08.11.2024, 11:46 ✶
– Nie jestem pewna, czy zdanie SUMów można traktować jako jakikolwiek wyznacznik – skwitowała Florence, nie unosząc głowy znad mechanizmu. Drobny błąd mógłby sprawić, że ten stałby się bezużyteczny albo co gorsza uwięził ich tutaj i musiałaby wzywać ojca na pomoc. Machnęła różdżką, sześć razy, i po kolei w odpowiednich miejscach ustawiały się cyfry: 7, 3, 5, 6, 9, 8.
Uzdrowicielka zamknęła drzwi, zablokowała przekładnię i upewniła się, że zamek pozostaje zamknięty po szarpnięciu. A potem ustawiła ręcznie odpowiednia kombinację: coś szczęknęło i drzwi się otworzyły.
– Wszystko działa. Możecie zostawić przekładnię oczywiście niezablokowaną, jeśli akurat jej nie potrzebujecie – stwierdziła, zabierając się do chowania narzędzi i reszty elementów z powrotem do skrzynki.
Florence nie mogła powiedzieć, że jest teraz zupełnie spokojna o bezpieczeństwo krewnych. Nie była. Po Lammas niepokój o nich wszystkich miał tylko się zwiększyć, i chyba musieliby pokryć cały dom lakierem przeciwogniowym, aby Florence trochę odetchnęła.
– I tak, i nie. Między ludźmi powstawała niewidzialna nić, którą można było przerwać. Nienaturalna, bo uczucia, które zaczynały ich łączyć, nie miały nic wspólnego z prawdziwymi. Nieważne, czy kochali się, lubili, czy nienawidzili, chcieli być ze sobą – powiedziała Florence w zamyśleniu, cofając się od drzwi i ciągnąc za sobą skrzynkę, gotowa przejść do salonu albo kuchni, zależnie, gdzie Basilius chciał wziąć się za omawianie teorii oraz ćwiczenia praktyczne rozproszenia. – Dla mnie to jak klątwa i to dość okrutna, nawet jeżeli nie wszyscy, którzy jej doświadczyli, by się z tym zgodzili. Ale stara magia Beltane została wzmocniona i wypaczona. To nie była klątwa, nie było błogosławieństwo tylko coś… zupełnie innego. Zresztą… to chyba nieważne, ale pozwoliło na naukę usuwania… magicznych połączeń.
Ale chociaż było to „nieważne”, to męczyło Florence. Lubiła wiedzieć, na jakich zasadach działały pewne rzeczy, zwłaszcza związane z jej specjalizacją. Była Krukonką. Krukoni widząc zagadkę, chcieli tę rozwiązać.
– Zastanawiam się, czy gdy doszło do wzmocnienia mocy ognisk, aby… Voldemort… mógł ją ukraść, nie wzmocniono także rytuału, ale to tylko teoria.
Uzdrowicielka zamknęła drzwi, zablokowała przekładnię i upewniła się, że zamek pozostaje zamknięty po szarpnięciu. A potem ustawiła ręcznie odpowiednia kombinację: coś szczęknęło i drzwi się otworzyły.
– Wszystko działa. Możecie zostawić przekładnię oczywiście niezablokowaną, jeśli akurat jej nie potrzebujecie – stwierdziła, zabierając się do chowania narzędzi i reszty elementów z powrotem do skrzynki.
Florence nie mogła powiedzieć, że jest teraz zupełnie spokojna o bezpieczeństwo krewnych. Nie była. Po Lammas niepokój o nich wszystkich miał tylko się zwiększyć, i chyba musieliby pokryć cały dom lakierem przeciwogniowym, aby Florence trochę odetchnęła.
– I tak, i nie. Między ludźmi powstawała niewidzialna nić, którą można było przerwać. Nienaturalna, bo uczucia, które zaczynały ich łączyć, nie miały nic wspólnego z prawdziwymi. Nieważne, czy kochali się, lubili, czy nienawidzili, chcieli być ze sobą – powiedziała Florence w zamyśleniu, cofając się od drzwi i ciągnąc za sobą skrzynkę, gotowa przejść do salonu albo kuchni, zależnie, gdzie Basilius chciał wziąć się za omawianie teorii oraz ćwiczenia praktyczne rozproszenia. – Dla mnie to jak klątwa i to dość okrutna, nawet jeżeli nie wszyscy, którzy jej doświadczyli, by się z tym zgodzili. Ale stara magia Beltane została wzmocniona i wypaczona. To nie była klątwa, nie było błogosławieństwo tylko coś… zupełnie innego. Zresztą… to chyba nieważne, ale pozwoliło na naukę usuwania… magicznych połączeń.
Ale chociaż było to „nieważne”, to męczyło Florence. Lubiła wiedzieć, na jakich zasadach działały pewne rzeczy, zwłaszcza związane z jej specjalizacją. Była Krukonką. Krukoni widząc zagadkę, chcieli tę rozwiązać.
– Zastanawiam się, czy gdy doszło do wzmocnienia mocy ognisk, aby… Voldemort… mógł ją ukraść, nie wzmocniono także rytuału, ale to tylko teoria.