Zdjęta bariera wpuściła chłodny wiatr do chronionej przez siebie świecy.
Bankiet zgasł nim zapłonął na dobre.
Bankiet zgasł nim zapłonął na dobre.
Magowie i wiedźmy tłoczyli się przy namiocie, gnani ludzką ciekawością, pragnieniem informacji, czy próbą wydedukowania tego, cóż tak na prawdę stało się w przeciągu tego krótkiego kwadransa, gdy wszyscy przecież pili i śledzili przekazywane złote laury z rąk mecenasów na skronie (czy do kieszeni) artystów. Poła została rozwarta szeroko dla zebranych, ale taśma dość szybko zagrodziła drogę każdemu, kto chciałby tam wejść. Baldwin ujrzał najwięcej, przyzwyczajony do mroku Ścieżek, do scen wypełnionych przemocą, mający pamięć malarza, który wszak powinien być wrażliwy na detal, aby później wierniej oddać go na płótno. Z pewnością byłby w stanie, jako naoczny świadek powiedzieć więcej, niż zdjęcia stojącego za nim Isaaca - robione w pośpiechu, robione "instynktownie" zanim nie było to możliwe. Enzo również pchał się w przód, w niepokoju, w poczuciu winy. Mężczyźni wypchnęli przy tym Lorraine, która głównie mogła oglądać ich plecy, nie była to zapewne jednak wielka strata, skoro pół jej duszy miało pełen obraz sytuacji. O ile będą w ogóle chcieli o tym mówić.
Gdy ta grupa odeszła, wejście do namiotu wciąż pozostawało chronione przez złowieszczą taśmę, teraz dodatkowo zdobną w biały, niewinny kwiat, niemego świadka całego zajścia. Choć, czy rzeczywiście tak niemego? Byli wszak tacy co potrafili słuchać tych, którzy nie mają ust.
Za Atreusem podążała młoda Burke o okrągłej twarzy z wielkimi brązowymi oczyma szeroko teraz rozwartymi.
– Natychmiastowa ewakuacja według zhierarchizowanej listy. Tylko, że założenie było takie, że jak bariera jebnie, to też w nas będą jebać – odpowiedziała aurorowi, który przejął sprawę. – Nikt nie przewidział z naszych takiego scenariusza, rozkazu nie było więc... – wzruszyła ramionami, po czym odwróciła się w stronę biegnącego do nich Cedrica. Twarz młodzika wyrażała skonsternowanie i nie pokój, ale sam też już dostrzegł, że pod połą drugiego namiotu zostało ledwie kilka osób. – Nowy szef – poinstruowała go krótko zaciskając usta w wąską linię.
Dołączył do nich również Jonathan, który ledwie chwilę temu miał okazję spojrzeć wprost w srebrzyste wiekiem, zaniepokojone oczy zagranicznego gościa, który bezczelnie postanowił spojrzeć ku niemu w tej samej chwili.
– Prends soin de toi, chevalier – bezgłośnie wypowiedziały w jego kierunku zimne wargi, gdy hrabia został bezceremonialnie złapany za nadgarstek i teleportowany przez jednego brygadzistów gdzieś, wraz z Ministrą, Yaxleyem, szefem Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów i nieco zdziwionym Longbottomem.
Teraz przy namiocie artystów Jonathan mógł widzieć jak rozchodzą się gapie, jak przybywa Eden, by usłyszeć z wnętrza uspokajający komunikat Brenny.
– Przepraszam, szanowni Państwo, impreza została zakończona. Nie są Państwo tu bezpieczni. – Młoda brygadzistka Burke nie traciła czasu, łapiąc za rękę Eden i Jonathana, po czym bez pytania teleportując ich na powrót do galerii sztuki Averych.
Ktoś w końcu rozproszył działanie magicznej harfy. W powietrzu unosiła się sprzeczka, między brygadzistą a ostatnią z cioteczek Parkinson, która klarowała mu dlaczego powinna zostać i złożyć zeznania. Rapahaela Avery pokręciła tylko głową, w odpowiedzi na pytanie, czy wie, kto jej to zrobił. Z dłoni wypadły okruchy porcelanowej, złocistej figurki elfiej wróżki - przełamanego klucza strzegącego bezpieczeństwa jej gości, a załzawiony wzrok utkwiony był w krwistym napisie zdobiącym rozsypane dokumenty.
Gdy ta grupa odeszła, wejście do namiotu wciąż pozostawało chronione przez złowieszczą taśmę, teraz dodatkowo zdobną w biały, niewinny kwiat, niemego świadka całego zajścia. Choć, czy rzeczywiście tak niemego? Byli wszak tacy co potrafili słuchać tych, którzy nie mają ust.
Za Atreusem podążała młoda Burke o okrągłej twarzy z wielkimi brązowymi oczyma szeroko teraz rozwartymi.
– Natychmiastowa ewakuacja według zhierarchizowanej listy. Tylko, że założenie było takie, że jak bariera jebnie, to też w nas będą jebać – odpowiedziała aurorowi, który przejął sprawę. – Nikt nie przewidział z naszych takiego scenariusza, rozkazu nie było więc... – wzruszyła ramionami, po czym odwróciła się w stronę biegnącego do nich Cedrica. Twarz młodzika wyrażała skonsternowanie i nie pokój, ale sam też już dostrzegł, że pod połą drugiego namiotu zostało ledwie kilka osób. – Nowy szef – poinstruowała go krótko zaciskając usta w wąską linię.
Dołączył do nich również Jonathan, który ledwie chwilę temu miał okazję spojrzeć wprost w srebrzyste wiekiem, zaniepokojone oczy zagranicznego gościa, który bezczelnie postanowił spojrzeć ku niemu w tej samej chwili.
– Prends soin de toi, chevalier – bezgłośnie wypowiedziały w jego kierunku zimne wargi, gdy hrabia został bezceremonialnie złapany za nadgarstek i teleportowany przez jednego brygadzistów gdzieś, wraz z Ministrą, Yaxleyem, szefem Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów i nieco zdziwionym Longbottomem.
Teraz przy namiocie artystów Jonathan mógł widzieć jak rozchodzą się gapie, jak przybywa Eden, by usłyszeć z wnętrza uspokajający komunikat Brenny.
– Przepraszam, szanowni Państwo, impreza została zakończona. Nie są Państwo tu bezpieczni. – Młoda brygadzistka Burke nie traciła czasu, łapiąc za rękę Eden i Jonathana, po czym bez pytania teleportując ich na powrót do galerii sztuki Averych.
Ktoś w końcu rozproszył działanie magicznej harfy. W powietrzu unosiła się sprzeczka, między brygadzistą a ostatnią z cioteczek Parkinson, która klarowała mu dlaczego powinna zostać i złożyć zeznania. Rapahaela Avery pokręciła tylko głową, w odpowiedzi na pytanie, czy wie, kto jej to zrobił. Z dłoni wypadły okruchy porcelanowej, złocistej figurki elfiej wróżki - przełamanego klucza strzegącego bezpieczeństwa jej gości, a załzawiony wzrok utkwiony był w krwistym napisie zdobiącym rozsypane dokumenty.
SZLAMOJEBCA
Koniec sesji
Baldwin, Eden