Wolała grać kartą wartości sentymentalnej i mniej-więcej tak to przedstawiła Stanleyowi, nie chcąc puścić pary o czymkolwiek więcej. Rościła sobie prawa do tej biżuterii, bo miała ją w głowie, a przecież Elisabeth miała też dzieci – jej matkę, ojca Aidana… Fakt, że z wnuków była najstarsza, ale nie w tym rzecz. A w tym, że dzięki tym wspomnieniom miała dużo większy pogląd co do tego, dlaczego w ogóle te błyskotki zamawiała. Dlaczego wydawała na to aż tyle pieniędzy i zachowywała się, jakby od tego zależało czyjeś życie.
Cóż… Bo zależało.
I teraz… też mogło zależeć.
Victoria zastanawiała się też, skoro już mówiliśmy o Josephie, czy miał okazję poznać Elisabeth. Czy jeden wampir znał drugiego wampira, czy miał świadomość, co jej się przytrafiło i że wyrwała się z tego złego czaru nieżycia, a później umarła – w swej starości, nie tak więc, jak mogli stąd odejść ci, których egzystencja polegała na ukrywaniu się w cieniu.
– Co najmniej dwie osoby wspominały mi o tym, jak bardzo zdenerwował resztę współpracowników na jednej z akcji, bo myślał, że jak jest najstarszy, to wszystko mu wolno – i że nie obowiązuje go szacunek do drugiego człowieka, jak też to, że już widział się na stołku szefa Biura Aurorów zapominając, że jest na tym samym stanowisku co reszta. – Nie do końca o to, ale powiedzmy, że taka odpowiedź jest ok – bo nawet nie podejrzewała o jakąś wielką przyjaźń między Saurielem i jego stwórcą. Ale na przestrzeni miesięcy mówił jej przecież, że nie chce mieć z nim do czynienia, że ona też wręcz nie może z nim rozmawiać (zakaz, którego nawet nie zamierzała łamać, proszę jak się słuchała), a tu nagle jakieś… zamieszkanie razem. A gdzie w tym Eryk i Anna? – To jego pomysł? Ta wyprowadzka? – zapytała za to, nadal próbując zrozumieć, o co tu w zasadzie chodzi. – A co z twoimi – zawiesiła się na moment, marszcząc brwi. – Co z Anną? Z Erykiem? – wolał zamieszkać z wampirem, który go zabił i stworzył tym, kim jest? Victoria zawsze sądziła, że w jakimś stopniu się go bał, chociaż Joseph dla niej, w ten jeden dzień, kiedy go poznała, był całkiem miły, ale to jeszcze nic nie znaczyło. Zachichotała, kiedy Sauriel zaczął naśladować głos i sposób mówienia Josepha. Przymknęła aż oczy i przejechała dłonią po jego koszuli, czując te delikatne ruchy, w których czarnooki bawił się jej włosami. Czy to była ta ich normalność, o którą tak zabiegał? Było normalnie, ona czuła się normalnie, nawet pomimo jakiegoś nieprzyjemnego gorąca na wysokości żołądka, związanego z tym wstydem względem spięcia, jakie jeszcze chwilę temu czuła od Rookwooda.
– Chyba nie warto mieszać pracy z domem – odparła nieco nieśmiało, bo akurat mieszkanie na Nokturnie… No dla Sauriela na pewno było lepiej, jeśli mógł się stamtąd wyrwać, więc w pewnym sensie zgadzała się z Josephem, o zgrozo. – I gdzie ten dom? – i czemu Joseph w ogóle chciał mieszkać na pewnym etapie z resztą wkurwiających Rookwoodów? – Hehe, myślisz, że tak się da? – zaśmiała się znowu, patrząc jednym okiem jak Luna gramoli się na jej nogę, a potem pomalutku szła w stronę ich głów. – Mówisz, że kiedyś nie byłeś tak uparty? – uparty wręcz do stopnia, w którym sam sobie szkodził. Ale poniekąd to rozumiała, bo sama była uparta, zwłaszcza jak ktoś próbował jej rozkazywać, to się zacietrzewiała. Luna w końcu przelazła z biodra Victori na brzuch Sauriela i tam zakręciła się w kółeczko dwa razy, po czym przyjęła dumną pozycję małego bochenka chleba, czy raczej mini-bułeczki, biorąc pod uwagę jej gabaryty.