11.11.2024, 04:15 ✶
To nie było coś, co powinno doprowadzić do sytuacji, która między nimi wynikła. Tak właściwie to nie poszło o nic istotnego. Pierdołę przelewającą czarę małych goryczy nawarstwiających się gdzieś poza świadomością.
Wypowiedziane słowa zawisły w powietrzu jak rzucone sztylety na dostatecznie długo, żeby zorientował się, że nigdy nie powinny paść, ale było już za późno. W jedną i w drugą stronę. Ułamek sekundy później uderzyły z pełną siłą, odbierając im ostatnią szansę na to, żeby uratować sytuację zanim stanie się zbyt zaogniona.
Kolejna salwa wyrzutów była nie do uniknięcia. Następne również poszły szybko i bez zastanowienia. Sam nie wiedział, kiedy zapętlił się w gniewie, plując jadem na jedyną osobę, którą kiedykolwiek kochał w ten żarliwy sposób. Z którą powinien budować wspólne życie a nie niszczyć je pod wpływem chwili. Mimo to nie był w stanie przestać, bo gdy odpowiadała mu z żarzącą się wściekłością, po prostu musiał mieć ostatnie słowo.
Miał je nawet wtedy, kiedy wyszedł, ostentacyjnie waląc za sobą drzwiami aż zatrzęsła się poręcz na schodach a pies sąsiadów zaczął głośno ujadać dwa piętra niżej, prawdopodobnie doprowadzając tym właścicieli do szału.
Ambroise już w nim był - niemiłosiernie wkurwiony na nią, ale przede wszystkim na siebie, bo jak zwykle po prostu nie mógł zamknąć mordy. Z drugiej strony Geraldine nie pozostawała mu dłużna. Jak na ludzi usiłujących rozmawiać o problemach zanim eskalują do takiej rangi jak wtedy, kiedy w nerwach opuścił dom...
No cóż.
Najważniejsze, że wróciłby. Prędzej niż później, bo wcale nie chciał karać ukochanej kobiety jakimiś żałosnymi zagrywkami. Nie planował zniknąć na dłużej niż kilka godzin. Przyniósłby jej kwiaty, oddaliłby konflikt do Wizengamotu. Zachowałby się ze wszech miar właściwie, bo nie był takim facetem. Może miał bardzo krótki, czasami wręcz nieistniejący lont, ale zależało mu. Potrafił przyjąć odpowiedzialność za swoją część niepotrzebnych reakcji, jeżeli mu zależało.
Z tym, że najpierw potrzebował trochę ochłonąć. Chciał przelać tę energię w coś innego, wyładować się w pracy, dopóki nie będzie w stanie myśleć trzeźwo. Z tym, że we wszystkim całkowicie zapomniał jak to się już niegdyś skończyło.
Z tym, że teraz było znacznie gorzej.
Kiedy potknął się o próg, zataczając się do wnętrza mieszkania, jako pierwsza pojawiła się ulga, że znów jest w domu. Nie na długo. We wszechogarniającej ciemności nie czuł się bezpiecznie; jego myśli były chaotyczne, gnały swoimi torami, nie nadążał za ich biegiem ani za niosącymi go stopami, o które się potykał.
Raz po raz wpadał na jakąś ścianę, odbijając się od niej, jakby był pijany. A nie był - tego jednego był pewny. Gdyby był bardziej przytomny najpewniej podziękowałby wszelkim siłom za to, że nie nastawiali w korytarzu zbyt wiele rzeczy, bo jeszcze potłukłby wszystkie po drodze do łazienki.
Dzwoniło mu w uszach a granice świadomości rozmywały się razem ze wspomnieniami, które również nie były jasne. Raz jeszcze spróbował przypomnieć sobie, co się wydarzyło. W jego głowie pojawiły się nieskładne migawki jak błyski szybko rzucanych zaklęć. Odpuścił nie mogąc znieść bólu głowy towarzyszącego myślom, które nic nie dawały.
Nie wiedział jak długo siedział pod strumieniem wody zanim coś nie przyciągnęło jego uwagi, wyrywając go ze stanu zawieszenia. Gorąca, niemalże wrząca woda spływała po jego ciele, przynosiła chwilowy komfort i ciepło, które nie było w stanie utrzymać się w ciele Ambroisa. Gdyby nie strugi lecące z prysznica w dalszym ciągu niekontrolowanie trząsłby zębami, walcząc z lodowatymi drgawkami próbującymi przejąć kontrolę nad jego ciałem.
Teraz było dobrze. Prysznic był tym, czego potrzebował. Jedyną szansą na otrzeźwienie się i wstanie na własne nogi. Ciało drżało z zimna, mimo że woda parzyła jego skórę, ale nie było już tak źle jak jeszcze kilka chwil temu. Wydawało mu się, że wystarczy jeszcze moment i będzie w stanie dojść do siebie, bo przecież obiecał.
Co prawda nie wiedział, w którym momencie i komu. Przez zawroty głowy i migotanie przed oczami nie potrafił nawet odpowiedzieć na pytanie, co się stało, że niemalże złamał tę obietnicę, ale obiecał - to było obecnie najbardziej istotne i właśnie tego trzymał się kurczowo. Tak brzegu swojego płaszcza, mimowolnie miętoszonego zesztywniałych od chłodu palcach.
Jego pamięć wypełniały wyłącznie fragmenty większych całości, urywki scen i sytuacji, przypadkowe wspomnienia. Częściowo zatarte przez zawroty głowy, częściowo przez upływ czasu, który mijał nieubłaganie, ale jednocześnie zatrzymał się na tym momencie, gdy krople zmieniały się w ciemne strużki wody wirujące wokół odpływu.
Ciepła woda powinna przynieść upragnioną ulgę, ale tego nie robiła.
Nie? Już nie?
Chwilę temu wszystko było dobrze, teraz ponownie czuł się skołowany, bo zamiast kojącego ciepła zaczął czuć się gotowany we własnej skórze. Powinien poczuć się lepiej. Zamiast tego krwiak na skroni pulsował, guz na czubku głowy dawał o sobie znać tępym bólem a skóra zaczęła robić się boleśnie nadwrażliwa na krople deszczu.
Nie, nie deszczu.
Siedział pod strumieniem prysznica, nawet uprzednio doceniając tę możliwość. Teraz nagle zaczynającą być fizyczną udręką. Potem zbawieniem. I znowu udręką.
Szarpnął rękaw płaszcza, próbując ściągnąć go w dół.
Nie, nie tak.
W tył z pleców, choć ruch ręki sugerował tę pierwszą myśl, toteż jedynym, co udało mu się zrobić było bolesne przejechanie szorstkim, ciężkim i mokrym materiałem po świeżo rozmoczonych ranach. Zerwał sobie przy tym kilka strupów, zawieszając półprzytomne spojrzenie na jeszcze czerwieńszej wodzie spływającej do odpływu. Jeśli wcześniej była ciemno różowa, teraz stała się ciemniejsza i jeśli to było możliwe - bardziej brudna.
W tym cholernie nieestetycznym widoku było coś fascynującego, co sprawiało, że nie potrafił oderwać wzroku od wody i własnych poplamionych, mokrych ubrań. Próbował skupić myśli, ale świadomość uciekała mu i wracała w najmniej oczekiwanych momentach w towarzystwie mrugnięć i prób zrozumienia sytuacji. To, co działo się wokół nie miało sensu.
Odsunął się nieco od prysznica, przesuwając się od ściany bliżej środka niewielkiej przestrzeni, ale gorąca woda w dalszym ciągu lała się po jego głowie. Ciało reagowało raz alergicznie, raz kolejnym lodowatym dreszczem, który sprawiał, że ciepło przestawało być czymś, od czego Ambroise stronił i wracał palcami do jego źródła, unosząc rękę pod parujący strumień.
Nie zamierzał tego robić, przynajmniej nie świadomie, ale ciepły prysznic był czymś, co uwięziło go w swojej pętli. Gdyby był choć trochę bardziej przytomny, mógłby stwierdzić z rozsądkiem, że nie powinien robić czegoś takiego. To była jedna z wielu rzeczy, których nie powinien. Zdawał sobie z tego sprawę, nawet jeśli nie do końca świadomie. Gdzieś z tyłu pulsującej głowy obijała się myśl, że spektakularnie dał dupy.
Ale przecież radził sobie nie raz. Nie zwykł chodzić po pomoc, zataczając się do domów znajomych uzdrowicieli. Był w stanie wylizać rany w samotności. Robił to od tyłu... ...ilu?... ...lat. Wielu. Sam sobie radził.
Sam? Czy aby na pewno?
Gorąca woda sprawiała, że jego rany krwawiły coraz mocniej, ale cóż, może tak miało być?
Światło w łazience zamigotało. To było to, co przyciągnęło jego uwagę? Wydawało mu się, że może zapadł w letarg. Możliwe, że stracił przytomność, bo gdzieś z samego środka nocy wyłoniły się promienie dnia.
Ale nie. Zmrużył oczy, bo jasność za bardzo go raziła, a kiedy znów je otworzył wszystko wydawało się nieostre, lecz zdecydowanie nie pogrążone w świetle dnia.
Wciąż absurdalnie kręciło mu się w głowie, widok przed nim był zniekształcony. Czy to przez światło, wodę spływającą po twarzy, parę, łupanie w czaszce - prawdopodobnie wszystko po trochu.
W jednej chwili próbował nadążyć rozmywającym się wzrokiem za przeraźliwie szybkimi ruchami światła i cienia przed jego oczami. Starał się zignorować ciemne plamy nachodzące mu na pole widzenia, które jeszcze bardziej sprawiały, że nie był w stanie utrzymać kontaktu wzrokowego z otoczeniem. Tak właściwie w żadnym momencie go nie nawiązując, ale przecież to zrobił, śledził wzrokiem jasny punkt, ciemny też, bo monitorował sytuację.
W kolejnej sekundzie (minucie?) zamrugał półprzytomnie, drgając w wewnętrznej panice, gdy gałki oczne zaczęły wywracać mu się tak, że na te kilka sekund całkowicie stracił obraz przed oczami a tęczówki zostały zastąpione bielą białek poprzecinanych niezliczoną ilością czerwonych żyłek. Niekontrolowana fala mrugnięć przejęła całą uwagę, jaką jeszcze miał. Próbował nie odlecieć tu i teraz, nie mógł sobie na to pozwolić.
Tym bardziej nie do końca zdając sobie sprawę z tego, czym i gdzie jest ów tu i teraz, bo choć powinien rozpoznawać otoczenie, pamiętając o tym, co działo się przez ostatnie minuty, ciemność spowijająca pokój (pokój?) zupełnie nic mu nie mówiła. Zaś plama światła, na którą ponownie zwrócił oderwaną uwagę sprawiła, że przyspieszyło mu serce.
Gdzieś na peryferiach umysłu przeleciała myśl o rychłym końcu udręki, ale zaraz ją od siebie odsunął, choć coś w nim krzyczało, by się poddał, pozwalając sobie na ponowne zamknięcie oczu. Mógłby osunąć się w niebyt. Zamiast tego udało mu się zmusić ciało do przesunięcia się i usiąść bardziej podparty o ścianę, ale nie miał wystarczająco wiele siły, aby wstać. Potrzebował odpocząć jeszcze chwilkę.
Siedział pod strugami gorącej wody, niezdolny do myślenia o niczym innym jak na przemian o bladym świetle i o zimnie, które przenikało jego ciało. Były powiązane? Prawdopodobnie. Kiedy jasna plama drgała, jego ciało przechodziła fala zimna. Kiedy ponownie się poruszała, wracało palące gorąco. Wcisnął głowę w kolana, jakby to mogło pomóc. Nie pomogło. Jęknął, kiedy naruszył ranę na głowie.
Kiedy znów otworzył oczy, unosząc głowę, nie miał pojęcia, ile czasu minęło ani w jakiej rzeczywistości się znalazł.
Był ranny. Bolesne pulsowanie w każdej komórce ciała przypominało mu o tym z zaczerpywanym i wypuszczanym oddechem. Zdawał sobie sprawę, że nie ma siły, by ruszyć się i odpowiednio zająć się swoimi ranami. Z trudem utrzymał otwarte oczy, tłumacząc sobie, że to tylko chwilowy problem, że wystarczy jeszcze chwila odpoczynku, by wszystko wróciło do normy.
Otworzył usta, po czym je zamknął. Zamrugał parokrotnie, dopiero wtedy ponownie zwracając uwagę na zmianę w otoczeniu. Zmrużył oczy próbując wyostrzyć obraz, mimowolnie opierając przy tym policzek o dłoń Geraldine. Może trochę zbyt mocno, bo gdyby teraz odsunęła rękę, najpewniej przewróciłby się w bok.
Nie zarejestrował momentu, w którym przy nim kucnęła, ale bezwiednie przeniósł na nią część ciężaru ciała, marszcząc się, gdy poczuł kolejną falę bólu związanego z ruchem. Nie do końca świadomie sapnął, próbując machnąć ręką.
- Dajmmichwile - wymamrotał, lepiąc ze sobą słowa i próbując powstrzymać się przed potrząśnięciem głową, bo bolało cholera kurewsko bolało.- Wig...gen-nowy - nie miał pewności czy te słowa faktycznie opuściły jego usta, ale mimo wszystko podjął dalszą próbę zawalczenia z miękkim językiem i sztywnym gardłem. - Revivi...scere... ...żół... ...złot...y... Curati- głęboki wdech - ivum, zielony - zadygotał, bujając się do przodu i nie łapiąc równowagi tylko opadając całym ciężarem ciała na swoją dziewczynę. - Wezmę. Ok-kay... ...Już wstaję... Daj mi... ...chwilę.
Po prostu potrzebował chwili, przymykając oczy i pozwalając sobie opaść w błogą ciemność.
Wypowiedziane słowa zawisły w powietrzu jak rzucone sztylety na dostatecznie długo, żeby zorientował się, że nigdy nie powinny paść, ale było już za późno. W jedną i w drugą stronę. Ułamek sekundy później uderzyły z pełną siłą, odbierając im ostatnią szansę na to, żeby uratować sytuację zanim stanie się zbyt zaogniona.
Kolejna salwa wyrzutów była nie do uniknięcia. Następne również poszły szybko i bez zastanowienia. Sam nie wiedział, kiedy zapętlił się w gniewie, plując jadem na jedyną osobę, którą kiedykolwiek kochał w ten żarliwy sposób. Z którą powinien budować wspólne życie a nie niszczyć je pod wpływem chwili. Mimo to nie był w stanie przestać, bo gdy odpowiadała mu z żarzącą się wściekłością, po prostu musiał mieć ostatnie słowo.
Miał je nawet wtedy, kiedy wyszedł, ostentacyjnie waląc za sobą drzwiami aż zatrzęsła się poręcz na schodach a pies sąsiadów zaczął głośno ujadać dwa piętra niżej, prawdopodobnie doprowadzając tym właścicieli do szału.
Ambroise już w nim był - niemiłosiernie wkurwiony na nią, ale przede wszystkim na siebie, bo jak zwykle po prostu nie mógł zamknąć mordy. Z drugiej strony Geraldine nie pozostawała mu dłużna. Jak na ludzi usiłujących rozmawiać o problemach zanim eskalują do takiej rangi jak wtedy, kiedy w nerwach opuścił dom...
No cóż.
Najważniejsze, że wróciłby. Prędzej niż później, bo wcale nie chciał karać ukochanej kobiety jakimiś żałosnymi zagrywkami. Nie planował zniknąć na dłużej niż kilka godzin. Przyniósłby jej kwiaty, oddaliłby konflikt do Wizengamotu. Zachowałby się ze wszech miar właściwie, bo nie był takim facetem. Może miał bardzo krótki, czasami wręcz nieistniejący lont, ale zależało mu. Potrafił przyjąć odpowiedzialność za swoją część niepotrzebnych reakcji, jeżeli mu zależało.
Z tym, że najpierw potrzebował trochę ochłonąć. Chciał przelać tę energię w coś innego, wyładować się w pracy, dopóki nie będzie w stanie myśleć trzeźwo. Z tym, że we wszystkim całkowicie zapomniał jak to się już niegdyś skończyło.
Z tym, że teraz było znacznie gorzej.
Kiedy potknął się o próg, zataczając się do wnętrza mieszkania, jako pierwsza pojawiła się ulga, że znów jest w domu. Nie na długo. We wszechogarniającej ciemności nie czuł się bezpiecznie; jego myśli były chaotyczne, gnały swoimi torami, nie nadążał za ich biegiem ani za niosącymi go stopami, o które się potykał.
Raz po raz wpadał na jakąś ścianę, odbijając się od niej, jakby był pijany. A nie był - tego jednego był pewny. Gdyby był bardziej przytomny najpewniej podziękowałby wszelkim siłom za to, że nie nastawiali w korytarzu zbyt wiele rzeczy, bo jeszcze potłukłby wszystkie po drodze do łazienki.
Dzwoniło mu w uszach a granice świadomości rozmywały się razem ze wspomnieniami, które również nie były jasne. Raz jeszcze spróbował przypomnieć sobie, co się wydarzyło. W jego głowie pojawiły się nieskładne migawki jak błyski szybko rzucanych zaklęć. Odpuścił nie mogąc znieść bólu głowy towarzyszącego myślom, które nic nie dawały.
Nie wiedział jak długo siedział pod strumieniem wody zanim coś nie przyciągnęło jego uwagi, wyrywając go ze stanu zawieszenia. Gorąca, niemalże wrząca woda spływała po jego ciele, przynosiła chwilowy komfort i ciepło, które nie było w stanie utrzymać się w ciele Ambroisa. Gdyby nie strugi lecące z prysznica w dalszym ciągu niekontrolowanie trząsłby zębami, walcząc z lodowatymi drgawkami próbującymi przejąć kontrolę nad jego ciałem.
Teraz było dobrze. Prysznic był tym, czego potrzebował. Jedyną szansą na otrzeźwienie się i wstanie na własne nogi. Ciało drżało z zimna, mimo że woda parzyła jego skórę, ale nie było już tak źle jak jeszcze kilka chwil temu. Wydawało mu się, że wystarczy jeszcze moment i będzie w stanie dojść do siebie, bo przecież obiecał.
Co prawda nie wiedział, w którym momencie i komu. Przez zawroty głowy i migotanie przed oczami nie potrafił nawet odpowiedzieć na pytanie, co się stało, że niemalże złamał tę obietnicę, ale obiecał - to było obecnie najbardziej istotne i właśnie tego trzymał się kurczowo. Tak brzegu swojego płaszcza, mimowolnie miętoszonego zesztywniałych od chłodu palcach.
Jego pamięć wypełniały wyłącznie fragmenty większych całości, urywki scen i sytuacji, przypadkowe wspomnienia. Częściowo zatarte przez zawroty głowy, częściowo przez upływ czasu, który mijał nieubłaganie, ale jednocześnie zatrzymał się na tym momencie, gdy krople zmieniały się w ciemne strużki wody wirujące wokół odpływu.
Ciepła woda powinna przynieść upragnioną ulgę, ale tego nie robiła.
Nie? Już nie?
Chwilę temu wszystko było dobrze, teraz ponownie czuł się skołowany, bo zamiast kojącego ciepła zaczął czuć się gotowany we własnej skórze. Powinien poczuć się lepiej. Zamiast tego krwiak na skroni pulsował, guz na czubku głowy dawał o sobie znać tępym bólem a skóra zaczęła robić się boleśnie nadwrażliwa na krople deszczu.
Nie, nie deszczu.
Siedział pod strumieniem prysznica, nawet uprzednio doceniając tę możliwość. Teraz nagle zaczynającą być fizyczną udręką. Potem zbawieniem. I znowu udręką.
Szarpnął rękaw płaszcza, próbując ściągnąć go w dół.
Nie, nie tak.
W tył z pleców, choć ruch ręki sugerował tę pierwszą myśl, toteż jedynym, co udało mu się zrobić było bolesne przejechanie szorstkim, ciężkim i mokrym materiałem po świeżo rozmoczonych ranach. Zerwał sobie przy tym kilka strupów, zawieszając półprzytomne spojrzenie na jeszcze czerwieńszej wodzie spływającej do odpływu. Jeśli wcześniej była ciemno różowa, teraz stała się ciemniejsza i jeśli to było możliwe - bardziej brudna.
W tym cholernie nieestetycznym widoku było coś fascynującego, co sprawiało, że nie potrafił oderwać wzroku od wody i własnych poplamionych, mokrych ubrań. Próbował skupić myśli, ale świadomość uciekała mu i wracała w najmniej oczekiwanych momentach w towarzystwie mrugnięć i prób zrozumienia sytuacji. To, co działo się wokół nie miało sensu.
Odsunął się nieco od prysznica, przesuwając się od ściany bliżej środka niewielkiej przestrzeni, ale gorąca woda w dalszym ciągu lała się po jego głowie. Ciało reagowało raz alergicznie, raz kolejnym lodowatym dreszczem, który sprawiał, że ciepło przestawało być czymś, od czego Ambroise stronił i wracał palcami do jego źródła, unosząc rękę pod parujący strumień.
Nie zamierzał tego robić, przynajmniej nie świadomie, ale ciepły prysznic był czymś, co uwięziło go w swojej pętli. Gdyby był choć trochę bardziej przytomny, mógłby stwierdzić z rozsądkiem, że nie powinien robić czegoś takiego. To była jedna z wielu rzeczy, których nie powinien. Zdawał sobie z tego sprawę, nawet jeśli nie do końca świadomie. Gdzieś z tyłu pulsującej głowy obijała się myśl, że spektakularnie dał dupy.
Ale przecież radził sobie nie raz. Nie zwykł chodzić po pomoc, zataczając się do domów znajomych uzdrowicieli. Był w stanie wylizać rany w samotności. Robił to od tyłu... ...ilu?... ...lat. Wielu. Sam sobie radził.
Sam? Czy aby na pewno?
Gorąca woda sprawiała, że jego rany krwawiły coraz mocniej, ale cóż, może tak miało być?
Światło w łazience zamigotało. To było to, co przyciągnęło jego uwagę? Wydawało mu się, że może zapadł w letarg. Możliwe, że stracił przytomność, bo gdzieś z samego środka nocy wyłoniły się promienie dnia.
Ale nie. Zmrużył oczy, bo jasność za bardzo go raziła, a kiedy znów je otworzył wszystko wydawało się nieostre, lecz zdecydowanie nie pogrążone w świetle dnia.
Wciąż absurdalnie kręciło mu się w głowie, widok przed nim był zniekształcony. Czy to przez światło, wodę spływającą po twarzy, parę, łupanie w czaszce - prawdopodobnie wszystko po trochu.
W jednej chwili próbował nadążyć rozmywającym się wzrokiem za przeraźliwie szybkimi ruchami światła i cienia przed jego oczami. Starał się zignorować ciemne plamy nachodzące mu na pole widzenia, które jeszcze bardziej sprawiały, że nie był w stanie utrzymać kontaktu wzrokowego z otoczeniem. Tak właściwie w żadnym momencie go nie nawiązując, ale przecież to zrobił, śledził wzrokiem jasny punkt, ciemny też, bo monitorował sytuację.
W kolejnej sekundzie (minucie?) zamrugał półprzytomnie, drgając w wewnętrznej panice, gdy gałki oczne zaczęły wywracać mu się tak, że na te kilka sekund całkowicie stracił obraz przed oczami a tęczówki zostały zastąpione bielą białek poprzecinanych niezliczoną ilością czerwonych żyłek. Niekontrolowana fala mrugnięć przejęła całą uwagę, jaką jeszcze miał. Próbował nie odlecieć tu i teraz, nie mógł sobie na to pozwolić.
Tym bardziej nie do końca zdając sobie sprawę z tego, czym i gdzie jest ów tu i teraz, bo choć powinien rozpoznawać otoczenie, pamiętając o tym, co działo się przez ostatnie minuty, ciemność spowijająca pokój (pokój?) zupełnie nic mu nie mówiła. Zaś plama światła, na którą ponownie zwrócił oderwaną uwagę sprawiła, że przyspieszyło mu serce.
Gdzieś na peryferiach umysłu przeleciała myśl o rychłym końcu udręki, ale zaraz ją od siebie odsunął, choć coś w nim krzyczało, by się poddał, pozwalając sobie na ponowne zamknięcie oczu. Mógłby osunąć się w niebyt. Zamiast tego udało mu się zmusić ciało do przesunięcia się i usiąść bardziej podparty o ścianę, ale nie miał wystarczająco wiele siły, aby wstać. Potrzebował odpocząć jeszcze chwilkę.
Siedział pod strugami gorącej wody, niezdolny do myślenia o niczym innym jak na przemian o bladym świetle i o zimnie, które przenikało jego ciało. Były powiązane? Prawdopodobnie. Kiedy jasna plama drgała, jego ciało przechodziła fala zimna. Kiedy ponownie się poruszała, wracało palące gorąco. Wcisnął głowę w kolana, jakby to mogło pomóc. Nie pomogło. Jęknął, kiedy naruszył ranę na głowie.
Kiedy znów otworzył oczy, unosząc głowę, nie miał pojęcia, ile czasu minęło ani w jakiej rzeczywistości się znalazł.
Był ranny. Bolesne pulsowanie w każdej komórce ciała przypominało mu o tym z zaczerpywanym i wypuszczanym oddechem. Zdawał sobie sprawę, że nie ma siły, by ruszyć się i odpowiednio zająć się swoimi ranami. Z trudem utrzymał otwarte oczy, tłumacząc sobie, że to tylko chwilowy problem, że wystarczy jeszcze chwila odpoczynku, by wszystko wróciło do normy.
Otworzył usta, po czym je zamknął. Zamrugał parokrotnie, dopiero wtedy ponownie zwracając uwagę na zmianę w otoczeniu. Zmrużył oczy próbując wyostrzyć obraz, mimowolnie opierając przy tym policzek o dłoń Geraldine. Może trochę zbyt mocno, bo gdyby teraz odsunęła rękę, najpewniej przewróciłby się w bok.
Nie zarejestrował momentu, w którym przy nim kucnęła, ale bezwiednie przeniósł na nią część ciężaru ciała, marszcząc się, gdy poczuł kolejną falę bólu związanego z ruchem. Nie do końca świadomie sapnął, próbując machnąć ręką.
- Dajmmichwile - wymamrotał, lepiąc ze sobą słowa i próbując powstrzymać się przed potrząśnięciem głową, bo bolało cholera kurewsko bolało.- Wig...gen-nowy - nie miał pewności czy te słowa faktycznie opuściły jego usta, ale mimo wszystko podjął dalszą próbę zawalczenia z miękkim językiem i sztywnym gardłem. - Revivi...scere... ...żół... ...złot...y... Curati- głęboki wdech - ivum, zielony - zadygotał, bujając się do przodu i nie łapiąc równowagi tylko opadając całym ciężarem ciała na swoją dziewczynę. - Wezmę. Ok-kay... ...Już wstaję... Daj mi... ...chwilę.
Po prostu potrzebował chwili, przymykając oczy i pozwalając sobie opaść w błogą ciemność.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down