08.11.2024, 18:43 ✶
Pomieszczenie było niewielkie, łóżko niezwykle wygodne, pościel najmiększa z tych, w których dotąd przyszło mu leżeć. Nie był rozebrany zupełnie - pozostawiono na nim bieliznę i podkoszulek, z łatwością dostrzegł jednak swoje ubrania w których był na niefortunnym wydarzeniu, leżące pięknie złożone w kostkę na pobliskim krześle. Wokół pachniało przyjemnie - kadzidłem wspierającym sen - dopalona kulka stała na ceramicznej figurce łupiącego na Isaaca smoka. A potem smok mrugnął, choć przecież nie mógł, bo to tylko figurka.
Po chwili gdzieś w oddali rozbrzmiał niewielki dzwoneczek, którego dźwięk uchodził w niebyt, odlatywał gdzieś... w sobie znanym kierunku. Rozglądający się w ciemnym półmroku Isaac mógł zobaczyć mozaikę przedstawiającą Tezeusza walczącego z Minotaurem, mógł prześledzić ciąg labiryntu który ich otaczał, a który zdawał się bez wyjścia. Maligina nie pozwalała znaleźć rozwiązania zagadki, ale przecież bohater nie był sam. Miał nić od księżniczki... I ta ukazała się wraz z otworzeniem drzwi. Snop ciepłego światła i powiew lipcowej nocy zagościły w pomieszczeniu, ukazując złocistą linię, niewidoczną wcześniej, która rzeczywiście prowadziła do wyjścia, nawet w zwykłej, dekoracyjnej ścianie.
Tymczasem w drzwiach stał skrzat domowy, ale zdecydowanie inny niż wszystkie. Odziany w dopasowany elegancki frak, z możliwie estetycznie zaopiekowaną twarzą pozbawioną nieokrzesanych włosów, brodawek czy innych psujących obraz niedoskonałości, niósł srebrną paterę z parującym intensywnie rosołem.
– Uszanowanie. Znajduje się pan w Little Hangleton, w rezydencji pana Shafiqa w skrzydle gościnnym. Lekarz zalecił ciepły i kaloryczny posiłek płynny, pozwoliłem sobie panu przygotować zupę i wiem, że mój Pan nie przyjmie odmowy. W razie czego mogę pomóc jeść, jeśli nie może pan utrzymać łyżki – zaoferował lokaj, machnięciem dłoni przywołując stoliczek dedykowany jedzeniu w łóżku.
– Rano winien się pan już poczuć lepiej, na razie należy spożyć posiłek, wypić eliksir i powrócić do regenerującego snu. Ma pan za sobą bardzo ciężki wieczór i nie radziłbym wstawać – instruował dalej, z dystansem ale też łagodnością. Poprawił mu przy okazji poduszki, a potem wymienił kadzidło na smoczym strażniku na nowe. Oczywiście Isaac nie był więźniem tylko gościem, mógł w każdej chwili teleportować się do domu, Wergiliusz jednak mu to odradzał, uprzejmie odpowiadając na każde pytanie.
I tylko pytania o Anthony'ego, jeśli jakiekolwiek by się pojawiły, zbywał smutnym uśmiechem, wymijająco wspominając o niedyspozycji. Pozostawił dla siebie, w niezaprzeczalnej lojalności to co Isaacowi przesłoniła mgła, pozostawił dla siebie obraz bezsilności z jaką starszy czarodziej teleportował tu swojego stażystę, organizując natychmiastową pomoc. Pozostawił dla siebie ciche żałości wynikłe z oskarżeń rzuconych podczas ataku traumatycznych wspomnień, pusty stalowy wzrok, gdy Anthony szeptał odpowiedzi nad nieprzytomnym. Pozostawił to dla siebie, licząc mimo wszystko, że kiedyś mężczyźni będą mogli porozmawiać szczerze, bez masek, o tym dlaczego pan Shafiq postanowił zaryzykować i ściągnąć Bagshota na powrót do Anglii.
Dziś jednak nie był to ten dzień.
Po chwili gdzieś w oddali rozbrzmiał niewielki dzwoneczek, którego dźwięk uchodził w niebyt, odlatywał gdzieś... w sobie znanym kierunku. Rozglądający się w ciemnym półmroku Isaac mógł zobaczyć mozaikę przedstawiającą Tezeusza walczącego z Minotaurem, mógł prześledzić ciąg labiryntu który ich otaczał, a który zdawał się bez wyjścia. Maligina nie pozwalała znaleźć rozwiązania zagadki, ale przecież bohater nie był sam. Miał nić od księżniczki... I ta ukazała się wraz z otworzeniem drzwi. Snop ciepłego światła i powiew lipcowej nocy zagościły w pomieszczeniu, ukazując złocistą linię, niewidoczną wcześniej, która rzeczywiście prowadziła do wyjścia, nawet w zwykłej, dekoracyjnej ścianie.
Tymczasem w drzwiach stał skrzat domowy, ale zdecydowanie inny niż wszystkie. Odziany w dopasowany elegancki frak, z możliwie estetycznie zaopiekowaną twarzą pozbawioną nieokrzesanych włosów, brodawek czy innych psujących obraz niedoskonałości, niósł srebrną paterę z parującym intensywnie rosołem.
– Uszanowanie. Znajduje się pan w Little Hangleton, w rezydencji pana Shafiqa w skrzydle gościnnym. Lekarz zalecił ciepły i kaloryczny posiłek płynny, pozwoliłem sobie panu przygotować zupę i wiem, że mój Pan nie przyjmie odmowy. W razie czego mogę pomóc jeść, jeśli nie może pan utrzymać łyżki – zaoferował lokaj, machnięciem dłoni przywołując stoliczek dedykowany jedzeniu w łóżku.
– Rano winien się pan już poczuć lepiej, na razie należy spożyć posiłek, wypić eliksir i powrócić do regenerującego snu. Ma pan za sobą bardzo ciężki wieczór i nie radziłbym wstawać – instruował dalej, z dystansem ale też łagodnością. Poprawił mu przy okazji poduszki, a potem wymienił kadzidło na smoczym strażniku na nowe. Oczywiście Isaac nie był więźniem tylko gościem, mógł w każdej chwili teleportować się do domu, Wergiliusz jednak mu to odradzał, uprzejmie odpowiadając na każde pytanie.
I tylko pytania o Anthony'ego, jeśli jakiekolwiek by się pojawiły, zbywał smutnym uśmiechem, wymijająco wspominając o niedyspozycji. Pozostawił dla siebie, w niezaprzeczalnej lojalności to co Isaacowi przesłoniła mgła, pozostawił dla siebie obraz bezsilności z jaką starszy czarodziej teleportował tu swojego stażystę, organizując natychmiastową pomoc. Pozostawił dla siebie ciche żałości wynikłe z oskarżeń rzuconych podczas ataku traumatycznych wspomnień, pusty stalowy wzrok, gdy Anthony szeptał odpowiedzi nad nieprzytomnym. Pozostawił to dla siebie, licząc mimo wszystko, że kiedyś mężczyźni będą mogli porozmawiać szczerze, bez masek, o tym dlaczego pan Shafiq postanowił zaryzykować i ściągnąć Bagshota na powrót do Anglii.
Dziś jednak nie był to ten dzień.
Koniec sesji