11.11.2024, 17:57 ✶
– Użyj tylko nożyczek, zamiast jakiejś gwałtownej translokacji czy coś – powiedziała jeszcze trochę żartobliwym tonem.
Gdy usiadła, bawiła się różdżką – nie czarowała tym razem, jedynie odruchowo powtarzała gest jednego z zaklęć rozpraszających, trochę tak, jak niektórzy poruszali nogą czy wystukiwali palcami rytm na blacie. Nie pchała się tym razem do pomagania, bo i Thomas miał tylko zagotować wodę, i być może… potrzebował po prostu zająć się takimi zupełnie zwykłymi rzeczami.
– Z grzeczności sugerować, że mogłabym nie chcieć ciasta wiśniowego… następnym razem spytasz mnie, czy na pewno chcę tego z malinami, póki jest ciepłe i już naprawdę to będzie cios prosto w serce – westchnęła, teatralnie unosząc ręce do klatki piersiowej. Nie krępowała się pod tym względem: jeśli szło o częstowanie się ciastem u Nory, to było równie naturalne, jak że jeśli któryś z Figgów wpadnie do Warowni, to oczywiście zostanie zaproszony na obiad.
Brenna może miała tendencje, by nie chcieć pewnymi rzeczami obciążać przyjaciół, ale nie upierała się przy tym, aby absolutnie nigdy niczego od nich nie przyjmować. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że wtedy mogliby poczuć się źle, przyjmując pewne rzeczy od niej – przynajmniej gdy byli prawdziwymi przyjaciółmi, a Thomas i Nora przecież byli. Wobec tego nie miała żadnych wątpliwości.
– Najwyżej kupię coś u Wendy na wynos, będzie jutro na lunch – stwierdziła, ale nie podrywała się z miejsca. Czy Nora jest w klubokawiarni sprawdzi, gdy wypiją kawę i gdy zje to ciasto. Po prostu… jeszcze przez chwilę nie chciała zostawiać Thomasa samego. Schowała wreszcie różdżkę do kieszeni i sięgnęła po zaserwowane jej kruche ciasto wiśniowe. – Mhm, naprawdę? A co to takiego? Będzie warte cierpienia, jakie na pewno będzie towarzyszyć jedzeniu tego bardzo kruchego ciasta, z dużą ilością wiśni, idealnie wypieczonego i na pewno ani trochę za słodkiego? – spytała, chociaż zaiste, zachęcać to jej nie było trzeba. Zwłaszcza, że w gruncie rzeczy żadne z nich tego dnia zbyt wiele nie zjadło, zważywszy na to, że po śniadaniu poszli na targ, potem nastąpiła walka, potem utknęli na kilka godzin w Ministerstwie załatwiając formalności, kupili różdżkę, ćwiczyli i wreszcie odwiedzili las… właściwie to gdy Brenna zaczęła jeść to ciasto, przypomniała sobie, jak bardzo jest głodna: czekoladowe żaby wcześniej tylko odrobinę przyćmiły ssanie w żołądku.
Gdy usiadła, bawiła się różdżką – nie czarowała tym razem, jedynie odruchowo powtarzała gest jednego z zaklęć rozpraszających, trochę tak, jak niektórzy poruszali nogą czy wystukiwali palcami rytm na blacie. Nie pchała się tym razem do pomagania, bo i Thomas miał tylko zagotować wodę, i być może… potrzebował po prostu zająć się takimi zupełnie zwykłymi rzeczami.
– Z grzeczności sugerować, że mogłabym nie chcieć ciasta wiśniowego… następnym razem spytasz mnie, czy na pewno chcę tego z malinami, póki jest ciepłe i już naprawdę to będzie cios prosto w serce – westchnęła, teatralnie unosząc ręce do klatki piersiowej. Nie krępowała się pod tym względem: jeśli szło o częstowanie się ciastem u Nory, to było równie naturalne, jak że jeśli któryś z Figgów wpadnie do Warowni, to oczywiście zostanie zaproszony na obiad.
Brenna może miała tendencje, by nie chcieć pewnymi rzeczami obciążać przyjaciół, ale nie upierała się przy tym, aby absolutnie nigdy niczego od nich nie przyjmować. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że wtedy mogliby poczuć się źle, przyjmując pewne rzeczy od niej – przynajmniej gdy byli prawdziwymi przyjaciółmi, a Thomas i Nora przecież byli. Wobec tego nie miała żadnych wątpliwości.
– Najwyżej kupię coś u Wendy na wynos, będzie jutro na lunch – stwierdziła, ale nie podrywała się z miejsca. Czy Nora jest w klubokawiarni sprawdzi, gdy wypiją kawę i gdy zje to ciasto. Po prostu… jeszcze przez chwilę nie chciała zostawiać Thomasa samego. Schowała wreszcie różdżkę do kieszeni i sięgnęła po zaserwowane jej kruche ciasto wiśniowe. – Mhm, naprawdę? A co to takiego? Będzie warte cierpienia, jakie na pewno będzie towarzyszyć jedzeniu tego bardzo kruchego ciasta, z dużą ilością wiśni, idealnie wypieczonego i na pewno ani trochę za słodkiego? – spytała, chociaż zaiste, zachęcać to jej nie było trzeba. Zwłaszcza, że w gruncie rzeczy żadne z nich tego dnia zbyt wiele nie zjadło, zważywszy na to, że po śniadaniu poszli na targ, potem nastąpiła walka, potem utknęli na kilka godzin w Ministerstwie załatwiając formalności, kupili różdżkę, ćwiczyli i wreszcie odwiedzili las… właściwie to gdy Brenna zaczęła jeść to ciasto, przypomniała sobie, jak bardzo jest głodna: czekoladowe żaby wcześniej tylko odrobinę przyćmiły ssanie w żołądku.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.