12.11.2024, 03:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2024, 03:25 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
W pomieszczeniu zapanowała przyjemna cisza przerywana jedynie cichym szelestem dokumentów, skrobaniem pióra o papier i przesuwaniem kolejnych przedmiotów po blacie, następnie z blatu we właściwe miejsce. A także nielicznymi, bardzo konkretnymi wymianami zwartych, konkretnych zdań.
Przechylił się lekko w stronę biurka, kolejny raz z rzędu sięgając po zdobycz Ministerstwa z zamiarem rzucenia na nie okiem, ewentualnie przyjrzenia się mu bliżej, wykorzystania kilku zaklęć, jeśli to byłoby konieczne.
Myśl o tym, że była to ostatnia fiolka skłaniała Ambroisa do tego, żeby jak najszybciej zająć się odbębnieniem ostatniej formalności, po której będą mogli oficjalnie domknąć sprawę i rozejść się w swoje strony.
Atmosfera nie była ciężka, współpraca przebiegała bez zarzutu, ale jak do tej pory nie mieli do czynienia z niczym na tyle ciekawym, żeby skusiło go to do głębszej rozmowy czy podjęcia jakiejś próby wykorzystywania swojego wpływu - czy to do przetrzymania bezpiecznych choć niekonwencjonalnych towarów pod pozorem konieczności zweryfikowania ich w warunkach laboratoryjnych, czy to do uzyskania informacji o ich nadawcy albo odbiorcy.
Mimo to nie zamierzał zakończyć dnia poprzez wykonanie ostatniego zadania na odpierdol. Miał swoje standardy, których nie zaniżał. Ze spokojem nachylił się, żeby ująć zdobycz w dłoń, spojrzeć na nią wpierw normalnie, zaś później pod światło.
Między różnymi odcieniami poszarzałej zieleni błysnął inny odcień.
Kilka razy poruszył zawartością, przesypując ją z końca na koniec. Niemalże niezauważalnie, ale tak - część zieleni miała subtelny egzotyczny poblask.
Jego palce drgnęły, gdy w umyśle Greengrassa pojawiła się myśl o potencjalnej wartości niewielkiej fiolki z mieszanką roślinną. Starał się jednak zachować neutralny wyraz twarzy. Nie przychodziło mu to zbyt trudno. Zarówno w szpitalu, jak i podczas pracy poza oficjalnymi godzinami, szczególnie poza oficjalnymi godzinami nie był zbyt wylewnym człowiekiem.
Nieznacznie zmarszczył brwi - niby zmęczony wielogodzinną pracą, co dodatkowo podkreślił przelotnym przesunięciem wierzchem dłoni po oczach, ale w myślach cały czas zbierał informacje. Porządkował je, wyciągając je z szufladek pamięci i analizując to, co właściwie powinien powiedzieć a czego nie warto było poruszać.
W głowie pobieżnie nakreślił kilka scenariuszy rozmowy. Nie znał tego człowieka. Mężczyzna nie dał Greengrassowi powodów, by Ambroise sądził, że jest kimś bardziej interesującym aniżeli wysoko postawionym pracownikiem Ministerstwa. Instytucji, w którą Roise nie tylko nie wierzył, lecz wewnętrznie darzył całkiem głęboką, wieloletnio pielęgnowaną pogardą.
Mimo to Ambroise wyczuwał coś pod skórą. Gdzieś tam z tyłu głowy wydawało mu się, że część zachowania Shafiqa nie była do końca naturalna. Fasada, starannie nakładana maska, kontrolowana persona - jak zwał tak zwał. Rzecz jasna był bardziej niż świadomy, że każdy polityk taką ma. Nie bez powodu politycy byli politykami. Natomiast tu chodziło o coś innego, coś bardziej śliskiego a jednocześnie gładkiego jak półprzezroczysty, niemalże niewidzialny woal cienia.
Mimo to Ambroise nie zamierzał podejmować nieuzasadnionego ryzyka. Szczególnie w ministralnym kompleksie budynków. Nie był idiotą, nawet jeśli był oportunistą to wyważonym (a tak przynajmniej starał się, by było). Co prawda przez chwilę rozważał czy i jak zapytać o ten towar bez ujawnienia swoich prawdziwych intencji, ale na ten moment nie podjął rozmowy.
Jego twarz była nieprzenikniona. Przynajmniej starał się, aby nie pojawił się na niej nawet najdyskretniejszy przebłysk tego, co wypełniło jego umysł, gdy spostrzegł zawartość fiolki i ten całkiem charakterystyczny purpurowy poblask bijący od jednego z drobno, ale topornie pokruszonych składników suszu.
W myślach na moment znalazł się na innym kontynencie. Na ziemi, na której nigdy nie postawił stopy, choć w ostatnim czasie był temu coraz bardziej bliski. Chwilowo trzymało go tu stanowczo zbyt wiele zobowiązań, ale gdyby mógł wyrwać się na chwilę z kraju, najpewniej wybrałby właśnie ten kierunek.
Mimo to nie potrzebował fizycznej podróży, żeby na chwilę znaleźć się w miejscu, gdzie blady blask wschodzącego słońca oświetlał poletka roślin. Ostrożnie rozlokowane między wysokimi drzewami, rzędy żywych, pełnych soków wersji tego, co znalazło się zamknięte w niewielkiej fiolce przyciągającej uwagę Greengrassa.
Towar leżący przed nim był nie tylko nielegalny, ale także fascynujący. Przede wszystkim fascynujący, bo nie aż tak często spotykany, szczególnie w rękach kogoś, u kogo nie powinno się znaleźć, bo w oczach Ambroisa Ministerstwo nie było aż tak skuteczne, żeby codziennie przejmować coś podobnego. To była całkiem unikalna okazja na to, aby przyjrzeć się czemuś, co nieczęsto trafiało w taki sposób do Wielkiej Brytanii.
Jej wzrok był skoncentrowany, ale twarz, nie licząc siateczki zmarszczek w kącikach oczu i na czole, pozostała gładka. Bez żywych oznak emocji. Przesunął spojrzeniem po zawartości fiolki a następnie zawiesił je na dokumentach trzymanych przez Anthony'ego, udając zainteresowanie formalnościami.
- SJW1742 to jeden ze starszych numerów? Rzecz jasna, mogę się mylić. Systemy archiwizacji Ministerstwa są mi tak bliskie jak, dajmy na to, procesy chowu trzody chlewnej - naturalnie skorzystał z porównania do czegoś, czego żaden rozsądny Greengrass nigdy by się nie podjął. - W takim wypadku liczę, że raczy pan wybaczyć śmiałe założenie, natomiast odnoszę wrażenie, że w ostatnich godzinach mieliśmy do czynienia z, że tak powiem... ...świeższymi przypadkami. Co jest o tyle interesujące, że ten susz również wydaje się całkiem świeży - stwierdził gładko, jego ton pozostał niewymuszenie neutralny.
Ot niby zwykła rozmowa zawodowa, zwrócenie uwagi na jedno, co oczywiście miało na celu odwrócenie uwagi od jego rzeczywistych intencji, angażując rozmówcę w dyskusję, która mogłaby ujawnić cenne informacje choćby na temat tego, jak dawno to cudo trafiło do Ministerstwa.
- Intrygujące składniki - odezwał się spokojnie, odkładając fiolkę na biurko. - Zaskakujące jak wiele nowych roślin próbuje się wprowadzić na rynek wraz z migracją czarodziejów - rzecz jasna miał na myśli wyłącznie jedną z nich, ale wolał uniknąć konkretów, nie chcąc, by jego zainteresowanie zostało skojarzone z czymkolwiek nielegalnym. - Wie pan, jako że to zwieńczenie naszej pracy, ostatnia fiolka, pozwolę sobie stwierdzić, że trafiliśmy na prawdziwą wisienkę na torcie. Choć rośliny mogą być łatwo klasyfikowane. Zwłaszcza przez instytucje takie jak Ministerstwo Magii, które wydaje bardzo... ...ukierunkowane osądy... ...prawdziwe znaczenie niektórych z nich często jest bardziej złożone, zwłaszcza jeśli patrzy się na nie w kontekście kulturowym. W niektórych krajach mieszanki specyficznych ziół są wręcz częścią celebracji kulturowej. Składniki takie jak te tutaj mają, dla przykładu, znaczenie rytualne w tradycjach mieszkańców wielu krajów Ameryki Południowej. Nawiasem mówiąc, bez możliwości zdobycia dodatkowych informacji, moja wiedza na temat pochodzenia tych roślin jest jedynie powierzchowna. Wydaje mi się, że gdybyśmy przyjrzeli się proporcjom, najpewniej bylibyśmy w stanie wyrokować o tym, z jakiego regionu to do nas trafiło - nieznacznie przekrzywiając głowę, ponownie sięgnął po fiolkę, znowu przyglądając jej się pod światło. - Natomiast najistotniejsze z perspektywy dopełnienia formalności jest dla pana zapewne pytanie: Jak to, że te towary zaczynają pojawiać się u nas w związku z kulturową migracją wpływa na ich legalność w naszym kraju? - niespiesznie zadane pytanie zwróciło uwagę na międzynarodowy kontekst, jednocześnie pozwalając mu przyglądać się towarowi z bliska, bez ujawniania swoich prawdziwych zamiarów.
Jego głos brzmiał nienagannie kulturalnie a każda zmarszczka w kącikach ust unoszących się i opadających podczas wypowiedzi świadczyła o pewności siebie.
- Jako magiczne społeczeństwo mamy tendencję do tego, by nie dostrzegać szerszego kontekstu. Nie zwracamy uwagi na to co kryje się za małymi detalami. A ich znaczenie potrafi być znacznie głębsze, niż się wydaje. Trucizny leczą, leki trują. Wszystko zależy od intencji - stwierdził już w samym tonie głosu dając do zrozumienia, że w żadnym razie nie dziwi się temu, że ktoś nie zgłosił się po odbiór mieszanki.
Ktoś spoza konkretnej kultury nie miał od razu docenić wartości, które tamci czarodzieje brali za pewnik. Tym bardziej, gdy dana roślina była od razu zaszufladkowana jako trująca i zła, bo w pewnych dawkach potrafiła zabijać.
- Phantasma viridis. Nielegalne - zakończył z kulturalnym, czarującym uśmiechem, lekko unosząc kąciki ust, choć jego oczy pozostały zimne.
Był gotowy na na każde ewentualne pytanie, które mogłoby się zrodzić w głowie Shafiqa. Kończyli temat?
Przechylił się lekko w stronę biurka, kolejny raz z rzędu sięgając po zdobycz Ministerstwa z zamiarem rzucenia na nie okiem, ewentualnie przyjrzenia się mu bliżej, wykorzystania kilku zaklęć, jeśli to byłoby konieczne.
Myśl o tym, że była to ostatnia fiolka skłaniała Ambroisa do tego, żeby jak najszybciej zająć się odbębnieniem ostatniej formalności, po której będą mogli oficjalnie domknąć sprawę i rozejść się w swoje strony.
Atmosfera nie była ciężka, współpraca przebiegała bez zarzutu, ale jak do tej pory nie mieli do czynienia z niczym na tyle ciekawym, żeby skusiło go to do głębszej rozmowy czy podjęcia jakiejś próby wykorzystywania swojego wpływu - czy to do przetrzymania bezpiecznych choć niekonwencjonalnych towarów pod pozorem konieczności zweryfikowania ich w warunkach laboratoryjnych, czy to do uzyskania informacji o ich nadawcy albo odbiorcy.
Mimo to nie zamierzał zakończyć dnia poprzez wykonanie ostatniego zadania na odpierdol. Miał swoje standardy, których nie zaniżał. Ze spokojem nachylił się, żeby ująć zdobycz w dłoń, spojrzeć na nią wpierw normalnie, zaś później pod światło.
Między różnymi odcieniami poszarzałej zieleni błysnął inny odcień.
Kilka razy poruszył zawartością, przesypując ją z końca na koniec. Niemalże niezauważalnie, ale tak - część zieleni miała subtelny egzotyczny poblask.
Jego palce drgnęły, gdy w umyśle Greengrassa pojawiła się myśl o potencjalnej wartości niewielkiej fiolki z mieszanką roślinną. Starał się jednak zachować neutralny wyraz twarzy. Nie przychodziło mu to zbyt trudno. Zarówno w szpitalu, jak i podczas pracy poza oficjalnymi godzinami, szczególnie poza oficjalnymi godzinami nie był zbyt wylewnym człowiekiem.
Nieznacznie zmarszczył brwi - niby zmęczony wielogodzinną pracą, co dodatkowo podkreślił przelotnym przesunięciem wierzchem dłoni po oczach, ale w myślach cały czas zbierał informacje. Porządkował je, wyciągając je z szufladek pamięci i analizując to, co właściwie powinien powiedzieć a czego nie warto było poruszać.
W głowie pobieżnie nakreślił kilka scenariuszy rozmowy. Nie znał tego człowieka. Mężczyzna nie dał Greengrassowi powodów, by Ambroise sądził, że jest kimś bardziej interesującym aniżeli wysoko postawionym pracownikiem Ministerstwa. Instytucji, w którą Roise nie tylko nie wierzył, lecz wewnętrznie darzył całkiem głęboką, wieloletnio pielęgnowaną pogardą.
Mimo to Ambroise wyczuwał coś pod skórą. Gdzieś tam z tyłu głowy wydawało mu się, że część zachowania Shafiqa nie była do końca naturalna. Fasada, starannie nakładana maska, kontrolowana persona - jak zwał tak zwał. Rzecz jasna był bardziej niż świadomy, że każdy polityk taką ma. Nie bez powodu politycy byli politykami. Natomiast tu chodziło o coś innego, coś bardziej śliskiego a jednocześnie gładkiego jak półprzezroczysty, niemalże niewidzialny woal cienia.
Mimo to Ambroise nie zamierzał podejmować nieuzasadnionego ryzyka. Szczególnie w ministralnym kompleksie budynków. Nie był idiotą, nawet jeśli był oportunistą to wyważonym (a tak przynajmniej starał się, by było). Co prawda przez chwilę rozważał czy i jak zapytać o ten towar bez ujawnienia swoich prawdziwych intencji, ale na ten moment nie podjął rozmowy.
Jego twarz była nieprzenikniona. Przynajmniej starał się, aby nie pojawił się na niej nawet najdyskretniejszy przebłysk tego, co wypełniło jego umysł, gdy spostrzegł zawartość fiolki i ten całkiem charakterystyczny purpurowy poblask bijący od jednego z drobno, ale topornie pokruszonych składników suszu.
W myślach na moment znalazł się na innym kontynencie. Na ziemi, na której nigdy nie postawił stopy, choć w ostatnim czasie był temu coraz bardziej bliski. Chwilowo trzymało go tu stanowczo zbyt wiele zobowiązań, ale gdyby mógł wyrwać się na chwilę z kraju, najpewniej wybrałby właśnie ten kierunek.
Mimo to nie potrzebował fizycznej podróży, żeby na chwilę znaleźć się w miejscu, gdzie blady blask wschodzącego słońca oświetlał poletka roślin. Ostrożnie rozlokowane między wysokimi drzewami, rzędy żywych, pełnych soków wersji tego, co znalazło się zamknięte w niewielkiej fiolce przyciągającej uwagę Greengrassa.
Towar leżący przed nim był nie tylko nielegalny, ale także fascynujący. Przede wszystkim fascynujący, bo nie aż tak często spotykany, szczególnie w rękach kogoś, u kogo nie powinno się znaleźć, bo w oczach Ambroisa Ministerstwo nie było aż tak skuteczne, żeby codziennie przejmować coś podobnego. To była całkiem unikalna okazja na to, aby przyjrzeć się czemuś, co nieczęsto trafiało w taki sposób do Wielkiej Brytanii.
Jej wzrok był skoncentrowany, ale twarz, nie licząc siateczki zmarszczek w kącikach oczu i na czole, pozostała gładka. Bez żywych oznak emocji. Przesunął spojrzeniem po zawartości fiolki a następnie zawiesił je na dokumentach trzymanych przez Anthony'ego, udając zainteresowanie formalnościami.
- SJW1742 to jeden ze starszych numerów? Rzecz jasna, mogę się mylić. Systemy archiwizacji Ministerstwa są mi tak bliskie jak, dajmy na to, procesy chowu trzody chlewnej - naturalnie skorzystał z porównania do czegoś, czego żaden rozsądny Greengrass nigdy by się nie podjął. - W takim wypadku liczę, że raczy pan wybaczyć śmiałe założenie, natomiast odnoszę wrażenie, że w ostatnich godzinach mieliśmy do czynienia z, że tak powiem... ...świeższymi przypadkami. Co jest o tyle interesujące, że ten susz również wydaje się całkiem świeży - stwierdził gładko, jego ton pozostał niewymuszenie neutralny.
Ot niby zwykła rozmowa zawodowa, zwrócenie uwagi na jedno, co oczywiście miało na celu odwrócenie uwagi od jego rzeczywistych intencji, angażując rozmówcę w dyskusję, która mogłaby ujawnić cenne informacje choćby na temat tego, jak dawno to cudo trafiło do Ministerstwa.
- Intrygujące składniki - odezwał się spokojnie, odkładając fiolkę na biurko. - Zaskakujące jak wiele nowych roślin próbuje się wprowadzić na rynek wraz z migracją czarodziejów - rzecz jasna miał na myśli wyłącznie jedną z nich, ale wolał uniknąć konkretów, nie chcąc, by jego zainteresowanie zostało skojarzone z czymkolwiek nielegalnym. - Wie pan, jako że to zwieńczenie naszej pracy, ostatnia fiolka, pozwolę sobie stwierdzić, że trafiliśmy na prawdziwą wisienkę na torcie. Choć rośliny mogą być łatwo klasyfikowane. Zwłaszcza przez instytucje takie jak Ministerstwo Magii, które wydaje bardzo... ...ukierunkowane osądy... ...prawdziwe znaczenie niektórych z nich często jest bardziej złożone, zwłaszcza jeśli patrzy się na nie w kontekście kulturowym. W niektórych krajach mieszanki specyficznych ziół są wręcz częścią celebracji kulturowej. Składniki takie jak te tutaj mają, dla przykładu, znaczenie rytualne w tradycjach mieszkańców wielu krajów Ameryki Południowej. Nawiasem mówiąc, bez możliwości zdobycia dodatkowych informacji, moja wiedza na temat pochodzenia tych roślin jest jedynie powierzchowna. Wydaje mi się, że gdybyśmy przyjrzeli się proporcjom, najpewniej bylibyśmy w stanie wyrokować o tym, z jakiego regionu to do nas trafiło - nieznacznie przekrzywiając głowę, ponownie sięgnął po fiolkę, znowu przyglądając jej się pod światło. - Natomiast najistotniejsze z perspektywy dopełnienia formalności jest dla pana zapewne pytanie: Jak to, że te towary zaczynają pojawiać się u nas w związku z kulturową migracją wpływa na ich legalność w naszym kraju? - niespiesznie zadane pytanie zwróciło uwagę na międzynarodowy kontekst, jednocześnie pozwalając mu przyglądać się towarowi z bliska, bez ujawniania swoich prawdziwych zamiarów.
Jego głos brzmiał nienagannie kulturalnie a każda zmarszczka w kącikach ust unoszących się i opadających podczas wypowiedzi świadczyła o pewności siebie.
- Jako magiczne społeczeństwo mamy tendencję do tego, by nie dostrzegać szerszego kontekstu. Nie zwracamy uwagi na to co kryje się za małymi detalami. A ich znaczenie potrafi być znacznie głębsze, niż się wydaje. Trucizny leczą, leki trują. Wszystko zależy od intencji - stwierdził już w samym tonie głosu dając do zrozumienia, że w żadnym razie nie dziwi się temu, że ktoś nie zgłosił się po odbiór mieszanki.
Ktoś spoza konkretnej kultury nie miał od razu docenić wartości, które tamci czarodzieje brali za pewnik. Tym bardziej, gdy dana roślina była od razu zaszufladkowana jako trująca i zła, bo w pewnych dawkach potrafiła zabijać.
- Phantasma viridis. Nielegalne - zakończył z kulturalnym, czarującym uśmiechem, lekko unosząc kąciki ust, choć jego oczy pozostały zimne.
Był gotowy na na każde ewentualne pytanie, które mogłoby się zrodzić w głowie Shafiqa. Kończyli temat?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down