08.11.2024, 22:08 ✶
W pierwszym odruchu chciał machnąć ręką, aby odegnać od siebie tę konieczność wysłuchiwania wyrazu wdzięczności za coś, co było dla niego normą. Wspierali się. Tworzyli wspólne życie, widział ją w swojej teraźniejszości i każdej przyszłości, o której myślał. Bez wątpienia mógł zrobić cokolwiek, żeby czuła się lepiej z czymś, co dostrzegalnie nie było dla niej łatwe.
Mimo to powstrzymał ten gest. Zamiast tego wyciągnął rękę ku Geraldine, przykrywając dłonią jej chłodne palce i kiwając głową. Nie odpowiedział. Nie musiał.
W tym wypadku miałaby prawo być na niego zła, gdyby całkowicie zignorował wagę sytuacji i jej uczuć, odwracając wzrok za każdym razem, gdy widział tęskne spojrzenia posyłane w kierunku broni.
Za każdym razem mimowolnie mrugał, ale starał się to przełożyć na swoje i zrozumieć. On miał swoją stałą pracę. Nie polegał wyłącznie na zleceniach z czarnego rynku. Nie musiał uzależniać się od warunków pogodowych i czyjegoś widzimisię. W Mungu nie brakowało mu pacjentów. Prywatnie również nie mógł narzekać na posuchę.
Jedynie te mniej jawne interesy ostatnio bardziej przygasły, ale było tak co roku. Niewiele mógł na to poradzić, jednakże nie zamierzał mówić Geraldine, że ma machnąć na to ręką. Rozumiał jak bardzo musiała się miotać w domu, gdy nie miała co robić na zewnątrz.
Tym bardziej, że nigdy nie rozmawiali o tym jak to wyglądało dla niej we wcześniejszych latach, ale domyślał się swojego. Był wdzięczny, doceniał tę starania, nawet jeśli o tym nie mówił tylko przekładał to w bardziej rzeczowe propozycje.
- Na muchach siatkoskrzydłych zrobisz raczej marny interes - stwierdził racjonalnie, marszcząc przy tym brwi i przywołując w myślach orientacyjną cenę takich składników.
Była żałośnie niska, na granicy opłacalności, toteż zazwyczaj sprowadzano je z wątpliwej jakości hodowli, gdzie przeznaczano całe pomieszczenia na gigantyczne wylęgarnie much, które później zabijano za jednym zamachem.
Sprzątano martwe truchła do worów. Suszono je albo nie (czasami tylko przesuszano, żeby nie były za lekkie, ale wyglądały na wysuszone) i sprzedawano. Po czym powtarzano proces w nieskończoność aż ktoś przyczepił się do tego, że towar był marnej jakości, pleśniał i się psuł. Wtedy przenoszono produkcję, zmieniano słupa i biznes się kręcił.
- A na żaby jest za zimno - dodał, przy czym sięgnął, żeby odstawić kubek wina na parapet i ponownie oparł się o szybę, poprawiając ułożenie nóg Yaxleyówny na swoich kolanach.
Odruchowo ścisnął ją za kolano, mrugając do niej porozumiewawczo, bo przecież doskonale wiedział, że zdawała sobie sprawę z tego, że raczej nie spotka obecnie zbyt wielu płazów, które mogłaby złapać. Doskonale wiedział, że mówiła to, żeby podkreślić własną desperację, ale niekoniecznie zamierzał jej na to pozwolić.
Nie chciał, by robiła jakieś głupoty wyłącznie z uwagi na to, że czuła się przytłoczona brakiem zajęć. Nie oczekiwał także żadnych wyrazów wdzięczności za propozycję wsparcia. Tym bardziej, że jeszcze nic nie zrobił. To wszystko było dopiero w sferze luźnych planów na następny dzień, ewentualnie na kilka kolejnych, bo rozpuszczenie wici mogło zająć trochę czasu.
Interesował się tematem nie po to, by zyskiwać cokolwiek w oczach ukochanej. Już i tak dostrzegał w nich dostatecznie wiele, żeby po prostu chcieć coś dla niej zrobić. Uszczęśliwiła go. W dalszym ciągu go uszczęśliwiała będąc obok i robiąc te wszystkie małe rzeczy, o których nie mówił na głos, ale je dostrzegał. Odwzajemnienie pozawerbalnego zaangażowania w budowanie wspólnej rzeczywistości przychodziło mu naturalnie.
- Mało kto uczy tego dzieci - kiwnął głową, choć w żadnym wypadku nie usprawiedliwiał takiego żenującego zachowania. - Odwaga cywilna to coś, co się ma zawsze. Mało kto to wyznaje - niekoniecznie świat byłby lepszy, gdyby więcej osób brało odpowiedzialność za swoje czyny i decyzje, ale z pewnością mogliby wymagać egzekwowania złożonych obietnic.
Tymczasem teraz ludzie pokroju Leacha ślizgali się jak węgorze, nie biorąc odpowiedzialności niemalże za nic.
- Bieluń dziędzierzawa. Datura stramonium. Diabelskie ziele. Epekofit z tropikalnych regionów - w pierwszej chwili był gotów zagłębić się w wyjaśnienia, wiedziony przyzwyczajeniem do rozmów z innymi osobami znającymi się na temacie, ale ostatecznie machnął ręką i to nawet nie dosłownie, bo we wnętrzu głowy. - Obie te rośliny są silnie trujące. Co prawda w innych dawkach. Mają inne efekty uboczne po spożyciu. W odpowiednich dawkach mogą być lecznicze albo przynajmniej korzystnie halucynogenne, no, bo dawka czyni truciznę i tak dalej... ...ale nie o to chodzi. Większość ludzi nie zna się na dawkowaniu. Albo ich to zabije, albo co najmniej posra - uściślił w bardzo spokojny a nawet wręcz informatwny sposób.
Starał się nie zawalać głowy Geraldine informacjami, których nie potrzebowała. Dokładnie tak jak ona nie robiła tego w stosunku do niego. Nie musiała znać się na roślinnym świecie, on to robił. Tak samo jak on stronił od świata zwierzęcego, pozostawiając jej tam pełne pole do popisu. Na tym polegała piękna prostota uzupełniania się we wspólnym życiu.
W pewnym momencie odchylił się na parapecie, parokrotnie bujając się w przód i w tył aż wreszcie rozluźniając napięte ramiona. Zatrzymał wzrok na uchylonym oknie, rozkoszując się dotykiem chłodnego powietrza na twarzy i zimnym podmuchem wiatru, który wdarł się do pomieszczenia wypełniając nos Greengrassa mieszanką dymu z kominków, słodkich wypieków z pobliskiej piekarni i ich własnego grzanego wina, po którym pozostało już niestety wyłącznie wspomnienie.
- Szukali złudnego poczucia bezpieczeństwa w nowym, lepszym systemie. Zgodzili się zrezygnować z trzymania ludzi za mordę i tym samym oddali resztkę władzy, jaką mieli - stwierdził powoli, bez wątpienia w dalszym ciągu zgadzając się ze wszystkim, co mówi Geraldine. - Za nic.
Tak. On również zdecydowanie wybierał te najskuteczniejsze metody. Nawet takie, które wielu osobom mogły się wydawać brutalne i nieludzkie. Uważał, że nie było lepszego sposobu na trzymanie ludzi w szachu niż strach przed konsekwencjami. Nie dało się do nich dojść prośbą, więc należało to zrobić groźbą. To była prosta logika nie do podważenia.
Jego spojrzenie błądziło po suficie, jakby szukał w nim odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wielu czarodziejów dało się omamić czemuś, co nawet nie miało większego sensu.
Ci sami, którzy najgłośniej krzyczeli, że urodzenie nie ma znaczenia i czystość krwi nie świadczy o człowieku kompletnie głupieli, gdy ktoś machał im przed oczami mugolacką marionetką i deklarował, że Leach naprawi wszelkie zło zgotowane im przez tę złą elitę.
Elitę, która wyłącznie szanowała tradycję, dbała o magiczne wartości, nie chciała pozwolić ich skazić, wymazać ani zamienić w godną pożałowania karykaturę historii, przeinaczając fakty i pisząc treść na nowo.
Merlin nie był pół mugolakiem, pół goblinem. Morgana nie była uciemiężoną potomkinią charłaczki, która tak naprawdę tłumiła w sobie moc przez lęk przed paskudnym społeczeństwem.
Męczennicy magicznego świata uwielbiali sięgać po figury historyczne, postaci z wierzeń bądź legend i przerabiać je na swoją modłę zamiast znaleźć coś swojego. Nie mając zbyt wielu własnych bohaterów, wybierali zapożyczenia ze świata, którego byli częścią, ale jednocześnie nienawidzili osób będących tam dłużej od nich.
Byli hipokrytami. Na hipokryzji dało się wiele zbudować (coś o tym wiedział), ale nie w taki sposób, w który tamci próbowali to zrobić. Persony takie jak Leach wyłącznie napełniały obrzydzeniem czarodziejów pokroju Greengrassa, zachowując się ostentacyjnie niedyskretnie i bez klasy. Nie miały zyskać uznania społeczeństwa, nawet jeśli cholernie mocno tego chciały.
Całe szczęście mogli mimowolnie zakończyć ten temat, nie wnikając w niego zbyt głęboko i nie psując sobie wieczoru czymś, na co tak właściwie nie mieli praktycznie żadnego wpływu. W przeciwieństwie do tego, w jaki sposób spędzą resztę całkiem miło zapowiadających się godzin. Odejście od spraw związanych z Ministerstwem momentalnie rozluźniło atmosferę.
- Spiłaś mnie winem? - Zatrzymał wzrok na jej wargach, wzruszając ramionami.
Tak właściwie to nawet nie poczuł wpływu procentów, które nie działały na niego w żaden sposób po wypiciu niewielkiej ilości grzańca, ale mógł pominąć ten fakt dla dobra sprawy.
Raczej nie musiał wspominać dziewczynie o tym, co później mogłaby mu wytknąć w jakimkolwiek dogodnym momencie. Czyli, że po prostu przywykł do tego, w jaki sposób paliła te swoje obrzydliwe mugolskie papierosy, więc nie musiał tego komentować za każdym razem. Miał całkiem spory repertuar innych uwag, którymi mógł ją zaczepnie obdarzać.
Słysząc komentarz, który padł z ust Geraldine, Ambroise założył ręce za głowę i oparł się wygodniej o ścianę. Jego brwi uniosły się w zdziwieniu, jakby właśnie usłyszał najzabawniejszy dowcip swojego życia.
- Co najmniej cztery lata przewagi? - Przejechał palcami po brodzie, udając powagę, aż w końcu nie wytrzymał i kąciki jego ust uniosły się w krzywym uśmiechu. - Dwanaście... ...nie... ...trzynaście lat bliskich kontaktów z ekspertkami na różnym poziomie wtajemniczenia w tym temacie - przechylił głowę na bok, a jego oczy zabłyszczały z rozbawienia, gdy wykrzywił wargi w przesadnie wyzywającym wyrazie, dając dziewczynie do zrozumienia, że był niezmiernie pewny swoich praw do wydawania opinii w tym temacie.
Nie trwało to zbyt długo. Po kilkunastu sekundach machnął, jakby chciał odsunąć od siebie absurdalność tej sytuacji.
Nie miał przed nią żadnych tajemnic. Nie był święty, nie próbował takiego udawać. Nigdy nie krył się ze swoim podejściem do relacji damsko-męskich sprzed okresu, kiedy zaczęli pałać do siebie uczuciem.
Zresztą mieli okazję wymienić kilka komentarzy odnośnie plotek, ploteczek i opinii publicznej odnośnie tego jak się oboje prowadzili zanim nie ściągnęli się nawzajem z rynku.
Co prawda nigdy nie wyrażał chęci do zbytniego wnikania w temat dawnych podbojów, prócz tamtego krótkiego komentarza. Nie miał zamiaru chwalić się burzliwą przeszłością ani tym bardziej wymieniać się doświadczeniami, dyskutując na tematy, które już nic nie znaczyły.
Aktualnie prowadził się dobrze, o ile można było powiedzieć coś takiego o ich kreatywnych sposobach spędzania czasu skóra przy skórze. W żadnym stopniu nie brakowało mu nietrwałości, przelotności, nic z tych rzeczy. Zdecydowanie nie przy niej.
Był szczęśliwy. Jego ręka nieprzerwanie przesuwała się po materiale, palce sunęły wzdłuż jej łydki a uśmiech drgał w kącikach warg. Mrugnął do Geraldine jednym okiem, po czym nachylił się do przodu i zapraszająco wskazał ręką w kierunku paleniska.
- Czytasz mi w myślach - przytaknął, wyjątkowo nie mając zamiaru dorzucać swoich trzech knutów ani oferować, że przejmie przyjętą przez nią rolę.
Nie to, że nie mógł tego zrobić. Korona w żadnym razie nie spadłaby mu z głowy, ale przez ten cały czas nauczył się nie być przesadnie do przodu, kiedy nie było ku temu przesłanek.
Mimo to powstrzymał ten gest. Zamiast tego wyciągnął rękę ku Geraldine, przykrywając dłonią jej chłodne palce i kiwając głową. Nie odpowiedział. Nie musiał.
W tym wypadku miałaby prawo być na niego zła, gdyby całkowicie zignorował wagę sytuacji i jej uczuć, odwracając wzrok za każdym razem, gdy widział tęskne spojrzenia posyłane w kierunku broni.
Za każdym razem mimowolnie mrugał, ale starał się to przełożyć na swoje i zrozumieć. On miał swoją stałą pracę. Nie polegał wyłącznie na zleceniach z czarnego rynku. Nie musiał uzależniać się od warunków pogodowych i czyjegoś widzimisię. W Mungu nie brakowało mu pacjentów. Prywatnie również nie mógł narzekać na posuchę.
Jedynie te mniej jawne interesy ostatnio bardziej przygasły, ale było tak co roku. Niewiele mógł na to poradzić, jednakże nie zamierzał mówić Geraldine, że ma machnąć na to ręką. Rozumiał jak bardzo musiała się miotać w domu, gdy nie miała co robić na zewnątrz.
Tym bardziej, że nigdy nie rozmawiali o tym jak to wyglądało dla niej we wcześniejszych latach, ale domyślał się swojego. Był wdzięczny, doceniał tę starania, nawet jeśli o tym nie mówił tylko przekładał to w bardziej rzeczowe propozycje.
- Na muchach siatkoskrzydłych zrobisz raczej marny interes - stwierdził racjonalnie, marszcząc przy tym brwi i przywołując w myślach orientacyjną cenę takich składników.
Była żałośnie niska, na granicy opłacalności, toteż zazwyczaj sprowadzano je z wątpliwej jakości hodowli, gdzie przeznaczano całe pomieszczenia na gigantyczne wylęgarnie much, które później zabijano za jednym zamachem.
Sprzątano martwe truchła do worów. Suszono je albo nie (czasami tylko przesuszano, żeby nie były za lekkie, ale wyglądały na wysuszone) i sprzedawano. Po czym powtarzano proces w nieskończoność aż ktoś przyczepił się do tego, że towar był marnej jakości, pleśniał i się psuł. Wtedy przenoszono produkcję, zmieniano słupa i biznes się kręcił.
- A na żaby jest za zimno - dodał, przy czym sięgnął, żeby odstawić kubek wina na parapet i ponownie oparł się o szybę, poprawiając ułożenie nóg Yaxleyówny na swoich kolanach.
Odruchowo ścisnął ją za kolano, mrugając do niej porozumiewawczo, bo przecież doskonale wiedział, że zdawała sobie sprawę z tego, że raczej nie spotka obecnie zbyt wielu płazów, które mogłaby złapać. Doskonale wiedział, że mówiła to, żeby podkreślić własną desperację, ale niekoniecznie zamierzał jej na to pozwolić.
Nie chciał, by robiła jakieś głupoty wyłącznie z uwagi na to, że czuła się przytłoczona brakiem zajęć. Nie oczekiwał także żadnych wyrazów wdzięczności za propozycję wsparcia. Tym bardziej, że jeszcze nic nie zrobił. To wszystko było dopiero w sferze luźnych planów na następny dzień, ewentualnie na kilka kolejnych, bo rozpuszczenie wici mogło zająć trochę czasu.
Interesował się tematem nie po to, by zyskiwać cokolwiek w oczach ukochanej. Już i tak dostrzegał w nich dostatecznie wiele, żeby po prostu chcieć coś dla niej zrobić. Uszczęśliwiła go. W dalszym ciągu go uszczęśliwiała będąc obok i robiąc te wszystkie małe rzeczy, o których nie mówił na głos, ale je dostrzegał. Odwzajemnienie pozawerbalnego zaangażowania w budowanie wspólnej rzeczywistości przychodziło mu naturalnie.
- Mało kto uczy tego dzieci - kiwnął głową, choć w żadnym wypadku nie usprawiedliwiał takiego żenującego zachowania. - Odwaga cywilna to coś, co się ma zawsze. Mało kto to wyznaje - niekoniecznie świat byłby lepszy, gdyby więcej osób brało odpowiedzialność za swoje czyny i decyzje, ale z pewnością mogliby wymagać egzekwowania złożonych obietnic.
Tymczasem teraz ludzie pokroju Leacha ślizgali się jak węgorze, nie biorąc odpowiedzialności niemalże za nic.
- Bieluń dziędzierzawa. Datura stramonium. Diabelskie ziele. Epekofit z tropikalnych regionów - w pierwszej chwili był gotów zagłębić się w wyjaśnienia, wiedziony przyzwyczajeniem do rozmów z innymi osobami znającymi się na temacie, ale ostatecznie machnął ręką i to nawet nie dosłownie, bo we wnętrzu głowy. - Obie te rośliny są silnie trujące. Co prawda w innych dawkach. Mają inne efekty uboczne po spożyciu. W odpowiednich dawkach mogą być lecznicze albo przynajmniej korzystnie halucynogenne, no, bo dawka czyni truciznę i tak dalej... ...ale nie o to chodzi. Większość ludzi nie zna się na dawkowaniu. Albo ich to zabije, albo co najmniej posra - uściślił w bardzo spokojny a nawet wręcz informatwny sposób.
Starał się nie zawalać głowy Geraldine informacjami, których nie potrzebowała. Dokładnie tak jak ona nie robiła tego w stosunku do niego. Nie musiała znać się na roślinnym świecie, on to robił. Tak samo jak on stronił od świata zwierzęcego, pozostawiając jej tam pełne pole do popisu. Na tym polegała piękna prostota uzupełniania się we wspólnym życiu.
W pewnym momencie odchylił się na parapecie, parokrotnie bujając się w przód i w tył aż wreszcie rozluźniając napięte ramiona. Zatrzymał wzrok na uchylonym oknie, rozkoszując się dotykiem chłodnego powietrza na twarzy i zimnym podmuchem wiatru, który wdarł się do pomieszczenia wypełniając nos Greengrassa mieszanką dymu z kominków, słodkich wypieków z pobliskiej piekarni i ich własnego grzanego wina, po którym pozostało już niestety wyłącznie wspomnienie.
- Szukali złudnego poczucia bezpieczeństwa w nowym, lepszym systemie. Zgodzili się zrezygnować z trzymania ludzi za mordę i tym samym oddali resztkę władzy, jaką mieli - stwierdził powoli, bez wątpienia w dalszym ciągu zgadzając się ze wszystkim, co mówi Geraldine. - Za nic.
Tak. On również zdecydowanie wybierał te najskuteczniejsze metody. Nawet takie, które wielu osobom mogły się wydawać brutalne i nieludzkie. Uważał, że nie było lepszego sposobu na trzymanie ludzi w szachu niż strach przed konsekwencjami. Nie dało się do nich dojść prośbą, więc należało to zrobić groźbą. To była prosta logika nie do podważenia.
Jego spojrzenie błądziło po suficie, jakby szukał w nim odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wielu czarodziejów dało się omamić czemuś, co nawet nie miało większego sensu.
Ci sami, którzy najgłośniej krzyczeli, że urodzenie nie ma znaczenia i czystość krwi nie świadczy o człowieku kompletnie głupieli, gdy ktoś machał im przed oczami mugolacką marionetką i deklarował, że Leach naprawi wszelkie zło zgotowane im przez tę złą elitę.
Elitę, która wyłącznie szanowała tradycję, dbała o magiczne wartości, nie chciała pozwolić ich skazić, wymazać ani zamienić w godną pożałowania karykaturę historii, przeinaczając fakty i pisząc treść na nowo.
Merlin nie był pół mugolakiem, pół goblinem. Morgana nie była uciemiężoną potomkinią charłaczki, która tak naprawdę tłumiła w sobie moc przez lęk przed paskudnym społeczeństwem.
Męczennicy magicznego świata uwielbiali sięgać po figury historyczne, postaci z wierzeń bądź legend i przerabiać je na swoją modłę zamiast znaleźć coś swojego. Nie mając zbyt wielu własnych bohaterów, wybierali zapożyczenia ze świata, którego byli częścią, ale jednocześnie nienawidzili osób będących tam dłużej od nich.
Byli hipokrytami. Na hipokryzji dało się wiele zbudować (coś o tym wiedział), ale nie w taki sposób, w który tamci próbowali to zrobić. Persony takie jak Leach wyłącznie napełniały obrzydzeniem czarodziejów pokroju Greengrassa, zachowując się ostentacyjnie niedyskretnie i bez klasy. Nie miały zyskać uznania społeczeństwa, nawet jeśli cholernie mocno tego chciały.
Całe szczęście mogli mimowolnie zakończyć ten temat, nie wnikając w niego zbyt głęboko i nie psując sobie wieczoru czymś, na co tak właściwie nie mieli praktycznie żadnego wpływu. W przeciwieństwie do tego, w jaki sposób spędzą resztę całkiem miło zapowiadających się godzin. Odejście od spraw związanych z Ministerstwem momentalnie rozluźniło atmosferę.
- Spiłaś mnie winem? - Zatrzymał wzrok na jej wargach, wzruszając ramionami.
Tak właściwie to nawet nie poczuł wpływu procentów, które nie działały na niego w żaden sposób po wypiciu niewielkiej ilości grzańca, ale mógł pominąć ten fakt dla dobra sprawy.
Raczej nie musiał wspominać dziewczynie o tym, co później mogłaby mu wytknąć w jakimkolwiek dogodnym momencie. Czyli, że po prostu przywykł do tego, w jaki sposób paliła te swoje obrzydliwe mugolskie papierosy, więc nie musiał tego komentować za każdym razem. Miał całkiem spory repertuar innych uwag, którymi mógł ją zaczepnie obdarzać.
Słysząc komentarz, który padł z ust Geraldine, Ambroise założył ręce za głowę i oparł się wygodniej o ścianę. Jego brwi uniosły się w zdziwieniu, jakby właśnie usłyszał najzabawniejszy dowcip swojego życia.
- Co najmniej cztery lata przewagi? - Przejechał palcami po brodzie, udając powagę, aż w końcu nie wytrzymał i kąciki jego ust uniosły się w krzywym uśmiechu. - Dwanaście... ...nie... ...trzynaście lat bliskich kontaktów z ekspertkami na różnym poziomie wtajemniczenia w tym temacie - przechylił głowę na bok, a jego oczy zabłyszczały z rozbawienia, gdy wykrzywił wargi w przesadnie wyzywającym wyrazie, dając dziewczynie do zrozumienia, że był niezmiernie pewny swoich praw do wydawania opinii w tym temacie.
Nie trwało to zbyt długo. Po kilkunastu sekundach machnął, jakby chciał odsunąć od siebie absurdalność tej sytuacji.
Nie miał przed nią żadnych tajemnic. Nie był święty, nie próbował takiego udawać. Nigdy nie krył się ze swoim podejściem do relacji damsko-męskich sprzed okresu, kiedy zaczęli pałać do siebie uczuciem.
Zresztą mieli okazję wymienić kilka komentarzy odnośnie plotek, ploteczek i opinii publicznej odnośnie tego jak się oboje prowadzili zanim nie ściągnęli się nawzajem z rynku.
Co prawda nigdy nie wyrażał chęci do zbytniego wnikania w temat dawnych podbojów, prócz tamtego krótkiego komentarza. Nie miał zamiaru chwalić się burzliwą przeszłością ani tym bardziej wymieniać się doświadczeniami, dyskutując na tematy, które już nic nie znaczyły.
Aktualnie prowadził się dobrze, o ile można było powiedzieć coś takiego o ich kreatywnych sposobach spędzania czasu skóra przy skórze. W żadnym stopniu nie brakowało mu nietrwałości, przelotności, nic z tych rzeczy. Zdecydowanie nie przy niej.
Był szczęśliwy. Jego ręka nieprzerwanie przesuwała się po materiale, palce sunęły wzdłuż jej łydki a uśmiech drgał w kącikach warg. Mrugnął do Geraldine jednym okiem, po czym nachylił się do przodu i zapraszająco wskazał ręką w kierunku paleniska.
- Czytasz mi w myślach - przytaknął, wyjątkowo nie mając zamiaru dorzucać swoich trzech knutów ani oferować, że przejmie przyjętą przez nią rolę.
Nie to, że nie mógł tego zrobić. Korona w żadnym razie nie spadłaby mu z głowy, ale przez ten cały czas nauczył się nie być przesadnie do przodu, kiedy nie było ku temu przesłanek.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down