Ula widziała go jako taką piękną figurę, lecz w rzeczywistości był pełnym wątpliwości, słabym człowiekiem, który wątpił w swoje możliwości, biegł przed czasem i żałował wyborów, których nie mógł już cofnąć. Nawet Little Hangleton był spóźnione, dwadzieścia lat. Mógłby zanucić, kochanie, nie bój się, niedługo tu będę, ale nie było już nikogo, kto mógłby to usłyszeć. Droga była niebezpieczna, droga, którą wybrał, między Scylllą i Charybdą. Nie miał pojęcia czy ujrzy Atenę, czy ujrzy gaik persymonowy. Koniec lata nie przynosił mu złota radosnych wieczorów.
Longbottom zanotował w głowie, aby przesłać Urszuli eliksir ochrony przed ogniem.
— Zostawiam panią z ogrodem, mam jeszcze kilka rzeczy do załatwienia tego wieczoru, proszę się czuć swobodnie, na kominku jest proszek fiu. Jeśli zobaczy pani staroświeckiego, wysokiego mężczyznę, proszę pozwolić mu wędrować, to mój sąsiad, wyjątkowa persona — wyjaśnił Morpheus, uśmiechając się do kobiety i kłaniając jej dość zamaszyście, co wzmocniła jego szata, obfita w drapowania i fałdy, zbytek odpowiedni dla bóstwa. Pasował do kielichów i boskiej ambrozji. Do fig napęczniałych słońcem. Pasował jednak też do mglistej atmosfery Little Hangleton, stalowo-szarego nieba i wrażenia nieśmiertelności w kontekście zmarłych poetów, których imiona znają wszyscy.
Po skłonie po prostu się teleportował, bogowie wiedzą gdzie, pozostawiając za sobą tylko kadzidlany zapach świec i chryzantem, kojarzący się Uli jednoznacznie ze świętem Wszystkich Świętych.