07.11.2024, 18:59 ✶
Zatrzymali się na chwilę, więc wykorzystał ten czas, by spojrzeć na horyzont. W oddali majaczyła wioska, do której zmierzali. Nie miało to znaczenia, jak długo jeszcze będą szli, wiedział, że muszą dotrzeć do celu. Najlepiej prędzej niżeli później, ale to nie do końca zależało od niego. Niestety, co odrobinę krzyżowało mu szyki i pozostawiało posmak goryczy na języku, który odruchowo przygryzł kilkukrotnie, żeby powstrzymać się przed niewiele wnoszącym komentarzem.
Ambroise Bertrand Greengrass - mistrz dyskrecji a teraz jeszcze zważania na słowa. Urocze.
Widział jak Rowle walczy z falami depresyjnej ciemności, chcąc odzyskać kontrolę nad sobą, mimo że sama najpewniej czuła się jak wyrośnięte dziecko w opresji. Po prostu wolał uznać, że nie wymagała jeszcze od niego sięgnięcia po głębsze zasoby empatii, które w dalszym ciągu kryły się gdzieś tam pod jego grubą skórą. Nie chciał aż tak angażować się w jej dramaty, bo to mogłoby oznaczać nawiązanie nici sympatii. A to nie sprzyjało biznesowi. Nie w tym wypadku.
Zawsze stawiał swoje interesy na pierwszym miejscu. W tym momencie były one związane ze złożoną jej obietnicą, toteż nie zamierzał porzucać kobiety na pastwę losu, ale przecież nie musiał jej pocieszać przyjacielskim poklepywaniem po plecach.
Możliwe, że zalęknione spojrzenie, jakim go obdarzyła było raczej jednoznaczne, ale nie zamierzał jej okłamywać. Nie był sympatycznym człowiekiem. Natomiast cenił sobie wypracowaną pozycję i własny święty spokój. Nie chciał tego burzyć pochopnymi posunięciami.
- To samotniczka jest twoim największym problemem. Nie ja - mimo wszystko postanowił obdarzyć ją spokojnym spojrzeniem.
To zapewnienie nic go nie kosztowało. Jej również nie. Było darmowe. Totalement gratuit.
- Czas mija - zwrócił uwagę, bacznie rozglądając się po najbliższej okolicy. - Im prędzej ruszymy, tym lepiej - jego słowa zawisły w powietrzu.
Zimny, nieprzyjemny fakt. Otoczenie nie miało się stać przyjemniejsze ani tym bardziej bezpieczniejsze. Wręcz przeciwnie. Wraz z nadejściem wieczoru miało być wyłącznie gorzej, choć nie bawił się już w te dodatkowe informacje. Ciężar ich wagi był wyraźny, prawie namacalny. Oboje musieli go udźwignąć, z tym że każde na swój własny sposób.
- Rozszczepienie, Panienko Rowle. Teleportacja w tym stanie grozi rozszczepieniem - skwitował powoli, zakładając, że ma do czynienia właśnie z panienką a nie z panią, choć chwilę później wspomniany Cymbał mógł być z powodzeniem jej leniwym mężem półgłówkiem albo dzieckiem.
Cóż. Na pewno kimś na tyle istotnym, że wywoływał w niej bardzo gwałtowne reakcje. Wyglądała, jakby miała się poskładać w pół a jednocześnie wyrwać do przodu jak błyskawica. Oba na raz.
- Regino - zaczął; jego ton był neutralny, może nawet całkiem miły, no, co najmniej spokojny i opanowany - zajmiemy się tym w odpowiednim czasie. Krok po kroku - stwierdził stanowczo, nawet nie próbując zagłębiać się w to, kim lub czym był ten Cymbał. - Jeśli przyspieszymy, możemy dotrzeć do miasteczka, zanim noc nas pochłonie - podkreślił, bo choć względnie zdecydowanie poruszali się do przodu to nadal mieli bardzo wolne tempo przerywane częstymi przystankami. - Ale musisz skoncentrować się na tym, co jest przed nami, nie zanurzać się w żalu. Dostrzeż, co jest wokół i utrzymaj rytm - to nie była rekomendacja tylko przykaz, w który instynktownie włożył cały swój uzdrowicielski autorytet, mimowolnie ignorując uścisk na przedramieniu.
Dystansował się od jej emocji, nie zamierzając nawet udawać, że go obchodzą. Miał swoje własne. Każdy dźwigał jakiś ciężar. Gdyby brał na siebie problemy wszystkich ludzi, których spotykał w Mungu lub poza nim, najpewniej dawno wylądowałby w Lecznicy Dusz albo spróbowałby szczęścia w powieszeniu się na jakimś drzewie w Kniei.
Choć to drugie mogłoby się nie powieść, gdyby las postanowił wypełnić obietnicę czuwania nad Greengrassami. Żywił dziwne przekonanie, że najpewniej solidnie by się potłukł, złamałby sobie kość ogonową i wyszedłby stamtąd pełen odrazy dla własnej chwilowej słabości.
Rzecz jasna mógłby się również otruć. Nie popisywał się przed Reginą swoją wiedzą na temat trucizn. Naprawdę ją posiadał. Do tego stopnia, że z pewnością dobrałby właściwą dawkę jakiejś dostatecznie przyjemnej substancji. Byłoby to całkiem skuteczne, być może nawet względnie estetyczne i czyste rozwiązanie. Bowiem nie wszystkie eliksiry powodowały wymioty czy plucie krwią - to był mit powielany przez amatorów.
Natomiast zdecydowanie wybierał zachowywanie zdrowego rozsądku. Cudze dramaty nie były i nie miały być jego dramatami. Ostatecznie był dla Rowle jedynie obcym człowiekiem, który nie miał czasu na żałowanie ani sentymenty. Sam przeszedł przez niejedno piekło, więc nie zamierzał brać na siebie dodatkowych zmartwień. I chociaż wewnętrznie czuł pewną empatię, nie zamierzał pozwolić, by te uczucia kierowały jego działaniami.
Raczej usilnie patrzył na nią jak na osobę, która miała swoje zmartwienia, z którymi musiała sobie radzić nie od dzisiaj. W tym momencie wzmacniane przez działanie pyłku kwiatów samotniczki, a więc po prostu w większym stopniu wyrzucane przez na powierzchnię. Najpewniej wbrew woli, bo nie wyglądała na kogoś, kto zalewał nieznajomych falą uzewnętrznienia.
Czy tego chciała, czy nie - musiała się pozbierać. Mógł jej służyć twardym, stabilnym ramieniem i rozmową o jakichś pierdoletach. Zamierzał dotrzymać swojej części umowy, zadbać o jej bezpieczeństwo i o to, żeby depresja nie wywołała u niej próby samobójczej, ale to byłoby na tyle. Nie musiał być dla niej przyjacielskim misiem tylko stanowczym oparciem, które teraz znowu pociągnęło ją do ruchu wprzód - do Little Hangleton.
Znacznie bardziej interesowały go kwestie związane z dostrzeganiem nadchodzącego zmierzchu niż dramat uczuć, które docierały do niego ze strony Reginy. Nie powinien ich tu zastać mrok. Szczególnie, że opuścili już okolicę, w której mogliby spróbować rozpalić ognisko i z szansą powodzenia spędzić noc bez żadnych nieproszonych interakcji.
- Bardzo mi, kurwa, wszystko jedno - wyjątkowo ani razu nie cisnęło mu się na usta, nawet jeśli byłoby to całkiem w stylu Greengrassa.
Przynajmniej tego tutaj. Choć czy można było to uznać za wyjątkowo dziwne? Zaczynał odczuwać zmęczenie, podejmując wysiłek, żeby nie dawać po sobie poznać, że czuje się coraz bardziej wyczerpany fizycznie.
Teoretycznie nie mógł być na siebie zły. Wiele osób już dawno zaczęłoby potykać się o własne nogi, kiedy on wyłącznie zagryzł zęby, starając się nie obciążać słabszego sztywniejącego kolana. Musiał się pilnować.
Nie bez przyczyny przykładał wręcz fanatyczną wagę do tego, żeby utrzymywać kondycję fizyczną. Gdyby pozwolił sobie na zaniechanie, równie dobrze mógłby od razu postawić na sobie krzyżyk. Mimo to nie był niewzruszoną skałą. Ani fizycznie, ani psychicznie. Po prostu nie pozwalał sobie okazywać tego, ile kosztują go niektóre wyskoki i zachowanie pokerowej twarzy.
Dotarli do lepszej części drogi, gdzie po bokach wzrastały strzeliste łany trawy a ścieżka była wyraźniejsza i tak równa jak to możliwe w tej okolicy.
Zerknął na Reginę spod nieznacznie zmarszczonych brwi. Jej wyraz twarzy nie zmieniał się zbytnio, ale Ambroise nie wątpił, że wiedziała, że musi starać się uspokoić, jeśli nie chce zwracać na siebie jeszcze większej uwagi. Wystarczyło, że i tak mieli ją przyciągać.
Ambroise Bertrand Greengrass - mistrz dyskrecji a teraz jeszcze zważania na słowa. Urocze.
Widział jak Rowle walczy z falami depresyjnej ciemności, chcąc odzyskać kontrolę nad sobą, mimo że sama najpewniej czuła się jak wyrośnięte dziecko w opresji. Po prostu wolał uznać, że nie wymagała jeszcze od niego sięgnięcia po głębsze zasoby empatii, które w dalszym ciągu kryły się gdzieś tam pod jego grubą skórą. Nie chciał aż tak angażować się w jej dramaty, bo to mogłoby oznaczać nawiązanie nici sympatii. A to nie sprzyjało biznesowi. Nie w tym wypadku.
Zawsze stawiał swoje interesy na pierwszym miejscu. W tym momencie były one związane ze złożoną jej obietnicą, toteż nie zamierzał porzucać kobiety na pastwę losu, ale przecież nie musiał jej pocieszać przyjacielskim poklepywaniem po plecach.
Możliwe, że zalęknione spojrzenie, jakim go obdarzyła było raczej jednoznaczne, ale nie zamierzał jej okłamywać. Nie był sympatycznym człowiekiem. Natomiast cenił sobie wypracowaną pozycję i własny święty spokój. Nie chciał tego burzyć pochopnymi posunięciami.
- To samotniczka jest twoim największym problemem. Nie ja - mimo wszystko postanowił obdarzyć ją spokojnym spojrzeniem.
To zapewnienie nic go nie kosztowało. Jej również nie. Było darmowe. Totalement gratuit.
- Czas mija - zwrócił uwagę, bacznie rozglądając się po najbliższej okolicy. - Im prędzej ruszymy, tym lepiej - jego słowa zawisły w powietrzu.
Zimny, nieprzyjemny fakt. Otoczenie nie miało się stać przyjemniejsze ani tym bardziej bezpieczniejsze. Wręcz przeciwnie. Wraz z nadejściem wieczoru miało być wyłącznie gorzej, choć nie bawił się już w te dodatkowe informacje. Ciężar ich wagi był wyraźny, prawie namacalny. Oboje musieli go udźwignąć, z tym że każde na swój własny sposób.
- Rozszczepienie, Panienko Rowle. Teleportacja w tym stanie grozi rozszczepieniem - skwitował powoli, zakładając, że ma do czynienia właśnie z panienką a nie z panią, choć chwilę później wspomniany Cymbał mógł być z powodzeniem jej leniwym mężem półgłówkiem albo dzieckiem.
Cóż. Na pewno kimś na tyle istotnym, że wywoływał w niej bardzo gwałtowne reakcje. Wyglądała, jakby miała się poskładać w pół a jednocześnie wyrwać do przodu jak błyskawica. Oba na raz.
- Regino - zaczął; jego ton był neutralny, może nawet całkiem miły, no, co najmniej spokojny i opanowany - zajmiemy się tym w odpowiednim czasie. Krok po kroku - stwierdził stanowczo, nawet nie próbując zagłębiać się w to, kim lub czym był ten Cymbał. - Jeśli przyspieszymy, możemy dotrzeć do miasteczka, zanim noc nas pochłonie - podkreślił, bo choć względnie zdecydowanie poruszali się do przodu to nadal mieli bardzo wolne tempo przerywane częstymi przystankami. - Ale musisz skoncentrować się na tym, co jest przed nami, nie zanurzać się w żalu. Dostrzeż, co jest wokół i utrzymaj rytm - to nie była rekomendacja tylko przykaz, w który instynktownie włożył cały swój uzdrowicielski autorytet, mimowolnie ignorując uścisk na przedramieniu.
Dystansował się od jej emocji, nie zamierzając nawet udawać, że go obchodzą. Miał swoje własne. Każdy dźwigał jakiś ciężar. Gdyby brał na siebie problemy wszystkich ludzi, których spotykał w Mungu lub poza nim, najpewniej dawno wylądowałby w Lecznicy Dusz albo spróbowałby szczęścia w powieszeniu się na jakimś drzewie w Kniei.
Choć to drugie mogłoby się nie powieść, gdyby las postanowił wypełnić obietnicę czuwania nad Greengrassami. Żywił dziwne przekonanie, że najpewniej solidnie by się potłukł, złamałby sobie kość ogonową i wyszedłby stamtąd pełen odrazy dla własnej chwilowej słabości.
Rzecz jasna mógłby się również otruć. Nie popisywał się przed Reginą swoją wiedzą na temat trucizn. Naprawdę ją posiadał. Do tego stopnia, że z pewnością dobrałby właściwą dawkę jakiejś dostatecznie przyjemnej substancji. Byłoby to całkiem skuteczne, być może nawet względnie estetyczne i czyste rozwiązanie. Bowiem nie wszystkie eliksiry powodowały wymioty czy plucie krwią - to był mit powielany przez amatorów.
Natomiast zdecydowanie wybierał zachowywanie zdrowego rozsądku. Cudze dramaty nie były i nie miały być jego dramatami. Ostatecznie był dla Rowle jedynie obcym człowiekiem, który nie miał czasu na żałowanie ani sentymenty. Sam przeszedł przez niejedno piekło, więc nie zamierzał brać na siebie dodatkowych zmartwień. I chociaż wewnętrznie czuł pewną empatię, nie zamierzał pozwolić, by te uczucia kierowały jego działaniami.
Raczej usilnie patrzył na nią jak na osobę, która miała swoje zmartwienia, z którymi musiała sobie radzić nie od dzisiaj. W tym momencie wzmacniane przez działanie pyłku kwiatów samotniczki, a więc po prostu w większym stopniu wyrzucane przez na powierzchnię. Najpewniej wbrew woli, bo nie wyglądała na kogoś, kto zalewał nieznajomych falą uzewnętrznienia.
Czy tego chciała, czy nie - musiała się pozbierać. Mógł jej służyć twardym, stabilnym ramieniem i rozmową o jakichś pierdoletach. Zamierzał dotrzymać swojej części umowy, zadbać o jej bezpieczeństwo i o to, żeby depresja nie wywołała u niej próby samobójczej, ale to byłoby na tyle. Nie musiał być dla niej przyjacielskim misiem tylko stanowczym oparciem, które teraz znowu pociągnęło ją do ruchu wprzód - do Little Hangleton.
Znacznie bardziej interesowały go kwestie związane z dostrzeganiem nadchodzącego zmierzchu niż dramat uczuć, które docierały do niego ze strony Reginy. Nie powinien ich tu zastać mrok. Szczególnie, że opuścili już okolicę, w której mogliby spróbować rozpalić ognisko i z szansą powodzenia spędzić noc bez żadnych nieproszonych interakcji.
- Bardzo mi, kurwa, wszystko jedno - wyjątkowo ani razu nie cisnęło mu się na usta, nawet jeśli byłoby to całkiem w stylu Greengrassa.
Przynajmniej tego tutaj. Choć czy można było to uznać za wyjątkowo dziwne? Zaczynał odczuwać zmęczenie, podejmując wysiłek, żeby nie dawać po sobie poznać, że czuje się coraz bardziej wyczerpany fizycznie.
Teoretycznie nie mógł być na siebie zły. Wiele osób już dawno zaczęłoby potykać się o własne nogi, kiedy on wyłącznie zagryzł zęby, starając się nie obciążać słabszego sztywniejącego kolana. Musiał się pilnować.
Nie bez przyczyny przykładał wręcz fanatyczną wagę do tego, żeby utrzymywać kondycję fizyczną. Gdyby pozwolił sobie na zaniechanie, równie dobrze mógłby od razu postawić na sobie krzyżyk. Mimo to nie był niewzruszoną skałą. Ani fizycznie, ani psychicznie. Po prostu nie pozwalał sobie okazywać tego, ile kosztują go niektóre wyskoki i zachowanie pokerowej twarzy.
Dotarli do lepszej części drogi, gdzie po bokach wzrastały strzeliste łany trawy a ścieżka była wyraźniejsza i tak równa jak to możliwe w tej okolicy.
Zerknął na Reginę spod nieznacznie zmarszczonych brwi. Jej wyraz twarzy nie zmieniał się zbytnio, ale Ambroise nie wątpił, że wiedziała, że musi starać się uspokoić, jeśli nie chce zwracać na siebie jeszcze większej uwagi. Wystarczyło, że i tak mieli ją przyciągać.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down