10.11.2024, 04:57 ✶
- Wiem - bardzo powoli przytaknął, kiwając głową.
Zdawał sobie sprawę z tego, co mogło nią kierować. Zresztą przecież rozmawiali na te tematy. Może nie wiedział o wszystkim, co siedzi w jej głowie, ale raczej nie zwykli chować przed sobą tych głębszych myśli, rozważań czy nawet wątpliwości.
Wiedział, że nie chodzi wyłącznie o kwestie finansowe. To było coś znacznie bardziej skomplikowanego. Mentalnego, wewnętrznego. Coś, czego niemożność nasycenia ją teraz coraz bardziej przytłaczała.
- Nie sądzę, by była taka potrzeba - spróbował zabrzmieć pocieszająco, gładząc palcami dłoń blondynki i posyłając jej ciepłe spojrzenie.
To nie tak, że był zatroskany, ale... ...poniekąd był zatroskany. Planował naprawdę spróbować rozpuścić swoje wici, żeby nie musiała uciekać się do czegoś, co byłoby dla niej marną imitacją prawdziwych zleceń. Nic nie gwarantował, ale myśl o tym, że wróciłby z niczym i miałaby szukać tych żab w zaspach śniegu była raczej niedopuszczalna.
- Dla niektórych? - Nieznacznie zmrużył oczy, zastanawiając się przez ułamek sekundy, przy czym zaraz machnął ręką. - Dla większości? Tak. Większość w dodatku pomija tę naukę.
Ich społeczeństwo z roku na rok stawało się coraz bardziej ogłupione tym złudnym postępem I wartościami, w których najwidoczniej nikt nie przewidział miejsca na branie odpowiedzialności za swoje czyny.
Co dla samego Greengrassa było ostatnim przejawem jakiegokolwiek braku klasy. Praktycznie od zawsze uważał, że należało ponosić konsekwencje tego, co się robi - czy będą one pozytywne, czy negatywne. Mając to z tyłu głowy, podejmowało się racjonalne decyzje. Analizowało się sytuację przynajmniej pod kątem jednego za i jednego przeciw. Nawet takich skrajnie płytkich. Należało oprzeć decyzję na czymś, żeby móc ją podjąć a potem przyjąć na klatę to, czy dokonało się dobrego wyboru.
Tak działał świat. No, przynajmniej powinien. Potem pojawiały się osoby takie jak Leach, wkraczając całe na biało i ślizgające się jak węgorze, gdy inni ponosili konsekwencje.
No właśnie.
- Wybacz - obdarzył ją przepraszającym spojrzeniem, w którym trudno było znaleźć jakiekolwiek poczucie winy, bo go tam wcale nie było. - Już ograniczam naukowy bełkot - nie miał najmniejszego problemu, aby nazwać tak to, co dla niego było wartościowymi informacjami, ale dla Geraldine mogło jawić się właśnie jako to: naukowy bełkot.
A że Ambroise raczej cenił sobie ich mimochodem wypracowane porozumienie dotyczące nie zanudzania się nawzajem całkowicie niepotrzebnymi wywodami na tematy, które nie interesowały drugiej połówki, toteż wzruszył ramionami, ucinając temat.
Sam miał wprost zabawnie niski poziom wiedzy o tym, co było jej konikiem. Co prawda przez ostatnie miesiące przestał mylić smoka z bahanką (no dobrze, może bez przesady), jednakże w dalszym ciągu nie był biegły w tym, w czym Geraldine mogła błyszczeć nawet w samym środku nocy wyrwana z głębokiego snu.
O dziwo nawet mu to nie przeszkadzało. Wbrew pozorom nie uważał się za eksperta we wszystkim. Miał swoje raczej wąskie dziedziny, które mu w zupełności wystarczały. Świat prawdopodobnie nie wytrzymałby zbyt długo, gdyby ktoś taki jak on zaczął uważać się za specjalistę w zakresie eliksirów, zielarstwa, medycyny, magicznych bestii, łowiectwa, łucznictwa, szydełkowania i grania na trąbce.
Wystarczy, że w tym momencie był głosem w politycznych dyskusjach, choć jak sam zdążył zauważyć - nijak nie ciągnęło go do Ministerstwa. Wprost przeciwnie. Gardził ułomnością ich systemu prawnego, nawet jeśli całkiem skutecznie obracał ją na swoją korzyść.
- Czy ja wiem? Są ludzie, którzy nadal wierzą w męczennictwo i poświęcenie Leacha, który tyle robi dla społeczeństwa - głównie to, że wywołuje kolejne skandale, przepuszcza pieniądze i pierdzi w stołek, plując w twarz rodowitych czarodziejów. - Zrzucą go ze stołka. Może wybuchną jakieś zamieszki. Nie podejrzewam, by mogło być goręcej - zawyrokował całkiem otwarcie, raczej nie sądził, aby miało ich zaskoczyć coś więcej.
Niestety, bo to oznaczało, że po Nobbym mieli pojawić się kolejni mugolakowie pchający się na cudze wysokie stanowiska. Bez jasnego pokazania im nienaruszalności hierarchii nie miało być lepiej. Natomiast zdecydowanie mogło być gorzej.
Gorzej dla tej części magicznego społeczeństwa, która od wieków dźwigała stabilność tego świata na swoich barkach. A później pojawili się ci postępowi, torując sobie drogę w taki sposób, że jakimś cudem udało im się dopchnąć naprawdę wysoko. I oczywiście zacząć proces reformy systemu od żałosnych prób całkowitego popsucia czegoś co funkcjonuje od wieków.
Aż szkoda gadać. Szczególnie, że grzane wino traciło przy tym swoje przyjemne ciepło.
- Wiesz, że mając podstępne plany spicia kogoś do... ...właściwie to do jakiegokolwiek stanu... ...po prostu spicia kogoś, żeby nie być jedyną pijaną osobą w tym domu, raczej nie powinnaś mu o tym mówić? - Jego brwi niemalże złączyły się z linią włosów a spojrzenie wskazywało na raczej bardzo jawne rozbawienie z niewielką kropelką niedowierzania. - Ani tym bardziej planować pić dalej. No, chyba że planujesz wkręcić mnie w nadrobienie butelki zanim wychylisz drugą - co było całkowicie wykonalne, prawdę mówiąc.
Szczególnie, jeśli podeszliby do tego tak zadaniowo jak to bywało w przeszłości. Czasami lubił wypić z nią odrobinę zbyt dużo alkoholu, zsunąć się z kanapy na podłogę, rozkładając poduszki i po prostu leżąc na dywanie.
Bywało, że rozmawiając o najróżniejszych głupotach. Zdarzało się, że milcząc. Zazwyczaj gdzieś po drodze znacznie zmniejszając fizyczny dystans, ale nie skupiając się wyłącznie na tym, bo cenił sobie wypracowaną harmonię pozwalającą im tak po prostu delektować się wspólnymi bezmyślnymi minutami nicnierobienia.
- No co ty nie powiesz - mimowolnie prychnął wywracając oczami, bo jakoś szczerze wątpił, żeby jej słowa miały odbicie w rzeczywistości.
Choć tak prawdę mówiąc wcale nie chciał tego wiedzieć.
- Ależ wiem, że je mam - skwitował to mrugnięciem oka, uznając własne zwycięstwo w tym temacie, bo w rzeczywistości nie chciał się w to bardziej zagłębiać.
To, co było w przeszłości, było w przeszłości. Daleko za nimi. Nie musiało wracać. Nie było ściekiem, który mógłby wybić, bo od samego początku byli ze sobą krystalicznie szczerzy. Jeszcze zanim w ogóle pomyślał, że może być z nią kiedyś równie blisko.
Prawdę mówiąc stosunkowo długo mu to zajęło, ale teraz nadrabiali wszelki może nawet nie do końca stracony czas. Wyciągnęli z niego naukę. Co prawda Ambroise nie do końca wiedział, jaką, ale jakąś na pewno.
Między innymi taką, że choć uważał ją za swoją przyjaciółkę (całe szczęście już nie w tym obrzydliwie platonicznym sensie) to pewne rzeczy wolał dyskretnie pozostawić w przeszłości, nie robiąc z nich ekscytujących historii.
To, że wiedzieli o sobie również to, w jaki sposób się przed sobą prowadzili mogło w zupełności wystarczyć. Obecnie żadne z nich nie dawało drugiej połowie do zrozumienia, że mogłoby być tam coś więcej niż zamknięty etap.
Patrząc w przyszłość i żyjąc w teraźniejszości, nie skupiał się na przeszłości. Widział swoje życie wyłącznie u boku jednej konkretnej kobiety. Nie potrzebował nic więcej. No. Może jeszcze trochę grzanego wina, bo skoro miał nadrobić zaległości w opróżnianiu butelek to chyba powinien zacząć.
Przesunął palcem wskazującym po zaparowanej szybie, rysując na niej kółko o nierównych krawędziach i wzruszając ramionami. Odprowadził Geraldine spojrzeniem w kierunku szafki, leniwie przyglądając się jej ruchom.
Całkowicie odprężony podciągnął nogi na parapet, oparł się plecami o ścianę i skrzyżował ręce na piersi, splatając palce.
Cały czas obserwował poczynania dziewczyny, uśmiechając się pod nosem. A kiedy kuchnię wypełniła naprawdę przyjemna woń grzanego wina, przypraw i ciasta, skinął głową z aprobatą.
Zmrużył oczy, zastanawiając się nad odpowiedzią m, po czym przejechał dłonią po włosach, wsuwając w nie palce i namyślając się jeszcze przez chwilę.
- Kanapa? - Bardziej stwierdził niż zaoferował, choć spróbował nadać temu pytający ton. - Obawiam się, że mój kręgosłup może nie znieść więcej siedzenia na czymś twardym - zawyrokował, wsuwając ręce do kieszeni i lekko uśmiechając się do Geraldine. - To był jeden z najnudniejszych dyżurów od miesięcy - przeciągnął się, wyginając plecy i unosząc ramiona, po czym wbił w nią spojrzenie.
Dostrzegając, że jego dziewczyna chyba skończyła gotować wino, płynnym ruchem zsunął się z parapetu, żeby dołączyć do niej przy kociołku. Przystanął tuż obok, bez słowa nachylając się ku naczyniu i unosząc brwi.
Przynajmniej nie bulgotało jak oszalałe. Naprawdę się starała, doceniał to, choć sam raczej nie doprowadziłby go do aż takiego wrzenia, tylko kontrolowałby temperaturę na każdym etapie procesu. Mimo to bez wątpienia nie zamierzał komentować tego faktu.
Nie potrzebował być czepialski. Nie w stosunku do niej. Szczególnie, że na zewnątrz ich relacji miał dostatecznie dużo okazji, żeby zachowywać się jak uszczypliwy krytyk. Nie czuł potrzeby, aby przynosić to do domu. Naprawdę spokorniał przy niej przez te ostatnie miesiące.
Nie mówiąc o tym, że niektóre słowa i gesty przychodziły mu znacznie łatwiej, niewymuszenie i bez sztuczności. Nie był wyrachowany w tym, co robił. Przynajmniej nie przy Geraldine, do której ponownie się uśmiechnął, gdy wyprostował plecy i cofnął się od kociołka.
- Pięknie wyglądasz - mruknął ni stąd, ni zowąd, kładąc dłonie na biodrach Geraldine, a zaledwie kilka sekund później całkowicie obejmując ją od tyłu z rękami splecionymi na jej podbrzuszu.
Oparł podbródek o ramię ukochanej, składając pocałunek na miękkiej szyi dziewczyny. Dopiero wtedy zrobił krok w tył, kierując się do szafki kuchennej po drugi kubek.
Teoretycznie mógł machnąć różdżką i go do nich przylewitować, ale nie był aż tak leniwy. Zwłaszcza po tak długim i nudnym dyżurze jak ten dzisiejszy, lubił własnoręcznie zająć się częścią zajęć.
- Pomóc ci to przelać? - spytał, stawiając drugi kubek na blacie nieopodal paleniska.
Zdawał sobie sprawę z tego, co mogło nią kierować. Zresztą przecież rozmawiali na te tematy. Może nie wiedział o wszystkim, co siedzi w jej głowie, ale raczej nie zwykli chować przed sobą tych głębszych myśli, rozważań czy nawet wątpliwości.
Wiedział, że nie chodzi wyłącznie o kwestie finansowe. To było coś znacznie bardziej skomplikowanego. Mentalnego, wewnętrznego. Coś, czego niemożność nasycenia ją teraz coraz bardziej przytłaczała.
- Nie sądzę, by była taka potrzeba - spróbował zabrzmieć pocieszająco, gładząc palcami dłoń blondynki i posyłając jej ciepłe spojrzenie.
To nie tak, że był zatroskany, ale... ...poniekąd był zatroskany. Planował naprawdę spróbować rozpuścić swoje wici, żeby nie musiała uciekać się do czegoś, co byłoby dla niej marną imitacją prawdziwych zleceń. Nic nie gwarantował, ale myśl o tym, że wróciłby z niczym i miałaby szukać tych żab w zaspach śniegu była raczej niedopuszczalna.
- Dla niektórych? - Nieznacznie zmrużył oczy, zastanawiając się przez ułamek sekundy, przy czym zaraz machnął ręką. - Dla większości? Tak. Większość w dodatku pomija tę naukę.
Ich społeczeństwo z roku na rok stawało się coraz bardziej ogłupione tym złudnym postępem I wartościami, w których najwidoczniej nikt nie przewidział miejsca na branie odpowiedzialności za swoje czyny.
Co dla samego Greengrassa było ostatnim przejawem jakiegokolwiek braku klasy. Praktycznie od zawsze uważał, że należało ponosić konsekwencje tego, co się robi - czy będą one pozytywne, czy negatywne. Mając to z tyłu głowy, podejmowało się racjonalne decyzje. Analizowało się sytuację przynajmniej pod kątem jednego za i jednego przeciw. Nawet takich skrajnie płytkich. Należało oprzeć decyzję na czymś, żeby móc ją podjąć a potem przyjąć na klatę to, czy dokonało się dobrego wyboru.
Tak działał świat. No, przynajmniej powinien. Potem pojawiały się osoby takie jak Leach, wkraczając całe na biało i ślizgające się jak węgorze, gdy inni ponosili konsekwencje.
No właśnie.
- Wybacz - obdarzył ją przepraszającym spojrzeniem, w którym trudno było znaleźć jakiekolwiek poczucie winy, bo go tam wcale nie było. - Już ograniczam naukowy bełkot - nie miał najmniejszego problemu, aby nazwać tak to, co dla niego było wartościowymi informacjami, ale dla Geraldine mogło jawić się właśnie jako to: naukowy bełkot.
A że Ambroise raczej cenił sobie ich mimochodem wypracowane porozumienie dotyczące nie zanudzania się nawzajem całkowicie niepotrzebnymi wywodami na tematy, które nie interesowały drugiej połówki, toteż wzruszył ramionami, ucinając temat.
Sam miał wprost zabawnie niski poziom wiedzy o tym, co było jej konikiem. Co prawda przez ostatnie miesiące przestał mylić smoka z bahanką (no dobrze, może bez przesady), jednakże w dalszym ciągu nie był biegły w tym, w czym Geraldine mogła błyszczeć nawet w samym środku nocy wyrwana z głębokiego snu.
O dziwo nawet mu to nie przeszkadzało. Wbrew pozorom nie uważał się za eksperta we wszystkim. Miał swoje raczej wąskie dziedziny, które mu w zupełności wystarczały. Świat prawdopodobnie nie wytrzymałby zbyt długo, gdyby ktoś taki jak on zaczął uważać się za specjalistę w zakresie eliksirów, zielarstwa, medycyny, magicznych bestii, łowiectwa, łucznictwa, szydełkowania i grania na trąbce.
Wystarczy, że w tym momencie był głosem w politycznych dyskusjach, choć jak sam zdążył zauważyć - nijak nie ciągnęło go do Ministerstwa. Wprost przeciwnie. Gardził ułomnością ich systemu prawnego, nawet jeśli całkiem skutecznie obracał ją na swoją korzyść.
- Czy ja wiem? Są ludzie, którzy nadal wierzą w męczennictwo i poświęcenie Leacha, który tyle robi dla społeczeństwa - głównie to, że wywołuje kolejne skandale, przepuszcza pieniądze i pierdzi w stołek, plując w twarz rodowitych czarodziejów. - Zrzucą go ze stołka. Może wybuchną jakieś zamieszki. Nie podejrzewam, by mogło być goręcej - zawyrokował całkiem otwarcie, raczej nie sądził, aby miało ich zaskoczyć coś więcej.
Niestety, bo to oznaczało, że po Nobbym mieli pojawić się kolejni mugolakowie pchający się na cudze wysokie stanowiska. Bez jasnego pokazania im nienaruszalności hierarchii nie miało być lepiej. Natomiast zdecydowanie mogło być gorzej.
Gorzej dla tej części magicznego społeczeństwa, która od wieków dźwigała stabilność tego świata na swoich barkach. A później pojawili się ci postępowi, torując sobie drogę w taki sposób, że jakimś cudem udało im się dopchnąć naprawdę wysoko. I oczywiście zacząć proces reformy systemu od żałosnych prób całkowitego popsucia czegoś co funkcjonuje od wieków.
Aż szkoda gadać. Szczególnie, że grzane wino traciło przy tym swoje przyjemne ciepło.
- Wiesz, że mając podstępne plany spicia kogoś do... ...właściwie to do jakiegokolwiek stanu... ...po prostu spicia kogoś, żeby nie być jedyną pijaną osobą w tym domu, raczej nie powinnaś mu o tym mówić? - Jego brwi niemalże złączyły się z linią włosów a spojrzenie wskazywało na raczej bardzo jawne rozbawienie z niewielką kropelką niedowierzania. - Ani tym bardziej planować pić dalej. No, chyba że planujesz wkręcić mnie w nadrobienie butelki zanim wychylisz drugą - co było całkowicie wykonalne, prawdę mówiąc.
Szczególnie, jeśli podeszliby do tego tak zadaniowo jak to bywało w przeszłości. Czasami lubił wypić z nią odrobinę zbyt dużo alkoholu, zsunąć się z kanapy na podłogę, rozkładając poduszki i po prostu leżąc na dywanie.
Bywało, że rozmawiając o najróżniejszych głupotach. Zdarzało się, że milcząc. Zazwyczaj gdzieś po drodze znacznie zmniejszając fizyczny dystans, ale nie skupiając się wyłącznie na tym, bo cenił sobie wypracowaną harmonię pozwalającą im tak po prostu delektować się wspólnymi bezmyślnymi minutami nicnierobienia.
- No co ty nie powiesz - mimowolnie prychnął wywracając oczami, bo jakoś szczerze wątpił, żeby jej słowa miały odbicie w rzeczywistości.
Choć tak prawdę mówiąc wcale nie chciał tego wiedzieć.
- Ależ wiem, że je mam - skwitował to mrugnięciem oka, uznając własne zwycięstwo w tym temacie, bo w rzeczywistości nie chciał się w to bardziej zagłębiać.
To, co było w przeszłości, było w przeszłości. Daleko za nimi. Nie musiało wracać. Nie było ściekiem, który mógłby wybić, bo od samego początku byli ze sobą krystalicznie szczerzy. Jeszcze zanim w ogóle pomyślał, że może być z nią kiedyś równie blisko.
Prawdę mówiąc stosunkowo długo mu to zajęło, ale teraz nadrabiali wszelki może nawet nie do końca stracony czas. Wyciągnęli z niego naukę. Co prawda Ambroise nie do końca wiedział, jaką, ale jakąś na pewno.
Między innymi taką, że choć uważał ją za swoją przyjaciółkę (całe szczęście już nie w tym obrzydliwie platonicznym sensie) to pewne rzeczy wolał dyskretnie pozostawić w przeszłości, nie robiąc z nich ekscytujących historii.
To, że wiedzieli o sobie również to, w jaki sposób się przed sobą prowadzili mogło w zupełności wystarczyć. Obecnie żadne z nich nie dawało drugiej połowie do zrozumienia, że mogłoby być tam coś więcej niż zamknięty etap.
Patrząc w przyszłość i żyjąc w teraźniejszości, nie skupiał się na przeszłości. Widział swoje życie wyłącznie u boku jednej konkretnej kobiety. Nie potrzebował nic więcej. No. Może jeszcze trochę grzanego wina, bo skoro miał nadrobić zaległości w opróżnianiu butelek to chyba powinien zacząć.
Przesunął palcem wskazującym po zaparowanej szybie, rysując na niej kółko o nierównych krawędziach i wzruszając ramionami. Odprowadził Geraldine spojrzeniem w kierunku szafki, leniwie przyglądając się jej ruchom.
Całkowicie odprężony podciągnął nogi na parapet, oparł się plecami o ścianę i skrzyżował ręce na piersi, splatając palce.
Cały czas obserwował poczynania dziewczyny, uśmiechając się pod nosem. A kiedy kuchnię wypełniła naprawdę przyjemna woń grzanego wina, przypraw i ciasta, skinął głową z aprobatą.
Zmrużył oczy, zastanawiając się nad odpowiedzią m, po czym przejechał dłonią po włosach, wsuwając w nie palce i namyślając się jeszcze przez chwilę.
- Kanapa? - Bardziej stwierdził niż zaoferował, choć spróbował nadać temu pytający ton. - Obawiam się, że mój kręgosłup może nie znieść więcej siedzenia na czymś twardym - zawyrokował, wsuwając ręce do kieszeni i lekko uśmiechając się do Geraldine. - To był jeden z najnudniejszych dyżurów od miesięcy - przeciągnął się, wyginając plecy i unosząc ramiona, po czym wbił w nią spojrzenie.
Dostrzegając, że jego dziewczyna chyba skończyła gotować wino, płynnym ruchem zsunął się z parapetu, żeby dołączyć do niej przy kociołku. Przystanął tuż obok, bez słowa nachylając się ku naczyniu i unosząc brwi.
Przynajmniej nie bulgotało jak oszalałe. Naprawdę się starała, doceniał to, choć sam raczej nie doprowadziłby go do aż takiego wrzenia, tylko kontrolowałby temperaturę na każdym etapie procesu. Mimo to bez wątpienia nie zamierzał komentować tego faktu.
Nie potrzebował być czepialski. Nie w stosunku do niej. Szczególnie, że na zewnątrz ich relacji miał dostatecznie dużo okazji, żeby zachowywać się jak uszczypliwy krytyk. Nie czuł potrzeby, aby przynosić to do domu. Naprawdę spokorniał przy niej przez te ostatnie miesiące.
Nie mówiąc o tym, że niektóre słowa i gesty przychodziły mu znacznie łatwiej, niewymuszenie i bez sztuczności. Nie był wyrachowany w tym, co robił. Przynajmniej nie przy Geraldine, do której ponownie się uśmiechnął, gdy wyprostował plecy i cofnął się od kociołka.
- Pięknie wyglądasz - mruknął ni stąd, ni zowąd, kładąc dłonie na biodrach Geraldine, a zaledwie kilka sekund później całkowicie obejmując ją od tyłu z rękami splecionymi na jej podbrzuszu.
Oparł podbródek o ramię ukochanej, składając pocałunek na miękkiej szyi dziewczyny. Dopiero wtedy zrobił krok w tył, kierując się do szafki kuchennej po drugi kubek.
Teoretycznie mógł machnąć różdżką i go do nich przylewitować, ale nie był aż tak leniwy. Zwłaszcza po tak długim i nudnym dyżurze jak ten dzisiejszy, lubił własnoręcznie zająć się częścią zajęć.
- Pomóc ci to przelać? - spytał, stawiając drugi kubek na blacie nieopodal paleniska.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down