07.11.2024, 21:40 ✶
Pokiwał głową, dochodząc do wniosku, że to rzeczywiście było całkiem zabawne. Jego oczy zalśniły od lekkiego rozbawienia, gdy spojrzał na Geraldine. W sumie miała rację. Nic, co robiła przy garach nie było ani trochę ochocze. Wymuszone okolicznościami - tak, ale nie ochocze.
Nie od razu podjął przerwany temat. Przez dłuższą chwilę milczał delektując się ciszą.
Kiedy poczuł ciepło jej nóg na swoich kolanach, uśmiechnął się pod nosem. Nic więcej nie było mu potrzebne, by czuć się spełnionym. No, może prócz łyka ciepłego wina, którym uraczył się z oferowanego mu kubka.
Było smaczne. Nieco zbyt słodkie jak na standardy Greengrassa, ale naprawdę umiała je przygotować. Choć może rzeczywiście trochę przesadził z tym ochoczym korzystaniem z kociołka.
Nie bez przyczyny to głównie on panował w kuchni, bardzo niechętnie przyznając, że mu to całkowicie odpowiada. Nie mówiąc już o tym, że nie przyznałby się do tego przed kimkolwiek prócz Yaxleyówny, która i tak najpewniej zdążyła sama to zauważyć, bo raczej chętnie przyjęła ich układ.
No nie był skrzatem domowym ani gosposią. Po prostu nie mieli ani jednego, ani drugiego podczas pobytów w domku w Whitby a życie z jedzenia na wynos (swoją drogą zazwyczaj wątpliwej jakości) nie odpowiadało ich poziomowi, więc zajęcie się kuchnią przez jedno z nich było naturalną koleją rzeczy.
Roise nawet nie do końca pamiętał, kiedy padło na niego. Odnalazł w tym dostatecznie dużo punktów wspólnych z warzeniem eliksirów, tworzeniem medykamentów i przygotowywaniem składników, żeby podjąć kilka prób i stwierdzić, że szło mu całkiem przyzwoicie. Nie był w tym wybitny, ale nie stronił od kociołka tak bardzo jak jego dziewczyna.
- Chcesz, żebym się za czymś rozejrzał? - Zaoferował, obdarzając Geraldine zamyślonym spojrzeniem i przegarniając włosy z czoła za ucho, żeby uważniej przypatrzeć się jej reakcji. - To nie będzie nic dużego ani ciekawego. Zima to ogólnie słaby okres, ale może udałoby się coś znaleźć - lekko wzruszył ramionami.
Nie wyobrażał sobie tego, co choć ani razu nie padło na głos ani nie zostało przez nią zasugerowane w żaden inny sposób, to było raczej całkiem jasne. Nie był aż takim ignorantem. Oczywiście, że zdawał sobie sprawę z tego jak to wyglądało pośród jej grupy zawodowej. To, że nie postanowiła wziąć żadnego zlecenia poza granicami kraju było poświęceniem z jej strony. Doceniał je, ale nie chciał, żeby męczyła się w domu, odchodząc od zmysłów z nudy i braku zajęć.
Odruchowo poprawił zagięty brzeg koszuli, marszcząc czoło w zastanowieniu. Jedna z jego dłoni odruchowo gładziła łydkę Geraldine, choć nawet nie dostrzegał tego gestu.
Z biegiem czasu takie drobne odruchy zaczęły po prostu przejawiać się w jego codziennym zachowaniu. Tak samo jak ten spokój, który zazwyczaj ogarniał go po powrocie do domu, gdy siadali obok siebie, dzieląc się elementami minionego dnia.
Choć ich obecny temat raczej nie wzbudzał w Greengrassie zbyt wiele łagodnych reakcji. Wręcz przeciwnie. Mężczyzna parsknął głośno, potrząsając głową.
- Leach bogaty? W żadnym razie - to było równie zabawne, co żenujące z perspektywy kogoś, kto utrzymywał tego pasożyta, co słusznie zauważyła Geraldine. - Przeżera nasze galeony, kupując sobie względy kolejnych panienek i robiąc z tego publiczne przedstawienie zamiast pójść do Rose Noire albo na jakieś swoje mugolskie dupy - przycisnął palce do skroni, kręcąc głową.
Szczególnie wtedy, kiedy usłyszał kolejne słowa dziewczyny, mrugając. Jego dolna warga drgnęła, zdradzając wewnętrzny sprzeciw szybko zastąpiony przez jawne obrzydzenie na samą myśl o tym, że Leach miałby...
...nawet nie próbował tego komentować.
- Nie przeczę. Plany awaryjne to dobra opcja, ale to jest jawny przejaw tchórzostwa. Nic więcej - niemalże wypluł te słowa.
Nie szanował tego typu zabiegów. Być może nie miał zbyt dużej wiary w moralność innych ludzi. W swoją własną prawdę mówiąc również nie, bo sam wielokrotnie robił coś, co gwarantowało mu wyjście obronną ręką z bardzo dupnej sytuacji. Mimo to po osobie pełniącej taką a nie inną funkcję spodziewałby się znacznie więcej dyskrecji w planowaniu planu ucieczki.
Tymczasem Leach z miesiąca na miesiąc pozwalał sobie na coraz więcej. Zachowywał się nie tyle jak idiota, co jak człowiek jawnie plujący czystokrwistej społeczności w oczy i usiłujący mówić, że pada deszcz. W ostatnim czasie posunął się jeszcze dalej, bo próbując wmówić to jeszcze mugolom i ludziom z innych zakątków świata.
- Nie ma wyczucia. To człowiek bez zdrowego rozsądku i klasy - mógłby powiedzieć znacznie więcej, ale nie chciał nadużywać niecenzuralnych słów cisnących mu się w tej chwili na usta.
To miał być miły wieczór z ciastem i winem. Tymczasem rozmowa o stanie Ministerstwa Magii nijak nie wpisywała się w ten klimat, wywołując u niego wyraźną niechęć i pogardę wobec rządu, których nawet nie powstrzymywał. Szczególnie wtedy, kiedy usłyszał kolejne slowa ukochanej.
- Trzy - zawahał się chwilę, zanim przywołał w pamięci, ile tak właściwie usiłował rządzić Leach. - Od sześćdziesiątego drugiego. Maksymalnie siedem lat między kolejnymi wyborami, które wykorzysta do ostatniej godziny. Trzy lata ssania czarodziejskiego społeczeństwa - potarł czoło z irytacją, starając się dać jak najbardziej konstruktywną odpowiedź, mimo nieskrywanego niezadowolenia.
Nigdy nie wyrażał szczególnego zainteresowania polityką. No, może kiedy miał kilkanaście lat i był jedynym z tych młodych gniewnych czarodziejów chcących zarządzać całym światem. Wtedy z pewnością zwracał uwagę na tematy, o których mógł wygłaszać wyjątkowo szumne, głośne opinie nie mające zbyt wiele związku z logiką i rozsądkiem (choć oczywiście by się do tego nie przyznał - ani teraz, ani tym bardziej wtedy).
Natomiast ominęła go znaczna część politycznych zapędów, bo przez większość czasu snuł marzenia o wielkiej karierze w świecie sportu. Z tego powodu skupiał myśli wokół drugiej z najpopularniejszych ścieżek zawodowych pośród nastoletnich chłopców: Quidditchu. Planował wpływać na świat poprzez swoje wybitne osiągnięcia na tym poletku.
Ostatecznie nie skończył ani tu, ani tu i w gruncie rzeczy wcale mu to nie przeszkadzało. Co prawda z trudem przełknął konieczność pożegnania się z mrzonkami o wielkiej karierze sportowej, ale znalazł własną niszę.
Nawet niejedną, choć w dalszym ciągu bez wątpienia najbardziej zależało mu na tym, aby zrobić jawną karierę, ugruntować sobie pozycję i móc ciągnąć z tego benefity bez obaw, że ktoś spróbuje go wygryźć (tak jak to nieustannie miało miejsce w półświatku).
Oficjalnie od samego początku stażu w Mungu starał się podkreślać swoją obecność, nie osiadł na laurach po objęciu stałej posady a od roku zaczął dostrzegać możliwość utorowania sobie względnie szybkiej ścieżki do awansu po zbliżającej się emeryturze obecnego ordynatora.
To była kwestia kilku kolejnych lat, więc może nie aż tak błyskawiczna, ale z pewnością nie będąca planem na następną dekadę. Lubił swoje zajęcie, nie brakowało mu zaangażowania, drygu i umiejętności. Nie czuł potrzeby pchać się gdzieś poza szpital, żeby poczuć się istotny.
Wystarczyło, że może się spełnić zawodowo. Polityka nie była jego bajką, nawet jeśli liczyła się w świecie czystokrwistych. Ambroise kręcił nosem na Ministerstwo Magii i to, co się tam odpierdalało, ale nie zamierzał być zbawcą magicznej społeczności. Ten kurwidołek sam się nakręcał. Próba wskoczenia do niego mogła się skończyć własną kością wbitą w gardło.
Poza tym było coś co nieodmiennie liczyło się bardziej od prawa - bezprawie. To, czego nie regulowały sztucznie narzucane zasady łamane w białych rękawiczkach przez Leacha i inne mendy tego pokroju. Coś, co rządziło się własnymi regułami opartymi na znacznie większej logice i wbrew pozorom - ładzie.
Przyczyna dostania klątwą w plecy zazwyczaj dawała się poznać. Akcja wywoływała reakcję a na wyższych poziomach struktur liczyły się honor i lojalność, których brakowało politykom. Ci zmieniali zdanie pod wpływem powiewu wiatru. Mydlili oczy wyborców, którzy mieli bardzo krótką pamięć.
Przewrócił oczami, słysząc pytanie, lecz postanowił wyjaśnić swój punkt widzenia. Normalnie pewnie machnąłby ręką albo rzuciłby jednoznaczne spojrzenie w kierunku rozmówcy. Przekrzywiłby na bok głowę, nie mogąc uwierzyć w usłyszane słowa. Uśmiechnąłby się przymusowo, aby zakryć swoje niezadowolenie.
Raczej wyśmiałby (pod nosem lub bardziej otwarcie w zależności od tego, z kim i gdzie by rozmawiał) tę naiwność, ale to była Geraldine. Naprawdę starał się być wobec niej lepszą wersją siebie. Rozmawiać, tłumaczyć myśli, brać pod uwagę jej punkt widzenia i nie oceniać go od razu jako niewłaściwy.
Przeciągnął palcami po chłodnym parapecie, układając myśli. Odruchowo sięgnął po stojący tam kubek grzanego wina, przełknął głębszy przyjemnie rozgrzewający łyk, po czym kiwnął głową, jakby dawał sobie zgodę na reakcję.
- Ludzka pamięć jest bardzo ułomna. Kolejny minister magii będzie kimś o bardziej odpowiedniej krwi. To z pewnością. Natomiast po nim spróbują wcisnąć nam kolejnego mugolaka - skreślił ręką nieokreślony kształt w powietrzu. - Ewentualnie wcisną nam teraz półkrewka. Wszystko w imię postępu - skwitował bez cienia aprobaty.
Miał analityczny umysł. Nie był przeciwnikiem zmiany, jeśli takowa miała sens. Był konserwatystą, ale nie uważał się za przesadnie zatwardziałego.
Oczywiście niełatwo było przemówić do niego, gdy miał swoje ugruntowane zdanie, ale nie zamykał oczu na transformacje ogarniające ich świat. Starał się analizować sytuację.
Z tym, że nie wierzył a nawet wręcz gardził parytetami i wciskaniem mugolaków wszędzie tam, gdzie krzyczeli, że muszą być w ramach równości i sprawiedliwości.
Musieli się bardziej postarać, skoro startowali ze słabszej, ułomnej pozycji. Nobby Leach nawet nie próbował tego udawać.
Nie od razu podjął przerwany temat. Przez dłuższą chwilę milczał delektując się ciszą.
Kiedy poczuł ciepło jej nóg na swoich kolanach, uśmiechnął się pod nosem. Nic więcej nie było mu potrzebne, by czuć się spełnionym. No, może prócz łyka ciepłego wina, którym uraczył się z oferowanego mu kubka.
Było smaczne. Nieco zbyt słodkie jak na standardy Greengrassa, ale naprawdę umiała je przygotować. Choć może rzeczywiście trochę przesadził z tym ochoczym korzystaniem z kociołka.
Nie bez przyczyny to głównie on panował w kuchni, bardzo niechętnie przyznając, że mu to całkowicie odpowiada. Nie mówiąc już o tym, że nie przyznałby się do tego przed kimkolwiek prócz Yaxleyówny, która i tak najpewniej zdążyła sama to zauważyć, bo raczej chętnie przyjęła ich układ.
No nie był skrzatem domowym ani gosposią. Po prostu nie mieli ani jednego, ani drugiego podczas pobytów w domku w Whitby a życie z jedzenia na wynos (swoją drogą zazwyczaj wątpliwej jakości) nie odpowiadało ich poziomowi, więc zajęcie się kuchnią przez jedno z nich było naturalną koleją rzeczy.
Roise nawet nie do końca pamiętał, kiedy padło na niego. Odnalazł w tym dostatecznie dużo punktów wspólnych z warzeniem eliksirów, tworzeniem medykamentów i przygotowywaniem składników, żeby podjąć kilka prób i stwierdzić, że szło mu całkiem przyzwoicie. Nie był w tym wybitny, ale nie stronił od kociołka tak bardzo jak jego dziewczyna.
- Chcesz, żebym się za czymś rozejrzał? - Zaoferował, obdarzając Geraldine zamyślonym spojrzeniem i przegarniając włosy z czoła za ucho, żeby uważniej przypatrzeć się jej reakcji. - To nie będzie nic dużego ani ciekawego. Zima to ogólnie słaby okres, ale może udałoby się coś znaleźć - lekko wzruszył ramionami.
Nie wyobrażał sobie tego, co choć ani razu nie padło na głos ani nie zostało przez nią zasugerowane w żaden inny sposób, to było raczej całkiem jasne. Nie był aż takim ignorantem. Oczywiście, że zdawał sobie sprawę z tego jak to wyglądało pośród jej grupy zawodowej. To, że nie postanowiła wziąć żadnego zlecenia poza granicami kraju było poświęceniem z jej strony. Doceniał je, ale nie chciał, żeby męczyła się w domu, odchodząc od zmysłów z nudy i braku zajęć.
Odruchowo poprawił zagięty brzeg koszuli, marszcząc czoło w zastanowieniu. Jedna z jego dłoni odruchowo gładziła łydkę Geraldine, choć nawet nie dostrzegał tego gestu.
Z biegiem czasu takie drobne odruchy zaczęły po prostu przejawiać się w jego codziennym zachowaniu. Tak samo jak ten spokój, który zazwyczaj ogarniał go po powrocie do domu, gdy siadali obok siebie, dzieląc się elementami minionego dnia.
Choć ich obecny temat raczej nie wzbudzał w Greengrassie zbyt wiele łagodnych reakcji. Wręcz przeciwnie. Mężczyzna parsknął głośno, potrząsając głową.
- Leach bogaty? W żadnym razie - to było równie zabawne, co żenujące z perspektywy kogoś, kto utrzymywał tego pasożyta, co słusznie zauważyła Geraldine. - Przeżera nasze galeony, kupując sobie względy kolejnych panienek i robiąc z tego publiczne przedstawienie zamiast pójść do Rose Noire albo na jakieś swoje mugolskie dupy - przycisnął palce do skroni, kręcąc głową.
Szczególnie wtedy, kiedy usłyszał kolejne słowa dziewczyny, mrugając. Jego dolna warga drgnęła, zdradzając wewnętrzny sprzeciw szybko zastąpiony przez jawne obrzydzenie na samą myśl o tym, że Leach miałby...
...nawet nie próbował tego komentować.
- Nie przeczę. Plany awaryjne to dobra opcja, ale to jest jawny przejaw tchórzostwa. Nic więcej - niemalże wypluł te słowa.
Nie szanował tego typu zabiegów. Być może nie miał zbyt dużej wiary w moralność innych ludzi. W swoją własną prawdę mówiąc również nie, bo sam wielokrotnie robił coś, co gwarantowało mu wyjście obronną ręką z bardzo dupnej sytuacji. Mimo to po osobie pełniącej taką a nie inną funkcję spodziewałby się znacznie więcej dyskrecji w planowaniu planu ucieczki.
Tymczasem Leach z miesiąca na miesiąc pozwalał sobie na coraz więcej. Zachowywał się nie tyle jak idiota, co jak człowiek jawnie plujący czystokrwistej społeczności w oczy i usiłujący mówić, że pada deszcz. W ostatnim czasie posunął się jeszcze dalej, bo próbując wmówić to jeszcze mugolom i ludziom z innych zakątków świata.
- Nie ma wyczucia. To człowiek bez zdrowego rozsądku i klasy - mógłby powiedzieć znacznie więcej, ale nie chciał nadużywać niecenzuralnych słów cisnących mu się w tej chwili na usta.
To miał być miły wieczór z ciastem i winem. Tymczasem rozmowa o stanie Ministerstwa Magii nijak nie wpisywała się w ten klimat, wywołując u niego wyraźną niechęć i pogardę wobec rządu, których nawet nie powstrzymywał. Szczególnie wtedy, kiedy usłyszał kolejne slowa ukochanej.
- Trzy - zawahał się chwilę, zanim przywołał w pamięci, ile tak właściwie usiłował rządzić Leach. - Od sześćdziesiątego drugiego. Maksymalnie siedem lat między kolejnymi wyborami, które wykorzysta do ostatniej godziny. Trzy lata ssania czarodziejskiego społeczeństwa - potarł czoło z irytacją, starając się dać jak najbardziej konstruktywną odpowiedź, mimo nieskrywanego niezadowolenia.
Nigdy nie wyrażał szczególnego zainteresowania polityką. No, może kiedy miał kilkanaście lat i był jedynym z tych młodych gniewnych czarodziejów chcących zarządzać całym światem. Wtedy z pewnością zwracał uwagę na tematy, o których mógł wygłaszać wyjątkowo szumne, głośne opinie nie mające zbyt wiele związku z logiką i rozsądkiem (choć oczywiście by się do tego nie przyznał - ani teraz, ani tym bardziej wtedy).
Natomiast ominęła go znaczna część politycznych zapędów, bo przez większość czasu snuł marzenia o wielkiej karierze w świecie sportu. Z tego powodu skupiał myśli wokół drugiej z najpopularniejszych ścieżek zawodowych pośród nastoletnich chłopców: Quidditchu. Planował wpływać na świat poprzez swoje wybitne osiągnięcia na tym poletku.
Ostatecznie nie skończył ani tu, ani tu i w gruncie rzeczy wcale mu to nie przeszkadzało. Co prawda z trudem przełknął konieczność pożegnania się z mrzonkami o wielkiej karierze sportowej, ale znalazł własną niszę.
Nawet niejedną, choć w dalszym ciągu bez wątpienia najbardziej zależało mu na tym, aby zrobić jawną karierę, ugruntować sobie pozycję i móc ciągnąć z tego benefity bez obaw, że ktoś spróbuje go wygryźć (tak jak to nieustannie miało miejsce w półświatku).
Oficjalnie od samego początku stażu w Mungu starał się podkreślać swoją obecność, nie osiadł na laurach po objęciu stałej posady a od roku zaczął dostrzegać możliwość utorowania sobie względnie szybkiej ścieżki do awansu po zbliżającej się emeryturze obecnego ordynatora.
To była kwestia kilku kolejnych lat, więc może nie aż tak błyskawiczna, ale z pewnością nie będąca planem na następną dekadę. Lubił swoje zajęcie, nie brakowało mu zaangażowania, drygu i umiejętności. Nie czuł potrzeby pchać się gdzieś poza szpital, żeby poczuć się istotny.
Wystarczyło, że może się spełnić zawodowo. Polityka nie była jego bajką, nawet jeśli liczyła się w świecie czystokrwistych. Ambroise kręcił nosem na Ministerstwo Magii i to, co się tam odpierdalało, ale nie zamierzał być zbawcą magicznej społeczności. Ten kurwidołek sam się nakręcał. Próba wskoczenia do niego mogła się skończyć własną kością wbitą w gardło.
Poza tym było coś co nieodmiennie liczyło się bardziej od prawa - bezprawie. To, czego nie regulowały sztucznie narzucane zasady łamane w białych rękawiczkach przez Leacha i inne mendy tego pokroju. Coś, co rządziło się własnymi regułami opartymi na znacznie większej logice i wbrew pozorom - ładzie.
Przyczyna dostania klątwą w plecy zazwyczaj dawała się poznać. Akcja wywoływała reakcję a na wyższych poziomach struktur liczyły się honor i lojalność, których brakowało politykom. Ci zmieniali zdanie pod wpływem powiewu wiatru. Mydlili oczy wyborców, którzy mieli bardzo krótką pamięć.
Przewrócił oczami, słysząc pytanie, lecz postanowił wyjaśnić swój punkt widzenia. Normalnie pewnie machnąłby ręką albo rzuciłby jednoznaczne spojrzenie w kierunku rozmówcy. Przekrzywiłby na bok głowę, nie mogąc uwierzyć w usłyszane słowa. Uśmiechnąłby się przymusowo, aby zakryć swoje niezadowolenie.
Raczej wyśmiałby (pod nosem lub bardziej otwarcie w zależności od tego, z kim i gdzie by rozmawiał) tę naiwność, ale to była Geraldine. Naprawdę starał się być wobec niej lepszą wersją siebie. Rozmawiać, tłumaczyć myśli, brać pod uwagę jej punkt widzenia i nie oceniać go od razu jako niewłaściwy.
Przeciągnął palcami po chłodnym parapecie, układając myśli. Odruchowo sięgnął po stojący tam kubek grzanego wina, przełknął głębszy przyjemnie rozgrzewający łyk, po czym kiwnął głową, jakby dawał sobie zgodę na reakcję.
- Ludzka pamięć jest bardzo ułomna. Kolejny minister magii będzie kimś o bardziej odpowiedniej krwi. To z pewnością. Natomiast po nim spróbują wcisnąć nam kolejnego mugolaka - skreślił ręką nieokreślony kształt w powietrzu. - Ewentualnie wcisną nam teraz półkrewka. Wszystko w imię postępu - skwitował bez cienia aprobaty.
Miał analityczny umysł. Nie był przeciwnikiem zmiany, jeśli takowa miała sens. Był konserwatystą, ale nie uważał się za przesadnie zatwardziałego.
Oczywiście niełatwo było przemówić do niego, gdy miał swoje ugruntowane zdanie, ale nie zamykał oczu na transformacje ogarniające ich świat. Starał się analizować sytuację.
Z tym, że nie wierzył a nawet wręcz gardził parytetami i wciskaniem mugolaków wszędzie tam, gdzie krzyczeli, że muszą być w ramach równości i sprawiedliwości.
Musieli się bardziej postarać, skoro startowali ze słabszej, ułomnej pozycji. Nobby Leach nawet nie próbował tego udawać.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down