Spojrzał na niebo, pochmurne, zapowiadające prędką jesień. Przeszedł go dreszcz, gdy zobaczył pierwszy pożółkły liść. Zaczyna się.
O Merkury, najzdolniejszy w logicznej argumentacji, najskuteczniejszy i najdoskonalszy w mądrości i w każdej nauce; który rozdzielasz i rozprowadzasz sztukę i rzemiosło każdego nas; doświadczony i zręczny żołnierzu, bez ciebie wszystkie rzeczy ruchome i nieruchome, nie mogą być poznane. O Merkury, twórco, filozofie i największy wśród mówców, który rządzisz umysłami; wzywam Cię!
Brudne powietrze, lepkie od ludzi i smogu zmienił na świeżą bryzę i papierosa, którego od razu zapalił. Drugim poczęstował szwagierkę, dla uspokojenia nerwów. I on rozluźnił się na widok Brenny, jej sprężystego kroku i zmienionej nieco twarzy, niby ona, ale wcale nie. Dawniej żałował, że nie ma umiejętności szwagierki, że nie potrafi wyzywać na pojedynek, jak ojciec i bracia, zazdrościł Antoniuszowi jego daru języków czy nici Jonathanowi. Teraz widział, gdzie leżała jego natura. Eremita z klepsydrą, który pilnuje sekretów świata.
Morpheus podszedł do rybnego sprzedawcy i jeszcze wcisnął mu czek do goblińskiego banku, aby ten przywoził raz w tygodniu przez najbliższy miesiąc podobną ilość ryb. Mężczyzna przystał na takie ustalenia, prawdopodobnie z zadowoleniem, bo miał cel dla resztek ryb, które zostaną mu z połowu, a nie zostaną sprzedane od razu. Poprosił też przy tym, aby przeniósł skrzynki prosto do azylu, na szczęście sumka wypisana na czeku była bardzo przekonywująca.
— Mamy już wszystko — skinął Brennie, gdy pojawiła się w polu widzenia. Gdyby uszkodzili czasoprzestrzeń, już oboje by to wiedzieli. Cóż, on na pewno by wiedział, że bratanica namieszała w przepływie zdarzeń, nurcie teraźniejszości.
— Chodźmy do środka. Wiedza to jedno, ale rytuał trzeba będzie jeszcze wykonać — magia rytualna była trudna, skomplikowana w ceremoniale, gdzie nawet ubiór czarującego miał znaczenie, każde składowe swoje miejsce, nawet pora dnia czy godzina. Wyprostował się, aż strzeliło mu w kościach. Nawet jeśli nie był najwyższy, robił wrażenie, jego obecność większa niż on sam. Jego uśmiech podnosił na duchu, szkoda tylko że ke jego samego.