08.11.2024, 19:00 ✶
Shafiq zaśmiał się tylko, pierwszy raz może tego dnia. Oczywiście, nie zamierzał ściągać tu Ptolemeusza, ale Jonathan bulwersował się tak rozkosznie, że nie mógł sobie odmówić tego widoku.
Udane rozproszenie tuńczykowego smrodu, wyrwało mu tez z piersi westchnienie ulgi. Mogło być zatem gorzej - mógł tu utkwić z tym całym Makbethem, śmierdząc rybą, a tak... po prostu będzie musiał skutecznie zastraszać kota. Jak dotąd wychodziło mu to wybornie!
– Dobrze więc, w takim razie możesz iść po jego właścicielke, przy okazji przekonując ją możliwie skutecznie, żeby nie wypuszczała swojego pupila z domu. To w końcu nie człowiek, można zupełnie legalnie zamknąć go w pokojach, karmić i poić w spokojności ducha, że nie zniknie – na dwa długie lata, a potem przyjdzie i wyśmieje, grzebiąc kompletnie cały sentyment i tęsknotę, a może właśnie odgrzebując je zupełnie i sprawiając, że dłonie same siegnęły po sweter będący wspomnieniem ich pierwszego spotkania.
– Idź, idź prędko. Mnie nie pozna przecież w moim przebraniu – cóż, mimo wychudłości i ogólnej bladości, zmiana była bardziej niż dostrzegalna.
Przysiadł więc pod drzewem, nie dbając o brud jaki już z pewnością zawłaszczył sobie jasne spodnie. Przysiadł, a gdy tylko Jonathan zniknął z zasięgu wzroku, jego własna stal uciekła w jedynym kierunku, w stronę niespełnionego marzenia, snu, który nie miał się ziścić. Tak blisko.
– Powinieneś tam uciec. Mają tam dużo psów, z pewnością nauczyłyby Cię jak nie bać się takich wychudłych polityków jak ja – mruknął do kota.
Niedługo potem na horyzoncie pojawiła się stęskniona właścicielka i wychudzone, na wpół zdziczałe strachem zwierzę trafiło we właściwie ręce.
Anthony zastanawiał się co dalej, co z winem, co ze strojem, co z poszukiwaniami. Powinni rozejrzeć się za kolejnym kotem? Może powinni odegrać swoją maskaradę, lub realnie rozważyć zakup domu w Dolinie? A może, zamiast tego, powinni teleportować się do Little Hangleton i wypełnić wodą podziemną komnatę? Może powinni wypełnić ją winem.
Może powinien docenić starania Selwyna i po prostu mu się zwierzyć ze swoich rozterek, pokazać potrzaskane serce i dać mu usiąść obok i zabawić się w fana puzzli. Może to byłaby dobra droga, ale nie miał sił, by być odważnym, nie miał sił by mierzyć się z przeszłością i smutkiem, który zalewał go za każdym razem, kiedy miękki włoski kaszmir ocierał się o jego kark.
Podziękował przyjacielowi, zostawił mu wino i uciekł. Był tchórzem, ale pod tym względem nie potrzebował nikogo, żeby sobie o tym przypomnieć.
Może innego dnia będzie inaczej, lepiej.
Może.
Udane rozproszenie tuńczykowego smrodu, wyrwało mu tez z piersi westchnienie ulgi. Mogło być zatem gorzej - mógł tu utkwić z tym całym Makbethem, śmierdząc rybą, a tak... po prostu będzie musiał skutecznie zastraszać kota. Jak dotąd wychodziło mu to wybornie!
– Dobrze więc, w takim razie możesz iść po jego właścicielke, przy okazji przekonując ją możliwie skutecznie, żeby nie wypuszczała swojego pupila z domu. To w końcu nie człowiek, można zupełnie legalnie zamknąć go w pokojach, karmić i poić w spokojności ducha, że nie zniknie – na dwa długie lata, a potem przyjdzie i wyśmieje, grzebiąc kompletnie cały sentyment i tęsknotę, a może właśnie odgrzebując je zupełnie i sprawiając, że dłonie same siegnęły po sweter będący wspomnieniem ich pierwszego spotkania.
– Idź, idź prędko. Mnie nie pozna przecież w moim przebraniu – cóż, mimo wychudłości i ogólnej bladości, zmiana była bardziej niż dostrzegalna.
Przysiadł więc pod drzewem, nie dbając o brud jaki już z pewnością zawłaszczył sobie jasne spodnie. Przysiadł, a gdy tylko Jonathan zniknął z zasięgu wzroku, jego własna stal uciekła w jedynym kierunku, w stronę niespełnionego marzenia, snu, który nie miał się ziścić. Tak blisko.
– Powinieneś tam uciec. Mają tam dużo psów, z pewnością nauczyłyby Cię jak nie bać się takich wychudłych polityków jak ja – mruknął do kota.
Niedługo potem na horyzoncie pojawiła się stęskniona właścicielka i wychudzone, na wpół zdziczałe strachem zwierzę trafiło we właściwie ręce.
Anthony zastanawiał się co dalej, co z winem, co ze strojem, co z poszukiwaniami. Powinni rozejrzeć się za kolejnym kotem? Może powinni odegrać swoją maskaradę, lub realnie rozważyć zakup domu w Dolinie? A może, zamiast tego, powinni teleportować się do Little Hangleton i wypełnić wodą podziemną komnatę? Może powinni wypełnić ją winem.
Może powinien docenić starania Selwyna i po prostu mu się zwierzyć ze swoich rozterek, pokazać potrzaskane serce i dać mu usiąść obok i zabawić się w fana puzzli. Może to byłaby dobra droga, ale nie miał sił, by być odważnym, nie miał sił by mierzyć się z przeszłością i smutkiem, który zalewał go za każdym razem, kiedy miękki włoski kaszmir ocierał się o jego kark.
Podziękował przyjacielowi, zostawił mu wino i uciekł. Był tchórzem, ale pod tym względem nie potrzebował nikogo, żeby sobie o tym przypomnieć.
Może innego dnia będzie inaczej, lepiej.
Może.
Koniec sesji