11.11.2024, 14:28 ✶
– Jako absolwent domu Roweny Ravenclaw jestem absolutnie w stanie zrozumieć ów niechęć. Głęboko wierzę, że są istoty, które skutecznie mogą żonglować zarówno biurokracją, jak i pracą naukową, być... wielozadaniowymi. Z drugiej strony, sam preferuję tworzenie zespołu specjalistów. W aurze wzajemnego poszanowania i wypracowanej komunikacji, energia tychże potrafi zdziałać prawdziwe cuda, których pojedynczy człowiek nie byłby w stanie osiągnąć. Synergia, to słowo najlepiej oddaje co mam na myśli. Osobiście z wielką ulgą przyjąłem ten moment w swojej karierze, gdy mogłem zająć się wizją i kierunkiem rozwoju biura, zrzucając z pleców ciężar administracji i mikrozarządzaniem poszczególnych jego jednostek. OMSHM oczywiście nie jest tego pozbawiony. Po prostu zajmuje się tym ktoś, kto ma zdecydowanie większe predyspozycje, do tego typu spraw. – Jonathan był wybawieniem Anthony'ego i Shafiq nigdy nie był w stosunku do niego bardziej wdzięczny niż z chwilą, gdy porzucił wygodne stanowisko ambasadorskie dla przyjęcia roli jego zastępcy. W ministerialnej hierarchii był to oczywiście awans, ale Anyhony zdawał sobie sprawę z tego, że nie do końca w odbiorze tak to mogło wyglądać. Znów pracowało się dla kogoś, a nie dla siebie, znów wykonywało się cudze polecenia, a nie samemu decydowało o wszelkich harmonogramach. Z drugiej strony Selwyn z możliwością podglądania zarówno aur jak i nici, ze swoja naturalną charyzmą i gryfońskim czarem ekstrawertyka, mógł momentalnie rozwiewać wszelkie zarzewia konfliktu, mógł skutecznie manipulować podwładnymi tak, przekierowywać napięcia tak, aby zespół nie kuśtykał z powodu biurowych niesnasek. A Anthony... cóż, mógł mieć wizję, mógł zarządzać w tym czasie swoją, zupełnie prywatną siecią kontaktów, łapać i tuczyć muchy. Jego asystentka mogłaby powiedzieć, że Shafiq w tym czasie obrósł tłuszczem stagnacji. Pozbawiony wyzwań i celu pasł się w otoczeniu swoich licznych kolekcji, złota i przyklaskujących mu osób.
Za dwa miesiące, polityk przyzna jej rację.
Teraz jednak spędzał czas z Ambroisem, przedstawicielem rodu, który specjalizował się w tym, w czym on był totalną i absolutną przysłowiową "nogą".
– Karton po kartonie, nie ma tu żadnych priorytetów – odpowiedział mu, kreśląc na karteczce kilka słów do zarządzającego oddziałem celnym w sprawie jedzenia dla nich, a potem zabrał się do pracy, która w jego przypadku polegała głównie na wypełnianiu właściwego formularza i składania tam zamaszystego podpisu.
Czas mijał.
Godziny.
Jedna, po drugiej.
Kartony.
Jeden, po drugim.
Anthony wypatrzył w końcu właściwy moment. Fiolka z kieszeni powędrowała już wcześniej do ostatniego z przewidzianych kartonów, podczas niedługiej przerwy na toaletę. Mieszanka w niej powinna zostać zutylizowana, ponieważ jeden z jej składników nie posiadał zgody na przekroczenie angielskiej granicy. Tylko jeden i aż jeden spośród pięciu. Wszystkie pochodzenia roślinnego, Shafiq wierzył więc że Ambroise będzie w stanie to wychwycić. Wierzył również, że on sam, pracując z ludźmi tyle lat, będzie w stanie złapać ten moment zrozumienia na twarzy Greengrassa. Cóż z tym zrobi? Podejdzie do tematu uczciwie? Będzie zwlekał, zaproponuje przebadanie mieszanki wnikliwiej poza murami oddziału? Jak ubierze w słowa swoją ofertę, czy zrozumie kontrpropozycję współpracy, gdyby ta zawisła między nimi? Lubił specjalistów, ale sama znajomość roślin nie wystarczyła. Gra operująca językiem, gra operująca naginaniem prawa i wykorzystywaniem go do własnej korzyści wymagała czegoś więcej. Podskórnie Anthony czuł, że ma z taką osobą do czynienia, ale instynkt nie był dla niego tak wiele wart, jak fakty, choćby te zawoalowane w półsłówkach.
To był ostatni karton. Ostatni specyfik. Ostatni dokument.
Pierwsza próba.
– A zatem proszek oznaczony numerem archiwalnym SJW1742, przybył do nas z Ameryki Południowej, odbiorca nigdy się po niego nie zgłosił – podjął neutralnie uzupełniając odpowiednie rubryki na pergaminie.
Za dwa miesiące, polityk przyzna jej rację.
Teraz jednak spędzał czas z Ambroisem, przedstawicielem rodu, który specjalizował się w tym, w czym on był totalną i absolutną przysłowiową "nogą".
– Karton po kartonie, nie ma tu żadnych priorytetów – odpowiedział mu, kreśląc na karteczce kilka słów do zarządzającego oddziałem celnym w sprawie jedzenia dla nich, a potem zabrał się do pracy, która w jego przypadku polegała głównie na wypełnianiu właściwego formularza i składania tam zamaszystego podpisu.
Czas mijał.
Godziny.
Jedna, po drugiej.
Kartony.
Jeden, po drugim.
Anthony wypatrzył w końcu właściwy moment. Fiolka z kieszeni powędrowała już wcześniej do ostatniego z przewidzianych kartonów, podczas niedługiej przerwy na toaletę. Mieszanka w niej powinna zostać zutylizowana, ponieważ jeden z jej składników nie posiadał zgody na przekroczenie angielskiej granicy. Tylko jeden i aż jeden spośród pięciu. Wszystkie pochodzenia roślinnego, Shafiq wierzył więc że Ambroise będzie w stanie to wychwycić. Wierzył również, że on sam, pracując z ludźmi tyle lat, będzie w stanie złapać ten moment zrozumienia na twarzy Greengrassa. Cóż z tym zrobi? Podejdzie do tematu uczciwie? Będzie zwlekał, zaproponuje przebadanie mieszanki wnikliwiej poza murami oddziału? Jak ubierze w słowa swoją ofertę, czy zrozumie kontrpropozycję współpracy, gdyby ta zawisła między nimi? Lubił specjalistów, ale sama znajomość roślin nie wystarczyła. Gra operująca językiem, gra operująca naginaniem prawa i wykorzystywaniem go do własnej korzyści wymagała czegoś więcej. Podskórnie Anthony czuł, że ma z taką osobą do czynienia, ale instynkt nie był dla niego tak wiele wart, jak fakty, choćby te zawoalowane w półsłówkach.
To był ostatni karton. Ostatni specyfik. Ostatni dokument.
Pierwsza próba.
– A zatem proszek oznaczony numerem archiwalnym SJW1742, przybył do nas z Ameryki Południowej, odbiorca nigdy się po niego nie zgłosił – podjął neutralnie uzupełniając odpowiednie rubryki na pergaminie.