22.01.2023, 01:41 ✶
22 marca. Dla Victorii był to bardzo szczególny dzień i prawdę mówiąc zupełnie inaczej go sobie zaplanowała. Miała iść do pracy, a po pracy udać się na cmentarz. Odwiedzić prywatne grobowce i złożyć kwiaty na grobie Drake’a Rosiera – narzeczonego, którego nawet nie lubiła, a który zmarł dokładnie rok temu co do dnia. Tamten dzień był zupełnie inny niż dzisiejszy – deszcz nie chciał spaść, a w powietrzu wyczuwało się ciężar. A później dym i smród czarnej magii. Ale to było rok temu. Na dzisiaj poprosiła o wolne, by móc pożegnać Simone Malfoy. I musiała przygotować inne kwiaty, by przyjść z nimi na pogrzeb kobiety, której nawet dobrze nie znała. Kojarzyła, oczywiście – była żoną żony jej kuzyna. Poza tym kojarzyła samego wdowca, pracował w Departamencie razem z jej matką. Nie wiedziała w jakich relacjach Elliot i Simone byli; czy byli małżeństwem pełnym miłości, czy może raczej tylko przyjaźni, czy jednej wielkiej farsy. Nie wiedziała i nie miało to większego znaczenia, bo śmierć tak młodej osoby, jaką była Simone, młodej matki, która osierociła malutkiego syna, zawsze była nieodżałowana. Najgorsze było to, że mały nie będzie jej nawet pamiętał.
Nie odczuwała więc wielkiego smutku, ale nie było w niej też radości. Może raczej zaduma – bo, jak już zostało wspomniane, był to dla niej dzień szczególny. Szczególnie związany ze śmiercią, stratą, również smutkiem. Nawet jeśli kogoś nie lubisz, nawet jeśli kogoś nie kochasz… Po prostu można było odczuwać pewną pustkę z powodu osoby, której już się nie spotka. Nie porozmawia. Nie pozna tak, jak być może powinno. Wasze drogi już nie będą miały szans się ze sobą spotkać, a przecież przyszłość była pełna możliwości. Dzisiaj kogoś nie znasz, a za rok wszystko może być zupełnie inaczej. Tutaj jednak koniec był definitywny. I to jeszcze koniec, który wybrała dla siebie sama Simone. Było w tym coś trudnego do ujęcia myślami.
Lestrange nie stała z samego przodu, to miejsce było zarezerwowane dla najbliższej rodziny. Nie stała też jednak na samym końcu. Nie kręciła się, nie patrzyła po ludziach. Po prostu słuchała - najpierw przemowy Elliota, później Hesperii. Nawet po cichu zaintonowała jedną z pieśni, kiedy wielka kapłanka wraz z innymi odpowiedzialnymi za ceremonię zaczęła śpiewać. Nie wiedziała kto jeszcze z jej rodziny tutaj jest, choć podejrzewała, że ktoś na pewno. Kuzyn? Może któraś kuzynka? Jedno było pewne: wcale nie musiała udawać, że jest jej przykro. To był dla niej po prostu przygnębiający dzień.
Nie odczuwała więc wielkiego smutku, ale nie było w niej też radości. Może raczej zaduma – bo, jak już zostało wspomniane, był to dla niej dzień szczególny. Szczególnie związany ze śmiercią, stratą, również smutkiem. Nawet jeśli kogoś nie lubisz, nawet jeśli kogoś nie kochasz… Po prostu można było odczuwać pewną pustkę z powodu osoby, której już się nie spotka. Nie porozmawia. Nie pozna tak, jak być może powinno. Wasze drogi już nie będą miały szans się ze sobą spotkać, a przecież przyszłość była pełna możliwości. Dzisiaj kogoś nie znasz, a za rok wszystko może być zupełnie inaczej. Tutaj jednak koniec był definitywny. I to jeszcze koniec, który wybrała dla siebie sama Simone. Było w tym coś trudnego do ujęcia myślami.
Lestrange nie stała z samego przodu, to miejsce było zarezerwowane dla najbliższej rodziny. Nie stała też jednak na samym końcu. Nie kręciła się, nie patrzyła po ludziach. Po prostu słuchała - najpierw przemowy Elliota, później Hesperii. Nawet po cichu zaintonowała jedną z pieśni, kiedy wielka kapłanka wraz z innymi odpowiedzialnymi za ceremonię zaczęła śpiewać. Nie wiedziała kto jeszcze z jej rodziny tutaj jest, choć podejrzewała, że ktoś na pewno. Kuzyn? Może któraś kuzynka? Jedno było pewne: wcale nie musiała udawać, że jest jej przykro. To był dla niej po prostu przygnębiający dzień.