22.01.2023, 03:04 ✶
Nie miała w planach teleportacji.
Nawet nie podchodziła w Hogwarcie do kursu na teleportację; może i z translokacją na lekcjach sobie radziła, starając się doszlifować każde zaklęcie do perfekcji, tak nie czuła się z tym na tyle dobrze, żeby brać się za przeniesienie samej siebie w przestrzeni. A może po prostu tak bardzo skupiała się na dążeniu do bycia prymusem we wszystkim, że najzwyczajniej w świecie ten kurs nie wpasowywał się w napięty plan dnia.
Nawet nie dzierżyła w dłoni różdżki, gdy TO się stało.
Przemierzała po prostu dość szybkim krokiem Aleję Horyzontalną, zmierzając prawie prosto do domu – prawie, bowiem miała jeszcze potrzebę zahaczyć o jeden czy drugi przybytek, celem zerknięcia na pewne dobra. Mniej lub bardziej (nie)zbędne w domu. Dzień jak dzień, tyle że w trakcie jednej z wizyt poczuła swędzenie w nosie, które ani myślało się rozejść, a potem…
… kichnęła.
A raczej Kichnęła przez duże K, bo inaczej się tego nie dało nazwać. Było to chyba najpotężniejsze Kichnięcie, jakie się przydarzyło Eunice w dwudziestodwuletnim życiu, i o ile generalnie miała już do czynienia z mocniejszymi reakcjami swojego ciała, to kończyły się przeważnie chwilowym bólem żeber. Teraz zaś…
… nawet nie zdążyła się zdziwić, że jest wsysana przez przestrzeń, prawie jakby używała sieci Fiuu. Tyle że to nie miało nic wspólnego z Fiuu, nawet nie znajdowała się koło kominka, a niemalże na środku ulicy!
Tak że szok przyszedł dopiero później, gdy zamrugawszy kilka razy upewniła się, że nie ma żadnych przywidzeń. Że nie znajduje się w mieście, tylko tam, gdzie zdecydowanie nie powinna się znajdować. Mokro, smród…
… o Matko, smród. Od jakiegoś czasu zauważała, że zmieniło się odbieranie zapachów, co teraz odczuła bardzo, bardzo boleśnie. Treść żołądka podeszła do gardła, a potem, potem… może lepiej spuśćmy na to zasłonę milczenia.
Gdy doszła jako tako do siebie, czyli oczy przestały łzawić, a żołądek zwijać się w chińską ósemkę, rozejrzała się dokładniej po okolicy, z każdą sekundą coraz bardziej pojmując, że znalazła się bardzo, bardzo głęboko tam, gdzie słońce nie miało w zwyczaju dochodzić. Obcowanie z naturą pozostawało jej generalnie obce, jeśli nie liczyć przejażdżek na końskim grzbiecie – a i to miało miejsce jedynie na dobrze znanych terenach, nie w jakichś wybitnie przerośniętych bajorach.
Teleportacji nie znała ni w ząb, nie mogła więc tak po prostu dobyć różdżki i przenieść się z powrotem do Londynu – nie miała najmniejszego pojęcia, jak przejść do tematu, zwłaszcza że znacząco różniło się to od przeniesienia przedmiotu z miejsca na miejsce. Eksperymenty zaś nie wchodziły w grę – po korytarzach Hogwartu zbyt wiele plotek się przetaczało odnośnie niepowodzeń uczniów na kursie; na rozszczepienie nie mogła sobie pozwolić żadną miarą.
Choć po różdżkę tak czy siak sięgnęła – szpilki na jej stopach bynajmniej nie stanowiły obuwia przeznaczonego do wędrówek po grząskiej glebie, a że całkiem je lubiła, to chciała zapewnić im odrobinę ochrony przed wszechobecną wilgocią. A sobie – odrobinę komfortu; zdecydowanie wolała nie poruszać się, mając bardzo mokro w butach.
I nic.
Nawet najmniejszej iskry.
O ile już wcześniej była zaniepokojona, tak teraz niemalże spanikowała; nie mogąc posłużyć się magią, nie miała możliwości wysłać patronusa z wiadomością, żeby zdobyć jakiekolwiek wsparcie. Wyglądało na to, że znalazła się gdzieś na krańcu świata, w najmniej odpowiednich do warunków butach, torebką niezawierającą niczego, co potencjalnie mogłoby się tu przydać oraz płaszczem, który niekoniecznie był w stanie zapewnić ochronę w obliczu wilgoci i – jeśli się nie wygrzebie stąd do tej pory – nocy.
Ale była Malfoy.
Nie mogła usiąść i się rozpłakać jak pierwsza lepsza dziewka, musiała wziąć się w garść, być dużą dziewczynką i najzwyczajniej w świecie jakoś sobie poradzić. Mimo że wewnętrznie była tak naprawdę niemiłosiernie rozdygotana, a myślenie przychodziło ze swego rodzaju trudem. Ruszyła w losowym kierunku, klnąc pod nosem i starając się nie zostać Kopciuszkiem z mugolskiej bajki. Szczegół, że tu nie było żadnego księcia, który miałby natknąć się na szklany pantofelek, szpilki zresztą też z rzeczonego szkła nie były.
… chociaż?
Aż się zatrzymała, nie do końca dowierzając własnym oczom. Nie była jedyną osobą na mokradłach. Odkrycie to stanowiło swego rodzaju kubeł zimnej wody; tym bardziej musiała wziąć się w garść i nie pozwolić, by nieznajomy był w stanie dostrzec rzeczywisty stan ducha Eunice.
- … chciałabym to wiedzieć – odparła dość ostrożnie, pomijając przywitanie, przyglądając się uważnie gigantycznemu mężczyźnie, wyższemu nawet od męża – Jeszcze przed chwilą byłam na Horyzontalnej, a potem nagle… tu – odetchnęła nieco głębiej, powoli – Działa ci różdżka? – spytała jeszcze; widocznie nie zdążyła zbyt wiele zobaczyć z poczynań Hardwicka.
Nawet nie podchodziła w Hogwarcie do kursu na teleportację; może i z translokacją na lekcjach sobie radziła, starając się doszlifować każde zaklęcie do perfekcji, tak nie czuła się z tym na tyle dobrze, żeby brać się za przeniesienie samej siebie w przestrzeni. A może po prostu tak bardzo skupiała się na dążeniu do bycia prymusem we wszystkim, że najzwyczajniej w świecie ten kurs nie wpasowywał się w napięty plan dnia.
Nawet nie dzierżyła w dłoni różdżki, gdy TO się stało.
Przemierzała po prostu dość szybkim krokiem Aleję Horyzontalną, zmierzając prawie prosto do domu – prawie, bowiem miała jeszcze potrzebę zahaczyć o jeden czy drugi przybytek, celem zerknięcia na pewne dobra. Mniej lub bardziej (nie)zbędne w domu. Dzień jak dzień, tyle że w trakcie jednej z wizyt poczuła swędzenie w nosie, które ani myślało się rozejść, a potem…
… kichnęła.
A raczej Kichnęła przez duże K, bo inaczej się tego nie dało nazwać. Było to chyba najpotężniejsze Kichnięcie, jakie się przydarzyło Eunice w dwudziestodwuletnim życiu, i o ile generalnie miała już do czynienia z mocniejszymi reakcjami swojego ciała, to kończyły się przeważnie chwilowym bólem żeber. Teraz zaś…
… nawet nie zdążyła się zdziwić, że jest wsysana przez przestrzeń, prawie jakby używała sieci Fiuu. Tyle że to nie miało nic wspólnego z Fiuu, nawet nie znajdowała się koło kominka, a niemalże na środku ulicy!
Tak że szok przyszedł dopiero później, gdy zamrugawszy kilka razy upewniła się, że nie ma żadnych przywidzeń. Że nie znajduje się w mieście, tylko tam, gdzie zdecydowanie nie powinna się znajdować. Mokro, smród…
… o Matko, smród. Od jakiegoś czasu zauważała, że zmieniło się odbieranie zapachów, co teraz odczuła bardzo, bardzo boleśnie. Treść żołądka podeszła do gardła, a potem, potem… może lepiej spuśćmy na to zasłonę milczenia.
Gdy doszła jako tako do siebie, czyli oczy przestały łzawić, a żołądek zwijać się w chińską ósemkę, rozejrzała się dokładniej po okolicy, z każdą sekundą coraz bardziej pojmując, że znalazła się bardzo, bardzo głęboko tam, gdzie słońce nie miało w zwyczaju dochodzić. Obcowanie z naturą pozostawało jej generalnie obce, jeśli nie liczyć przejażdżek na końskim grzbiecie – a i to miało miejsce jedynie na dobrze znanych terenach, nie w jakichś wybitnie przerośniętych bajorach.
Teleportacji nie znała ni w ząb, nie mogła więc tak po prostu dobyć różdżki i przenieść się z powrotem do Londynu – nie miała najmniejszego pojęcia, jak przejść do tematu, zwłaszcza że znacząco różniło się to od przeniesienia przedmiotu z miejsca na miejsce. Eksperymenty zaś nie wchodziły w grę – po korytarzach Hogwartu zbyt wiele plotek się przetaczało odnośnie niepowodzeń uczniów na kursie; na rozszczepienie nie mogła sobie pozwolić żadną miarą.
Choć po różdżkę tak czy siak sięgnęła – szpilki na jej stopach bynajmniej nie stanowiły obuwia przeznaczonego do wędrówek po grząskiej glebie, a że całkiem je lubiła, to chciała zapewnić im odrobinę ochrony przed wszechobecną wilgocią. A sobie – odrobinę komfortu; zdecydowanie wolała nie poruszać się, mając bardzo mokro w butach.
I nic.
Nawet najmniejszej iskry.
O ile już wcześniej była zaniepokojona, tak teraz niemalże spanikowała; nie mogąc posłużyć się magią, nie miała możliwości wysłać patronusa z wiadomością, żeby zdobyć jakiekolwiek wsparcie. Wyglądało na to, że znalazła się gdzieś na krańcu świata, w najmniej odpowiednich do warunków butach, torebką niezawierającą niczego, co potencjalnie mogłoby się tu przydać oraz płaszczem, który niekoniecznie był w stanie zapewnić ochronę w obliczu wilgoci i – jeśli się nie wygrzebie stąd do tej pory – nocy.
Ale była Malfoy.
Nie mogła usiąść i się rozpłakać jak pierwsza lepsza dziewka, musiała wziąć się w garść, być dużą dziewczynką i najzwyczajniej w świecie jakoś sobie poradzić. Mimo że wewnętrznie była tak naprawdę niemiłosiernie rozdygotana, a myślenie przychodziło ze swego rodzaju trudem. Ruszyła w losowym kierunku, klnąc pod nosem i starając się nie zostać Kopciuszkiem z mugolskiej bajki. Szczegół, że tu nie było żadnego księcia, który miałby natknąć się na szklany pantofelek, szpilki zresztą też z rzeczonego szkła nie były.
… chociaż?
Aż się zatrzymała, nie do końca dowierzając własnym oczom. Nie była jedyną osobą na mokradłach. Odkrycie to stanowiło swego rodzaju kubeł zimnej wody; tym bardziej musiała wziąć się w garść i nie pozwolić, by nieznajomy był w stanie dostrzec rzeczywisty stan ducha Eunice.
- … chciałabym to wiedzieć – odparła dość ostrożnie, pomijając przywitanie, przyglądając się uważnie gigantycznemu mężczyźnie, wyższemu nawet od męża – Jeszcze przed chwilą byłam na Horyzontalnej, a potem nagle… tu – odetchnęła nieco głębiej, powoli – Działa ci różdżka? – spytała jeszcze; widocznie nie zdążyła zbyt wiele zobaczyć z poczynań Hardwicka.
734