Oczywiście, że tak było. Istnieje prawdopodobieństwo zostało odebrane jako twarde umrzesz, ale nie dziwił się jej. on sam przecież, obciążony klątwą śmierci, myślał, że to dosłowna przepowiednia, a nie metaforyczna. Dopóki nie dokonało się, nie wiedział, co właściwie znaczyły słowa jego matki, ani że katem tej przepowiedni będzie ona sama, jego własna rodzicielka. Czasami zapominał nawet, że Tessa nie jest jego rodzoną siostrą, że to nie ich matka, a jego matka. Ten ból był tak dziwny, bo nie skierowany nigdzie, w końcu jej wybaczył.
— Oczywiście, że nie umrzesz. Nie pozwolę na to, nawet jeżeli miałbym przestawić dla ciebie czas i załamać czasoprzestrzeń. — Nie dość, że zjadłoby go sumienie, to wiedział, że chociaż Clemens jeszcze nikogo nie zabił, w tym przypadku głowa Morpheusa mogłaby stracić swoje połączenie z resztą ciała. Chyba zaczynał mieć fiksację na punkcie wizji własnej dekapitacji, bo ta metafora przychodziła mu nader łatwo. Zupełnie jak jego fiksacja z palcami i persymonami, które jadał jedynie w samotności, pozwalając, aby sok spływał mu po przedramionach i oblepiał ciemne włoski. Jeszcze kilka lat temu potrafił zjeść całą miskę tych owoców, ale wchodził w wiek, gdy ciężko było rozróżnić czy to hipoglikemia czy zawał. Gdyby Clemens go zamordował, nakazałby mu wziąć jego czaszkę, niczym Roderick i umieścić ją na ladzie jako jedną z dekoracji Rejwachu na Nokturnie, aby mógł go nawiedzać w najgorszych momentach.
Takie deklaracje z jego strony nie były dziwne. W końcu był Niewymownym, a komnaty Departamentu Tajemnic długie, kręte, pełne zakamarków i niewyjaśnionych fenomenów, a jemu już się zdarzało załatwiać sprawy dla szwagierki dużo szybciej, niż powinien, niemal na wczoraj. Czas, który się go nie imał, objawiał się za to w kurzych łapkach przy oczach, szpakowatych włosach i ogólnym wrażeniu, że żyje na pożyczonym czasie.
— Chodźmy kupić najlepsze ryby, jakie oferują — przytaknął, ponownie wyciągając w jej stronę swoje ramię. Dziwnie chodziło mu się po Londynie w samym swetrze, a nie w jego eleganckich szatach, z drugiej strony, były one tak charakterystyczne, że nikt go nie pozna, co jest akurat dodatkowym atutem w tym przypadku. Nie chodziło o Tessę tylko o ryby. Teleportowali się z antykwariatu w zaułek, na tyle spokojny, aby nie aportować się komuś na głowie i wyszli na targ rybny, który buchnął w nich nieco obrzydliwym zapachem wodorostów, krwi, wody i cóż... ryb. Przestrzeń magicznych kramów o tej godzinie była już nieco opustoszała, a znaczna część kramów już zamknięta, nie była to pora na kupowanie świeżego połowu, ta minęła już dwie godziny temu, gdy brzask ogarniał jeszcze letnią szarością kamienice Londynu. Teraz w większości mieli dostępne omułki, kraby i łosie rzeczne, trocie, płotki i flądry nacierane solą, te ostatnie odpadały.
— Od wyboru do koloru — zmarszczył nos Morpheus, patrząc na lśniące łuski ryb.