10.11.2024, 22:23 ✶
Wraz z Norą podeszli do pozostałej części Towarzystwa oraz Jonathana, przystając stosunkowo blisko punktu badawczego. Nieznacznie kiwnął głową w kierunku pozostałych czarodziejów, czekając aż ktoś inny z tamtej grupy zdejmie swoje nauszniki. To zasugerowałoby, że mogą być względnie bezpieczni przed nieoczekiwanymi dźwiękami.
Co prawda niespecjalnie ochoczo zareagował na fakt, że to pani Abbott była tym człowiekiem. W dalszym ciągu patrzył sceptycznie na jej zdroworozsądkowe działania. Mimo to po chwili zsunął ochronę z uszu, lecz tylko nieznacznie - zostawił nauszniki na głowie. Jedynie przesunął je o kilka centymetrów w tył, żeby w razie czego móc szybko wepchnąć je na uszy. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Wysłuchał planu przedstawicielki zarządu Towarzystwa, zachowując milczenie do momentu, kiedy kobieta skończyła swoją wypowiedź. Dopiero wtedy odchrząknął i powiódł spojrzeniem po twarzach reszty grupy. Nie zatrzymał wzroku na nikim konkretnie. Kilkanaście sekund później wrócił do pani Abbott i odezwał się powoli.
- Co tak właściwie zaszło w związku z pobraną próbką? - Nieznacznie nachylił się ku stanowisku drugiej grupy badawczej szukając wzrokiem tego, co udało im się pozyskać.
Nie zamierzał ukrywać, że wraz z Norą (a wcześniej także Cameronem) zajmowali się swoją częścią zadań, więc warto byłoby, żeby ktoś wprowadził ich w całą sytuację. Ambroise nie dostrzegał kawałka wici w probówce albo pojemniczku.
Zwrócił za to uwagę na pewną ilość piasku, który raczej nie miał prawa wysypać się aż tak przez małą dziurkę, więc odruchowo skierował wzrok ku Roselyn, oczekując zwartych, krótkich i najlepiej szybkich wyjaśnień zanim przystąpią do dalszej części planu pani Abbott.
Zdecydowanie nie zamierzał zmieniać zdania co do tego, że pierwotne propozycje były niedorzeczne. Natomiast druga możliwość dała się tolerować, toteż kiwnął głową (bardziej do siebie niż do kogoś konkretnego), na chwilę przenosząc wzrok na Roselyn a potem na Norę, żeby zobaczyć ich reakcje.
Po czym odezwał się do reszty grupy. Niezbyt entuzjastycznie, ale raczej po prostu neutralnie. Bez zbędnego okazywania swojej aprobaty albo dezaprobaty.
- Jeżeli nikt nie ma innych propozycji - rozejrzał się dookoła, bo to był wprost idealny moment na uniesienie ręki - sądzę, że powinniśmy skupić się na tym, aby jedno z nas było gotowe wesprzeć panią, pani Abbott, natomiast drugie było całkowicie skupione na zapewnieniu wsparcia pani zastępcy - stwierdził, bo wyłanianie jednej osoby do reagowania tu i tu mogło skończyć się problemami i chaosem, którego dało się uniknąć.
Rzecz jasna reszta grupy, poza tymi zaangażowanymi nieszczęśnikami, z pewnością nie miała stać w miejscu i patrzeć jak dzieje się coś złego albo niebezpiecznego, ale odpowiedzialność miała to do siebie, że rozmywała się, gdy wokół było zbyt wielu ludzi. Lepiej było od razu ustalić przydziały.
- Powiedzmy, że jeśli reszta grupy nie ma nic przeciwko, wesprę panią w razie potrzeby zajęcia się kopułą - no cóż, tym samym odcinał się od udziału w procesie bezpośredniego pobierania próbki soków, ale mógł to zostawić Roselyn, Norze i...
...Victorii? To wydawało się logiczne, bo Jonathan nie był członkiem Towarzystwa. Natomiast Selwyn mógł mieć całkiem przydatne umiejętności, żeby wesprzeć obie kobiety w razie powtórki z rozrywki w Ministerstwie. Wiedział, czego spodziewać się po roślinie.
Natomiast Victoria najpewniej dysponowała refleksami przydatnymi w przypadku, w którym trzeba byłoby szybko zająć się zasypaniem rośliny. Nie bez powodu była aurorem. To miało sens.
- Victorio, będziesz tak miła, aby wesprzeć pana Uruquata, gdyby zaistniała konieczność odcięcia rośliny przy pomocy ziemi? - Spytał uprzejmie, kierując spojrzenie w stronę panny Lestrange, która z racji wykonywanej profesji miała prawdopodobnie największe szansę, aby zareagować odpowiednio szybko w razie zagrożenia.
Rzecz jasna nie zamierzał jej do niczego przymuszać. Jedynie przejmował część inicjatywy, skoro nikt inny do tej pory nie palił się ku temu, żeby wyciągnąć rękę w górę. Niespecjalnie się temu dziwił. Badanie było znacznie ciekawsze niż stanie w pogotowiu a nie można było być skutecznie skupionym na jednym i drugim.
Co prawda niespecjalnie ochoczo zareagował na fakt, że to pani Abbott była tym człowiekiem. W dalszym ciągu patrzył sceptycznie na jej zdroworozsądkowe działania. Mimo to po chwili zsunął ochronę z uszu, lecz tylko nieznacznie - zostawił nauszniki na głowie. Jedynie przesunął je o kilka centymetrów w tył, żeby w razie czego móc szybko wepchnąć je na uszy. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Wysłuchał planu przedstawicielki zarządu Towarzystwa, zachowując milczenie do momentu, kiedy kobieta skończyła swoją wypowiedź. Dopiero wtedy odchrząknął i powiódł spojrzeniem po twarzach reszty grupy. Nie zatrzymał wzroku na nikim konkretnie. Kilkanaście sekund później wrócił do pani Abbott i odezwał się powoli.
- Co tak właściwie zaszło w związku z pobraną próbką? - Nieznacznie nachylił się ku stanowisku drugiej grupy badawczej szukając wzrokiem tego, co udało im się pozyskać.
Nie zamierzał ukrywać, że wraz z Norą (a wcześniej także Cameronem) zajmowali się swoją częścią zadań, więc warto byłoby, żeby ktoś wprowadził ich w całą sytuację. Ambroise nie dostrzegał kawałka wici w probówce albo pojemniczku.
Zwrócił za to uwagę na pewną ilość piasku, który raczej nie miał prawa wysypać się aż tak przez małą dziurkę, więc odruchowo skierował wzrok ku Roselyn, oczekując zwartych, krótkich i najlepiej szybkich wyjaśnień zanim przystąpią do dalszej części planu pani Abbott.
Zdecydowanie nie zamierzał zmieniać zdania co do tego, że pierwotne propozycje były niedorzeczne. Natomiast druga możliwość dała się tolerować, toteż kiwnął głową (bardziej do siebie niż do kogoś konkretnego), na chwilę przenosząc wzrok na Roselyn a potem na Norę, żeby zobaczyć ich reakcje.
Po czym odezwał się do reszty grupy. Niezbyt entuzjastycznie, ale raczej po prostu neutralnie. Bez zbędnego okazywania swojej aprobaty albo dezaprobaty.
- Jeżeli nikt nie ma innych propozycji - rozejrzał się dookoła, bo to był wprost idealny moment na uniesienie ręki - sądzę, że powinniśmy skupić się na tym, aby jedno z nas było gotowe wesprzeć panią, pani Abbott, natomiast drugie było całkowicie skupione na zapewnieniu wsparcia pani zastępcy - stwierdził, bo wyłanianie jednej osoby do reagowania tu i tu mogło skończyć się problemami i chaosem, którego dało się uniknąć.
Rzecz jasna reszta grupy, poza tymi zaangażowanymi nieszczęśnikami, z pewnością nie miała stać w miejscu i patrzeć jak dzieje się coś złego albo niebezpiecznego, ale odpowiedzialność miała to do siebie, że rozmywała się, gdy wokół było zbyt wielu ludzi. Lepiej było od razu ustalić przydziały.
- Powiedzmy, że jeśli reszta grupy nie ma nic przeciwko, wesprę panią w razie potrzeby zajęcia się kopułą - no cóż, tym samym odcinał się od udziału w procesie bezpośredniego pobierania próbki soków, ale mógł to zostawić Roselyn, Norze i...
...Victorii? To wydawało się logiczne, bo Jonathan nie był członkiem Towarzystwa. Natomiast Selwyn mógł mieć całkiem przydatne umiejętności, żeby wesprzeć obie kobiety w razie powtórki z rozrywki w Ministerstwie. Wiedział, czego spodziewać się po roślinie.
Natomiast Victoria najpewniej dysponowała refleksami przydatnymi w przypadku, w którym trzeba byłoby szybko zająć się zasypaniem rośliny. Nie bez powodu była aurorem. To miało sens.
- Victorio, będziesz tak miła, aby wesprzeć pana Uruquata, gdyby zaistniała konieczność odcięcia rośliny przy pomocy ziemi? - Spytał uprzejmie, kierując spojrzenie w stronę panny Lestrange, która z racji wykonywanej profesji miała prawdopodobnie największe szansę, aby zareagować odpowiednio szybko w razie zagrożenia.
Rzecz jasna nie zamierzał jej do niczego przymuszać. Jedynie przejmował część inicjatywy, skoro nikt inny do tej pory nie palił się ku temu, żeby wyciągnąć rękę w górę. Niespecjalnie się temu dziwił. Badanie było znacznie ciekawsze niż stanie w pogotowiu a nie można było być skutecznie skupionym na jednym i drugim.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down