczy. I cóż, rozbił parę związków, gdy ktoś wyczuł zdrady drugiej osoby...
Wyciągnęła różdżkę i tym razem uniosła skrzynkę prostym zaklęciem, bez protestów przenosząc się do drzwi od wiatrołapu. Zawiesiła pudło w powietrzu, i zaczęła wyjmować fragmenty mechanizmu, kolejnymi zaklęciami przymocowując je do zamka i łącząc w przekładnie. Pracowała tak, jak robiła to zwykle: w absolutnym skupieniu, nie odzywając się do kuzyna, dopóki mechanizm nie znalazł się na miejscu, a ona nie upewniła się, że wszystko nałożyła poprawnie.
– Jeszcze kod – dodała, machając różdżką, a zębatki z cyframi zawirowały, zmieniając się jedna po drugiej, w oczekiwaniu na nadanie im właściwego hasła otwarcia. – I będziemy mogli przejść do klątwołamania… chociaż właściwie to było coś innego - stwierdziła z pewnym zamyśleniem. – Nie rozumiem tej magii. Myślałam, że Voldemort w jakiś sposób coś uszkodził, ale kapłanie twierdzą, że to błogosławieństwo matki. Sądząc po liczbie wniosków rozwodowych, które wpłynęły do Ministerstwa Magii, sprawa chyba nie jest aż taka prosta.
Nie wspominając o licznych scenach zazdrości. Florence była tym wszystkim skonsternowana. Sama zniosła rytuał dobrze: uwolniła się od niego i z łatwością przeszła z powrotem do traktowania Patricka jako przyjaciela. Ale wiedziała, że choć niektórym przyniósł coś dobrego i stworzył kilka nowych par albo pomógł kilku na nowo odnaleźć stare uczucia, to w równie wielu osobach pozostawił po sobie sporo goryczy. I cóż, rozbił parę związków, gdy ktoś wyczuł zdrady drugiej osoby...