11.11.2024, 23:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.11.2024, 23:57 przez Maeve Chang.)
Maeve stłumiła lekki uśmiech, patrząc na Louvaina z mieszanką pogardy i chłodnej ciekawości. Słowa, które wypowiadał, przesiąknięte pychą i uprzedzeniami, wydawały jej się wręcz żałośnie przewidywalne. Lestrange. Wielka, wpływowa rodzina, która tak mocno ceniła swoje przestarzałe zasady i zasługi, a w rzeczywistości kryła pod tym jedynie pustkę i frustrację, którą teraz słodki Lou próbował wyładować na niej.
Nie zamierzała jednak się cofać. To, że wywodził się z rzekomo lepszego rodu, nie dawało mu automatycznie racji ani władzy nad innymi. Wiedziała, że jego słowa miały na celu ją poniżyć, ale ona przywykła już do tych nieudolnych prób ataków. W końcu co może być bardziej przewidywalne niż mężczyzna, który nie może znieść, że ktoś mu nie schlebia i nie milknie na jego rozkaz?
Czuła w nim frustrację, jakby sama jej obecność stanowiła przypomnienie, że nie wszystko w życiu można zdobyć zastraszaniem i agresją. Odnosiła wrażenie, że Louvain był tylko rozszczekanym psem spuszczonym ze smyczy własnej rodziny, który mimo ich wpływów i koneksji nie miał pojęcia, jak na coś zasłużyć - mogła przysiąc, że nie miał nawet przyjaciół, którzy byli przy nim nie z obawy, ale z wyboru.
W jego twarzy, wykrzywionej grymasem, widziała jedynie rosnącą nienawiść i żal - jakby nie była już osobą, lecz symbolem wszystkich jego porażek.
Dostrzegła w jego spojrzeniu tę mieszankę nienawiści i odrazy, które przybrały teraz fizyczną postać w postaci zaciskającej się na butelce dłoni. Obserwowała, jak starał się użyć fizycznej przemocy, gdyż najwyraźniej zabrakło mu argumentów. Gdy Louvain zamachnął się butelką, Maeve zrobiła krok w bok, jednocześnie sięgając po różdżkę. Jej głos, choć cichy, niósł się z chłodną pewnością, która kontrastowała z jego chaotycznym wybuchem gniewu.
- Tulipan? Dla mnie? - Zabrzmiała wręcz na wzruszoną, kiedy zamachnęła się różdżką w celu transmutowania butelki w prawdziwy kwiat. Nie czuła się zastraszona groźbą rozjebanego łba, bo to nie byłoby jej pierwsze rodeo. - Straszysz metamorfomaga łysą głową? Widzę, że światło w twoich oczach się świeci, kochaniutki, ale nikogo nie ma w domu - syknęła z politowaniem, zachichotała pociesznie, a potem zamachnęła się różdżką raz jeszcze, chcąc dźgnąć go dołem rękojeści w oczodół.
Rzut na transmutację butelki w tulipana
Rzut na dźgnięcie różdżką
Nie zamierzała jednak się cofać. To, że wywodził się z rzekomo lepszego rodu, nie dawało mu automatycznie racji ani władzy nad innymi. Wiedziała, że jego słowa miały na celu ją poniżyć, ale ona przywykła już do tych nieudolnych prób ataków. W końcu co może być bardziej przewidywalne niż mężczyzna, który nie może znieść, że ktoś mu nie schlebia i nie milknie na jego rozkaz?
Czuła w nim frustrację, jakby sama jej obecność stanowiła przypomnienie, że nie wszystko w życiu można zdobyć zastraszaniem i agresją. Odnosiła wrażenie, że Louvain był tylko rozszczekanym psem spuszczonym ze smyczy własnej rodziny, który mimo ich wpływów i koneksji nie miał pojęcia, jak na coś zasłużyć - mogła przysiąc, że nie miał nawet przyjaciół, którzy byli przy nim nie z obawy, ale z wyboru.
W jego twarzy, wykrzywionej grymasem, widziała jedynie rosnącą nienawiść i żal - jakby nie była już osobą, lecz symbolem wszystkich jego porażek.
Dostrzegła w jego spojrzeniu tę mieszankę nienawiści i odrazy, które przybrały teraz fizyczną postać w postaci zaciskającej się na butelce dłoni. Obserwowała, jak starał się użyć fizycznej przemocy, gdyż najwyraźniej zabrakło mu argumentów. Gdy Louvain zamachnął się butelką, Maeve zrobiła krok w bok, jednocześnie sięgając po różdżkę. Jej głos, choć cichy, niósł się z chłodną pewnością, która kontrastowała z jego chaotycznym wybuchem gniewu.
- Tulipan? Dla mnie? - Zabrzmiała wręcz na wzruszoną, kiedy zamachnęła się różdżką w celu transmutowania butelki w prawdziwy kwiat. Nie czuła się zastraszona groźbą rozjebanego łba, bo to nie byłoby jej pierwsze rodeo. - Straszysz metamorfomaga łysą głową? Widzę, że światło w twoich oczach się świeci, kochaniutki, ale nikogo nie ma w domu - syknęła z politowaniem, zachichotała pociesznie, a potem zamachnęła się różdżką raz jeszcze, chcąc dźgnąć go dołem rękojeści w oczodół.
Rzut na transmutację butelki w tulipana
Rzut PO 1d100 - 37
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut na dźgnięcie różdżką
Rzut N 1d100 - 76
Sukces!
Sukces!
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —