11.11.2024, 14:45 ✶
– Czas... jest w tym konkretnym układzie zabawnym konceptem – uśmiechnął się enigmatycznie, samemu nie wiedząc do końca jak uporządkować chronologię tej relacji, która choć u samego źródła miała być - jak sam siebie przekonywał tyle lat - rozrywkowa, to tak na prawdę ukorzeniła się w nim wdzierając korzenie przez żyły i tętnice, wdzierając korzenie do głównych aort jego egzystencji czyniąc ją nierozerwalnym filarem. Było to ekstatyczne w równym stopniu co upokarzające, Anthony miał wrażenie, że pozbycie się owego emocjonalnego bluszczu skruszyłoby zupełnie jego twardą fasadę, odsłaniając go na piekło współczesności, na śmierć, od ciosów, przed którymi nie potrafiłby się już obronić.
Lecz, czy to już się nie działo? Czy nie tak wyglądał jego lipiec, pomimo usilnych prób ucieczki do własnych badań i rozwijania zdolności magii bezróżdżkowej? Czyż nie był teraz po stokroć wrażliwszy niż podczas lat marazmu, sinej mgły przekonania, że obiekt jego uczuć ich nie odwzajemnia? Wzdrygał się na samą myśl uzależnienia tak głębokiego, ale rzeczywiście słowa Victorii przyniosły chwilowy spokój. Kontrola, złapanie wiatru w żagle, złapanie energii, która pozwoli mu zapłynąć dalej niż kiedykolwiek miałby szansę... Natura Shafiqów-Odkrywców odzywała się tęsknie za tym doświadczeniem, tłamszona polityczną prozą. Nawet jeśli miałaby to być podróż w głąb siebie, nawet jeśli w jej finale roztrzaska się o skały i jak rozbitek zostanie wypluty na bezludną wyspę. Nawet jeśli..
– Jutro idziemy na mm... spotkanie, które dedykowane jest osobom wzajemnie zainteresowanymi sobą – zwierzył jej się nagle, uciekając wzrokiem w głąb ogrodu. – Nie wiem co przyniesie, ale bardzo... bardzo liczę, że odpowiedzi na pytania, które duszą mnie od tygodni, miesięcy, mam wrażenie, duszą mnie od zawsze. Może wtedy odetchnę? – zapytał z nadzieją i niepewnością nastoletniego chłopca zagubionego w gąszczu hormonalnej burzy. Nie był nastolatkiem, ale brak doświadczenia, obycia w sprawach związkowych dokuczał mu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. I był to brak, którego ni jak nie dało się nadrobić. – Rano mam przymiarkę u Rosierów, wieczorem, ach... wieczorem musi być idealnie – rozmarzył się na moment, trochę nie dbając o to, że z tym pakietem informacji pannie Lestrange zbyt łatwo mogłoby przyjść ustalenie z kim też jej wuj wyszedł na to spotkanie. Pomagała myśl o jej oklumencji, pomagały sekrety, którym zdarzyło im się już do tej pory dzielić, jej stonowanie i zaskakująca jak na wiek dojrzałość. Pamiętał ją jako małą dziewczynkę, ale teraz, gdy w pełni rozkwitła, łatwo przychodziło mu przejście do relacji partnerskiej, rozmawiania jak równy z równym.
– Przykro mi, że ta wyprawa nie dała Ci odpowiedzi, których szukasz. W Twoim głosie pobrzmiewa też rozczarowanie, którego... cóż... nie wiem na ile Cię to pocieszy, ale zbyt łatwo mi z nim empatyzować. Nie było mnie w kraju kilka miesięcy, ale to co miałem szansę widzieć i doświadczyć po powrocie... Victorio, czy myślisz, że Jenkins w ogóle jakkolwiek zależy na tym, aby usunąć ten element chaosu z ulicy? Zwykłem wypowiadać się o śmierciożercach z lekceważeniem, jak o... infekcji naszego społeczeństwa, ale nawet prosta infekcja, która trwa zbyt długo, która jest przechodzona, może nieść poważne powikłania. Boje się, że nasi partnerzy w Międzynarodowej Unii Magicznej dojdą do podobnych wniosków i nałożą na nas sankcje. Lub... co gorsza, Ci, których poglądy pokrywają się ze Śmierciożercami, zaczną ich wspierać. Mam wrażenie, że Ministra patrzy bardzo... lokalnie na ten problem, zamiast otworzyć oczy na konsekwencje globalne. Populizm, którym wygrała wybory nie sprzyja myśleniu, to rzecz oczywista do zauważenia. – burknął upijając wina.
– Jest też inny, boleśniejszy dla mnie problem – dodał po chwili zdecydowanie ciszej, jego twarz stężała od powagi, od słów jego anam cary, które zmieniły jego życie na zawsze. To musiało kiedyś nastąpić. Tak jak kpił z Eugenii Jenkins, że nie patrzy na sprawy globalnie, tak ileż on sam patrząc na cały świat ignorował własny ogródek? Bliskich, którzy być może jeden po drugim próbowali coś przedsięwziąć gnani poczuciem obowiązku, zgubnego heroizmu. Gnani potrzebą zemsty...
Lecz, czy to już się nie działo? Czy nie tak wyglądał jego lipiec, pomimo usilnych prób ucieczki do własnych badań i rozwijania zdolności magii bezróżdżkowej? Czyż nie był teraz po stokroć wrażliwszy niż podczas lat marazmu, sinej mgły przekonania, że obiekt jego uczuć ich nie odwzajemnia? Wzdrygał się na samą myśl uzależnienia tak głębokiego, ale rzeczywiście słowa Victorii przyniosły chwilowy spokój. Kontrola, złapanie wiatru w żagle, złapanie energii, która pozwoli mu zapłynąć dalej niż kiedykolwiek miałby szansę... Natura Shafiqów-Odkrywców odzywała się tęsknie za tym doświadczeniem, tłamszona polityczną prozą. Nawet jeśli miałaby to być podróż w głąb siebie, nawet jeśli w jej finale roztrzaska się o skały i jak rozbitek zostanie wypluty na bezludną wyspę. Nawet jeśli..
– Jutro idziemy na mm... spotkanie, które dedykowane jest osobom wzajemnie zainteresowanymi sobą – zwierzył jej się nagle, uciekając wzrokiem w głąb ogrodu. – Nie wiem co przyniesie, ale bardzo... bardzo liczę, że odpowiedzi na pytania, które duszą mnie od tygodni, miesięcy, mam wrażenie, duszą mnie od zawsze. Może wtedy odetchnę? – zapytał z nadzieją i niepewnością nastoletniego chłopca zagubionego w gąszczu hormonalnej burzy. Nie był nastolatkiem, ale brak doświadczenia, obycia w sprawach związkowych dokuczał mu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. I był to brak, którego ni jak nie dało się nadrobić. – Rano mam przymiarkę u Rosierów, wieczorem, ach... wieczorem musi być idealnie – rozmarzył się na moment, trochę nie dbając o to, że z tym pakietem informacji pannie Lestrange zbyt łatwo mogłoby przyjść ustalenie z kim też jej wuj wyszedł na to spotkanie. Pomagała myśl o jej oklumencji, pomagały sekrety, którym zdarzyło im się już do tej pory dzielić, jej stonowanie i zaskakująca jak na wiek dojrzałość. Pamiętał ją jako małą dziewczynkę, ale teraz, gdy w pełni rozkwitła, łatwo przychodziło mu przejście do relacji partnerskiej, rozmawiania jak równy z równym.
– Przykro mi, że ta wyprawa nie dała Ci odpowiedzi, których szukasz. W Twoim głosie pobrzmiewa też rozczarowanie, którego... cóż... nie wiem na ile Cię to pocieszy, ale zbyt łatwo mi z nim empatyzować. Nie było mnie w kraju kilka miesięcy, ale to co miałem szansę widzieć i doświadczyć po powrocie... Victorio, czy myślisz, że Jenkins w ogóle jakkolwiek zależy na tym, aby usunąć ten element chaosu z ulicy? Zwykłem wypowiadać się o śmierciożercach z lekceważeniem, jak o... infekcji naszego społeczeństwa, ale nawet prosta infekcja, która trwa zbyt długo, która jest przechodzona, może nieść poważne powikłania. Boje się, że nasi partnerzy w Międzynarodowej Unii Magicznej dojdą do podobnych wniosków i nałożą na nas sankcje. Lub... co gorsza, Ci, których poglądy pokrywają się ze Śmierciożercami, zaczną ich wspierać. Mam wrażenie, że Ministra patrzy bardzo... lokalnie na ten problem, zamiast otworzyć oczy na konsekwencje globalne. Populizm, którym wygrała wybory nie sprzyja myśleniu, to rzecz oczywista do zauważenia. – burknął upijając wina.
– Jest też inny, boleśniejszy dla mnie problem – dodał po chwili zdecydowanie ciszej, jego twarz stężała od powagi, od słów jego anam cary, które zmieniły jego życie na zawsze. To musiało kiedyś nastąpić. Tak jak kpił z Eugenii Jenkins, że nie patrzy na sprawy globalnie, tak ileż on sam patrząc na cały świat ignorował własny ogródek? Bliskich, którzy być może jeden po drugim próbowali coś przedsięwziąć gnani poczuciem obowiązku, zgubnego heroizmu. Gnani potrzebą zemsty...