adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Ciemna noc już dawno otuliła ulice Londynu. Migoczące latarnie uliczne nie dawały zbyt wiele światła we mgle, praktycznie przegrywając walkę o to, aby rozświetlić pogrążone w mroku ulice. Wilgoć unosząca się w powietrzu pachniała wiosennymi roztopami: ziemią, nutą rozkładu i dymem z kominków rozpalonych w mieszkaniach w okolicznych wysokich kamienicach.
Bowiem w dalszym ciągu było zbyt zimno, aby przetrwać noce bez ogrzewania. Co prawda, nadchodząca pora roku próbowała pokonać okowy zimowego mrozu, przynosząc cieplejsze powietrze. Niestety to również nie było łatwe starcie. Ostatnie tchnienie zimy nie chciało rozmyć się w powietrzu.
Kolejne stopnie schodów nie miały końca. Nigdy nie wpadł na to, żeby policzyć, ile kroków dzieliło wejście do budynku i drzwi mieszkania przy Horyzontalnej, lecz teraz odnosił wrażenie, że nieistotne ile ich było - każdy stanowił przeszkodę niemalże nie do pokonania. Szczególnie, że Ambroise musiał wdrapać się na ostatnie piętro.
W stanie, w którym się znajdował nie brał pod uwagę żadnej innej możliwości niż dowłóczenie się na samą górę. Noga za nogą, pociągając stopami z ołowiu. Niemalże wisząc na poręczy, która stanowiła jego jedyną podporę i zarazem powód, dla którego żadna z jego podeszw jeszcze nie ześlizgnęła się ze stopnia w tył.
Wtedy niechybnie nie zdołałby utrzymać równowagi tylko runąłby jak długi. Wolał nie myśleć o tym czy byłby w stanie podnieść się po upadku ze schodów, czy wybrałby pozostanie u podnóża na tyle długo, żeby coś się stało.
Nawet nie wiedział, co by to mogło być. Był zbyt wyczerpany i obolały, żeby myśleć trzeźwo, choć w jego krwi nie było ani kropli alkoholu. Kilkukrotnie zamrugał na widok różdżki w dłoni, którą oświetlał sobie schody, chwilę później ponownie nie przypominając sobie, jakim cudem udało mu się skutecznie rzucić zaklęcie i podtrzymywać je pomimo bycia na pograniczu świadomości.
Ledwo pamiętał jak trafił na klatkę schodową. Droga przez Londyn pozostawała zamglona i nie miało to związku z mglistą aurą nocy na pograniczu wiosny i zimy. Każdy kolejny krok po schodach był okupiony zagryzieniem popękanych, odwodnionych warg niemalże do krwi.
Robił to mimowolnie, aby powstrzymać jęk bólu, który w innym razie samowolnie wydostałby się na zewnątrz, odbijając się echem w kamienicy.
Kiedy w końcu dotarł na ostatnie piętro, pozwolił sobie na krótki oddech. Drzwi prowadzące do mieszkania zamajaczyły mu w bladym świetle płynącym z różdżki. Były blisko, ale dotarcie do nich zajęło Greengrassowi kolejne trudne minuty.
Choć tak właściwie upływ czasu był dla niego abstrakcją. Tak samo jak trafienie kluczem do zamka. Kilkukrotnie upuszczał brzęczący pęk na podłogę wzdrygając się na głośny metaliczny dźwięk, który w jego głowie brzmiał jak huk wystrzału.
Po którymś razie nareszcie udało mu się nie tylko trafić kluczem do zamka, ale również go przekręcić i pchnąć drzwi. Nie wiedział czego się spodziewał, ale zastała go niemalże atramentowa ciemność. Tym razem zupełnie nieprzenikniona, bo gdzieś w procesie otwierania drzwi zgasła mu różdżka.
Ulga, jaka ogarnęła go na świadomość powrotu do domu, wyparowała niemalże w chwili, w której się pojawiła. Zamknął za sobą drzwi i ponownie znalazł się w objęciach mroku. Klucze zadzwoniły w jego dłoni, odbijając się od wiklinowej tacki na konsolce i spadając na podłogę.
Nawet nie próbował ich podnieść. Zamiast tego stawił czoła ciemnej pustce, zataczając się od ściany do ściany, gdy pokonywał korytarz, po czym wtaczając się do łazienki. Tu przynajmniej przez okno docierało do niego blade światło z ulicy.
Starał się postępować racjonalnie. Wypierał świadomość, że drzwi do ich mieszkania były tylko portalem do jeszcze gęstszej ciemności zamiast zagwarantować mu wejście w przyjazne, ciepłe światło.
Nawet teraz, kiedy ledwo składał myśli do kupy, nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że koncertowo zjebał sprawę. Nie. Nie z bardzo nieudanym zleceniem. No, może nie tylko z nim. Ono było wyłącznie wisienką na torcie.
Dwa... ...może trzy... ...cholera, miał nadzieję, że nie więcej niż trzy... ...dni temu opuścił mieszkanie z głośnym hukiem zatrzaśniętych drzwi. Musiał się przewietrzyć. Zebrać myśli, żeby nie powiedzieć więcej głupich rzeczy, których pożałował praktycznie w tej samej chwili, kiedy opuściły jego usta, ale był zbyt wściekły, żeby próbować je cofnąć.
Zamiast tego wewnątrz stwierdził, że wyjdzie i wróci, kiedy gniew się uspokoi, a jednak tak wiele się zmieniło. Wystarczyło, że postanowił przy okazji zająć się kilkoma zaległościami, które nie powinny przysporzyć mu żadnych problemów.
A oto ledwo był w stanie przytrzymać się umywalki, ochlapując twarz wodą i patrząc w lustro. Nie cofnął się na zastany tam widok, ale zamrugał, wciągając powietrze przez boleśnie sinoczerwone gardło.
Tak właściwie to cała jego twarz taka była - sina, czerwona, gdzieniegdzie fioletowa albo prawie czarna od pyłu i brudu przykrywającego jeszcze więcej obić, rozcięć i otarć. Z resztą ciała nie było wiele lepiej. Pozacinane, obtłuczone knykcie piekły go od mydła i wody, którą próbował zmyć z nich mieszankę różnych substancji.
Włosy miał pozlepiane resztkami eliksirów i zaschniętą krwią. Po części cudzą, po części własną z tłuczonej rany niemalże na czubku głowy po prawej stronie. Guz już tam był. Wstrząsowi mózgu nie dało się zaprzeczyć.
Wreszcie poddał się. Zrobił dwa kroki w tył, decydując się na to, żeby usiąść pod strumieniem wody z prysznica (nawet uprzednio nie wyciągnął nic z kieszeni płaszcza ani nie zdjął z siebie ubrań) pozwalając sobie na chwilę bezmyślnego ciężkiego oddechu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down