12.11.2024, 12:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2024, 18:13 przez Rodolphus Lestrange.)
Znał ten uśmiech, kojarzył ten typ ludzi. Sam do nich przecież należał i to chyba jeszcze bardziej go wkurwiało. Wkurwiało go to, że ukradł jego ubrania, że stał obok Mistrza na górze z kości i czaszek. Że zajął jego miejsce - że wkradł się do jego myśli, jego umysłu i wykradł jeden z naprawdę niewielu snów, które był w stanie zapamiętać na przestrzeni lat. To właśnie sprawiło, że traktował go niejako proroczo, chociaż sam otwarcie gardził uznawaniem przepowiedni czy wróżb. Dotarło do niego jednak, że jest wściekły na samego siebie. Być może błędnie, być może to faktycznie była obca osoba, która przy pomocy magii i przebrania chciała zająć jego miejsce. Ale może walczył tutaj właśnie z samym sobą - z poprzednią wersją, którą był i która właśnie umierała pod butem nowszego, lepszego egzemplarza, jako karaluch?
Nie wiedział.
Czuł, jak kręgosłup mu się łamie, jak kilka par odnóży macha rozpaczliwie, a szczękoczułki (czy cokolwiek karaluchy posiadały zamiast ust) rozwierają się w niemym krzyku. To nie było przerażające - ta śmierć sama w sobie. Ból, który odczuwał, był konsekwencją jego błędu i akceptował to w pełni. Lecz sposób, w jaki ginął, był uwłaczający. Czy mogło istnieć coś gorszego?
Nie wiedział.
Wiedział tylko, że boli go głowa. Nigdy nie miał kaca, ale bywał poważnie chory: to odczucie było podobne. Przeszywający, rozdzierający ból zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz. Pulsujący i kłujący, tak wyraźny a jednocześnie nie do zlokalizowania, że ogarniał całą czaszkę, nie tylko skronie czy zatoki. Zaciskał więc dłonie, leżąc na ziemi, a pięści przycisnął do skroni. Bolało tak bardzo, że gdyby ktoś teraz zaproponował, że mu ten łeb urwie: poważnie by się zastanowił nad przyjęciem oferty. Dojście do siebie zajęło mu zdecydowanie dłużej, niż powinno. W końcu umarł, chociaż to nie był on. To był robal, wstrętny i utożsamiany z brudem, którego nienawidził. Jeżeli dało się go nienawidzić jeszcze bardziej, to chyba w tej chwili jego nienawiść osiągnęła apogeum. W głowie pulsował nie tylko ból, ale i słowa ojca. Jesteś żałosny. Cóż... Może i był - wtedy. Ale jakimś cudem przeżył. Czy to wszystko działo się naprawdę, czy to może była iluzja? Jeżeli to była iluzja, była cholernie idealna, aż do porzygu. Bolały go plecy w miejscu, gdzie wielki but nadepnął na pancerzyk. Ale to były plecy: jego własne, teraz skulone, bo tak właśnie było: kulił się na ziemi, ściskając dłońmi skronie. Niezwykle powoli dochodził do siebie - gdy rozchylił powieki, poczuł oślepiający ból. Jeszcze nie do końca był w stanie odczuwać własne ciało, nie ruszał się więc z przyjemnie zimnej posadzki. Chciał poczuć, że znowu jest sobą. Chciał poczuć na ciele miękki materiał i szatę w kolorze otchłani. Chciał się upewnić, że jego dłonie dotykają nie skroni, a maski. A może wciąż jego drugie ja miało jego ciuchy?
Edycja za zgodą MG
Nie wiedział.
Czuł, jak kręgosłup mu się łamie, jak kilka par odnóży macha rozpaczliwie, a szczękoczułki (czy cokolwiek karaluchy posiadały zamiast ust) rozwierają się w niemym krzyku. To nie było przerażające - ta śmierć sama w sobie. Ból, który odczuwał, był konsekwencją jego błędu i akceptował to w pełni. Lecz sposób, w jaki ginął, był uwłaczający. Czy mogło istnieć coś gorszego?
Nie wiedział.
Wiedział tylko, że boli go głowa. Nigdy nie miał kaca, ale bywał poważnie chory: to odczucie było podobne. Przeszywający, rozdzierający ból zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz. Pulsujący i kłujący, tak wyraźny a jednocześnie nie do zlokalizowania, że ogarniał całą czaszkę, nie tylko skronie czy zatoki. Zaciskał więc dłonie, leżąc na ziemi, a pięści przycisnął do skroni. Bolało tak bardzo, że gdyby ktoś teraz zaproponował, że mu ten łeb urwie: poważnie by się zastanowił nad przyjęciem oferty. Dojście do siebie zajęło mu zdecydowanie dłużej, niż powinno. W końcu umarł, chociaż to nie był on. To był robal, wstrętny i utożsamiany z brudem, którego nienawidził. Jeżeli dało się go nienawidzić jeszcze bardziej, to chyba w tej chwili jego nienawiść osiągnęła apogeum. W głowie pulsował nie tylko ból, ale i słowa ojca. Jesteś żałosny. Cóż... Może i był - wtedy. Ale jakimś cudem przeżył. Czy to wszystko działo się naprawdę, czy to może była iluzja? Jeżeli to była iluzja, była cholernie idealna, aż do porzygu. Bolały go plecy w miejscu, gdzie wielki but nadepnął na pancerzyk. Ale to były plecy: jego własne, teraz skulone, bo tak właśnie było: kulił się na ziemi, ściskając dłońmi skronie. Niezwykle powoli dochodził do siebie - gdy rozchylił powieki, poczuł oślepiający ból. Jeszcze nie do końca był w stanie odczuwać własne ciało, nie ruszał się więc z przyjemnie zimnej posadzki. Chciał poczuć, że znowu jest sobą. Chciał poczuć na ciele miękki materiał i szatę w kolorze otchłani. Chciał się upewnić, że jego dłonie dotykają nie skroni, a maski. A może wciąż jego drugie ja miało jego ciuchy?
Edycja za zgodą MG