Yaxleyównie trudno było siebie wyobrażyć wchodzącą w coś co niosło ze sobą jakiekolwiek zobowiązania. Pojawiała się i znikała, nie do końca umiała usiedzieć na miejscu, ceniła sobie wolność, którą to za sobą niosło. Nie wchodziła kilka razy do tej samej rzeki, nie odczuwała potrzeby, aby zbliżyć się do kogoś za bardzo. Nigdy tego nie potrzebowała, a przynajmniej tak się jej wydawało. Wiele się ostatnio zmieniło, co najciekawsze nie uważała tego za zmiany na gorsze. Kiedyś pewnie by oponowała, teraz z ogromną chęcią przyjmowała to, co zostało jej dane przez los. Zmieniała się, nie była już taka pewna tego, czy faktycznie wolność szeroko rozumiana była jej najważniejszym ideałem. Nie wydawało jej się problematyczne wejście w tę relację. Najwyraźniej musiała spotkać kogoś wyjątkowego, żeby się do niego zbliżyć, aż tak bardzo. Nie sądziła zresztą, że w tak młodym wieku będzie pewna, aż tak swoich uczuć, a nie dało się nie dostrzec, że naprawdę uważała, że chce być przy jego boku na zawsze. Był to raczej średni miernik czasu, ale tak właśnie to widziała. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby się budzić bez niego u swojego boku, wychodzić gdzieś bez słowa, znikać na całe tygodnie - jak przecież jej się zdarzało. Teraz chciała czegoś zupełnie innego, i czuła, że nie jest w tym odosobniona. Znali się wyjątkowo dobrze, mieli szansę poznać swoje zachowania w naprawdę różnych sytuacjach, to powodowało, że była pewna, że tego właśnie chce. Łączyła ich wieź silniejsza od wszystkiego innego, taka której nie dało się zniszczyć. Była o tym przekonana.
Nigdy nie szukała takich doznań, nie marzyła o tym, że mogłaby się do kogoś tak przywiązać, marzyć o wspólnej przyszłości, zastanawiać się nad tym, czy będzie mu w stanie dać wszystko, czego oczekiwał, a chciałaby to zrobić, zdecydowanie zależało jej na tym, żeby Roise był z nią naprawdę szczęśliwy. To było aktualnie jej głównym priorytetem, co było samo w sobie bardzo dziwne, bo zazwyczaj myślała tylko i wyłącznie o sobie i o tym, żeby to ona była zadowolona.
- Wcale, że nie. - Jak mógł z niej tak szydzić? Widział, że zaczynała się miotać, jasne to było tylko przekomarzanie, ale nie oznaczało to, że się nim nie przejmowała. Trochę się bała tego, że może pomyśli sobie, że nie traktuje go poważnie, skoro durny kamyk wydawał jej się aktualnie kamieniem milowym, którego nie była w stanie przekroczyć, tyle, że po prostu nie chciała, żeby stało się to zbyt szybko. - Listopad to moment, w którym łowcy zazwyczaj wyjeżdżają z kraju i znikają na kilka miesięcy, żeby zająć się polowaniem na egzotyczne bestie. - Powiedziała bardzo rzeczowym tonem. Gdyby zapomniał to ona była łowczynią, więc zawsze miała jakąś alternatywę, mogło jej tu nie być w listopadzie, wtedy na pewno nie miałby szansy jej dopaść. Nie, żeby tego chciała, ale to zawsze było jakieś rozwiązanie, nieprawdaż?
- Nie chciałbyś chyba, żebym do nich dołączyła? - Zatrzepotała rzęsami wpatrując się w swojego chłopaka Zależało jej na tym, aby mieć ostatnie słowo akurat w tej wymianie zdań, była ciekawa, czy uda jej się doprowadzić go do momentu w którym spasuje. Miała zamiar sięgać po kolejne argumenty, byleby tylko wygrać tę niewielką bitwę słowną, która przecież tak naprawdę nie miała żadnego sensu. Nie spieszyło im się do tych wszystkich oficjalnych założeń, nie byli tacy, miała tego świadomość i wiedziała, że próbuje się z nią droczyć, ale nie był to do końca temat z którego jej się komfortowo żartowało.
Nigdy wcześniej nie przedstawiła nikogo swoim rodzicom, nigdy nie przyprowadziła do domu żadnego mężczyzny, czy chłopaka, podejrzewała nawet, że matka może myśleć, że woli dziewczyny (chociaż starała się jej dać dowody na to, że wcale tak nie jest). To był naprawdę duży krok w jej krótkim, aczkolwiek całkiem intensywnym życiu. Na ten moment jej to wystarczało, to znaczy wystarczało jej to i te wszystkie wydarzenia podczas których mogli wreszcie zacząć pojawiać się u swojego boku. Nie zniosłaby myśli, że Roise mógł zostać zmuszony do tego, aby pokazać się tam z kimś innym. Nie, kiedy ustalili już, że należą do siebie. Właśnie dlatego chciała powiedzieć o wszystkim rodzinie, aby stało się to oficjalne, ale na tym najniższym poziomie, przynajmniej jak na razie. To powinno im wystarczyć do tego, żeby nikt nie szeptał po kątach na ich temat, mogli na spokojnie pojawiać się u swojego boku, bo przecież byli parą, może bez konkretnie osadzonych w czasie dalszych planów, ale to powinno im wystarczyć.
Być może to było świeże, ale nie sądziła, że kiedykolwiek miałoby stać się mniej intensywne. Tak jak teraz, kiedy siedziała na przeciwko niego i nie mogła się powstrzymać przed tymi odruchami, których mieli się wystrzegać. Być może atmosfera ją do tego zachęcała, z drugiej strony to uczucie jej nie opuszczało, nigdy. Ciągle go pragnęła, zaczęło się to wtedy kiedy uważali się za przyjaciół, a może jeszcze wcześniej? Nie potrafiła tak naprawdę umiejscowić tego w czasie, nie miała pojęcia, kiedy wszystko się zaczęło i nie chciała tego wiedzieć, najistotniejsze było to, że trwało i to uczucie było odwzajemnione. Czuła to w jego spojrzeniu i tym jak łaknął jej dotyku. Potrzebowali siebie nawzajem i bardzo jej się to podobało.
Po raz kolejny mieli przekroczyć granicę przyzwoitości (kto właściwie je wyznaczał?). Nie byli w stanie panować nad tym palącym uczuciem, które się pojawiło, ona na pewno nie zamierzała tego robić. Nie chciała udawać tego, jaka to nie jest idealna - nie oszukujmy się nie była. Nigdy się nie ograniczała, nie zamierzała tego robić i teraz, gdy znajdowała się obok mężczyzny swojego życia.
Kiedy ich usta wreszcie się odnalazły - przepadła. Wiedziała, że nie będzie już odwrotu. Mieli się w tym zatracić i skorzystać z okazji która się nadarzyła, właściwie to może sami ją sobie stworzyli.
Nie chciała się od niego oddalić, nie zamierzała tego zrobić, skoro już postanowili się w sobie zatracić musieli to dokończyć, tego była pewna, chociaż rozsądek podpowiadał, że to nie było ani odpowiednie miejsce, ani odpowiedni czas, nie mogli nic z tym zrobić. Nie sądziła, aby ktokolwiek był w stanie zatrzymać to, co się między nimi działo.
Usta Yaxleyówny co chwilę szukały jego ust, pozwalała sobie na chwilę się od nich oderwać tylko po to, aby dotknąć nimi innych miejsc na jego ciele, szyja wydawała się jej najbardziej interesująca, bo nadal był ubrany, i nie wydawało jej się, że pozwolą sobie na całkowite pozbycie się ubrań.
Nie przeszkadzało jej to wcale, to znaczy chętnie dotknęłaby ustami w tej chwili każdej części jego ciała, ale sytuacja nie do końca była na to odpowiednia. Musieli jakoś sobie poradzić z tym co mieli. Jej dłonie nie przestawały wędrować po jego podbrzuszu, w końcu sięgnęła do guzika spodni, aby mieć nieco więcej przestrzeni, chwilę siłowała się z paskiem, ale udało jej się osiągnąć cel.
Nie przestawała przy tym go całować, nie mogła sobie na to pozwolić, nie była w stanie tego przerwać. Emocje, które nią kierowały były bardzo silne, już dawno przestała panować nad tym, co działo się z jej ciałem. Chciała ugasić pragnienie, teraz, nic więcej się nie liczyło.
Drgnęła, gdy jego usta wędrowały po jej dekolcie, było to bardzo przyjemne, nie przeszkadzało jej zupełnie to, że zapewne jego usta pozostawią ślady po swojej obecności na jej skórze, właściwie to cieszyła się, że ją naznacza, bo w końcu należała do niego.
Burza wydawała się być ich sprzymierzeńcem, w sumie to tłem tego, co działo się między nimi. Każde, kolejne uderzenie pioruna, powodowało, że jej serce biło jeszcze szybciej, krew buzowała jej w żyłach, paliła ją od środka. Musiała zaspokoić to silne pragnienie, bo nie byłaby w stanie zbyt długo tłamsić tego w sobie. Nie liczyło się nic więcej, nikt więcej, tylko Roise, jego usta i dłonie, które dotykały jej ciała.
Nie zamierzała dłużej zwlekać, szczególnie, kiedy poczuła, że ramiączka jej sukienki zostały zsunięte odsłaniając jej ciało. Przesunęła się na tym nieszczęsnym parapecie tak, żeby zrobić dla niego miejsce, chciała w końcu opleść go swoimi nogami i pozwolić im w pełni się w sobie zatracić. Potrzebowała tego teraz, w tym momencie. Nic więcej się nie liczyło, tylko to, że wreszcie znowu mogli stać się jednością i razem gasić to palące ich od środka pragnienie.