12.11.2024, 13:09 ✶
Wszystko, co powinno być klarowne teraz pogrążyło się w mroku wirującej ciemności. Ambroise miał wrażenie, że spada. Raz po raz gwałtownie drgając i jęcząc z bólu, gdy jego ciało krzyczało w proteście przeciwko każdemu ruchowi - oczekiwanemu i planowanemu, nieprzewidzianemu i instynktownemu: to nie było istotne. Wszystko i tak ogarniała czerwień bólu.
Ciemne, jeszcze ciemiejsze od otoczenia plamy raz po raz falowały mu przed oczami. Tak właściwie to cały świat wirował. Wszystko dookoła było rozmyte i zamazane. Kłęby pary wypełniały pomieszczenie w pomieszczeniu. Było ciasno. W jednej chwili kojarzyło mu się to z bezpieczeństwem. W kolejnej z duchotą, ciasnotą i trumną.
Nie chciał tak tego kończyć. Nie chciał umierać z powodu czegoś, co nigdy nie powinno się wydarzyć. Szczególnie nie w ten sposób, bo choć nie był sam, czuł kojący dotyk na policzku, to właśnie - nie był sam. Od wielu lat nie chodziło wyłącznie o niego. Starał się pilnować, być rozsądniejszym i bardziej przezornym, bo miał kogoś, do kogo należy wracać.
Układali sobie życie a teraz nagle on znalazł się na pograniczu śmierci, bardzo wyraźnie zauważając cienką warstwę Zasłony między światami. Miał wrażenie, że między kroplami spadającego deszczu słyszy szepty i przytłumione, wibrujące głosy. A gdy został sam w łazience...
...to czy tak naprawdę został sam? Miał wrażenie, że towarzyszą mu cienie ciemniejsze od zwykłej ciemności. Rozmyte figury. Postaci z najczystszego mroku. Nie, może nie mroku. Z braku światła - to określenie pasowało znacznie lepiej, bo nie czuł od nich lodowatego powiewu grozy. Jedynie tchnienie widmowego zimna wnikające pod jego skórę i naznaczające ciało dreszczem.
Próbował odnaleźć w sobie siłę płynącą z wrażenia, że udało mu się wrócić do domu, spełnił chociaż część danej obietnicy, ale jednocześnie miał wrażenie, że wcale nie był tu przy Geraldine. Fizycznie tak - wyczuwał jej dotyk, gdy do niego wróciła. Opierał się o nią w próbie kurczowego przytrzymania się ciepła i światła, które od niej biło.
Wewnątrz mózgu był mile stąd. W zupełnie innym świecie. Walczył w nim ze swoją słabością i z demonami, które kurczowo się go trzymały. Próbowały ściągnąć go w dół ku skutej lodem ziemi. Niemalże mógł poczuć smród ziemistej wilgoci w nozdrzach. Próbował im się wyrwać, próbował wrócić w miękkość, jasność, zachłysnąć się znajomym zapachem, zostać przy nim. Zostać przy ukochanej.
Nawet nie zdążył przeprosić. Nie mógł cofnąć pochopnie wypowiedzianych słów, ale powinien powiedzieć, że ich żałuje. Nigdy nie powinien dać się ponieść tamtym emocjom. Nie powinien wychodzić z domu bez dania jej do zrozumienia, że może się rozzłościł, nie - może się wkurwił, ale kurewsko ją kochał. Była dla niego wszystkim. Nie chciał tego zniszczyć.
Nie myślał, że może to wszystko tak łatwo popsuć. Tak właściwie to chyba wcale nie myślał. Nie pomyślał o konsekwencjach a teraz oboje je ponosili. Próbował odnaleźć w sobie siłę, żeby przeprosić, ale z jego ust wydostało się tylko to jedno wątłe słowo brzmiące jak pożegnanie. Nawet w jego własnym umyśle.
A on wcale nie chciał się żegnać. Mieli przed sobą długą przyszłość. Wspólne życie. Lata obok siebie. Dziesiątki małych sporów, setki chwil, w których mogli je zażegnać, lgnąc do siebie i pogrążając się w sobie nawzajem. Nie powinien dać się ponieść tamtym reakcjom. Nie mógł ich cofnąć, ale nie powinien.
O cokolwiek poszło, a teraz żałośnie nawet nie pamiętał o co, to nie mogło być tak ważne. Nie ważniejsze od tego, że powinni trwać obok siebie, nie stawać przeciwko sobie. Razem byli silniejsi, bez siebie? Nie chciał tego sprawdzać. Nie chciał, żeby ona także była do tego zmuszona.
Samotna splątana myśl przeleciała przez głowę Greengrassa odnajdując się w chaosie splątanych wątków. Mimowolnie rozszerzył powieki reagując na nią głębszym oddechem i złapaniem Riny za nadgarstek dłoni gładzącej jego policzek. To był jak obuch w głowę. Jeśli tamte słowo, które wypowiedział, chrapliwe kocham brzmiało jak pożegnanie to czym były te kolejne słowa?
Zebrał w sobie wszystko, żeby wydostały się z jego ust. Mimo zanoszenia się kaszlem i tego całego otępienia. Pomimo odpływania w mrok.
- Obiecałaś - nie musiał mówić, co ma na myśli, włożył w to całą tę desperację wynikającą z nagłego porywu świadomości, jak może skończyć się ta noc. - Obiecaj... ...proszę - zacharczał, wrażenie duszności sprawiało, że momentami świat wokół niego zacierał się jeszcze bardziej, ale spróbował przytrzymać się przytomności i nie odpłynąć, bo musiał to usłyszeć.
W tej chwili nie myślał o tym, co będzie, gdy uda mu się stanąć na nogi. O wzięciu odwetu. O tym, co się stało. Miał wrażenie, że im bardziej próbuje się skupić, tym trudniej mu jest odzyskać przytomność. Utrzymywał się na granicy życia i śmierci, walczył z każdym kolejnym oddechem, tracąc go, gdy przekraczał linię rzeczywistości a potem ponownie odzyskując wraz z falami wszechogarniającego bólu. Wtedy wiedział, że jest przytomny.
Gdy bolało - był tutaj, gdy jego ciało było przyjemnie otępione - znajdował się tam. W miejscu, które go przyciągało, ale nie powinien w nim być. Przypominał sobie obrazy, których nie był pewny. Pojawiające się i znikające w mrocznych zakamarkach pamięci. Były rzeczywiste a jednocześnie nierealne.
- Nie tak... ...mnie powinnaś... ...ciągnąć... ...do łóżka - niemalże błysnęły mu oczy, spróbował zabrzmieć bardziej hardo niż w rzeczywistości, może nawet błysnąć zębami w uśmiechu. - D'accord, możesz mnie... ...trochę... ...zdominować - no cóż, pewne priorytety były istotniejsze od innych, szczególnie że zaraz potem zaniósł się kolejną falą kaszlu, wymamrotał coś niedokładnego pod nosem (choć bez wątpienia znowu zadrżały mu kąciki ust) i osunął się w niebyt.
Kiedy znowu zamrugał półprzytomnie, bardzo powoli poruszył głową. Szukał wzrokiem oczu Geraldine, licząc na chociażby cień odpowiedzi na pytania, które dręczyły go w jego głowie, ale nigdy nie wydostały się z ust.
Na jej barkach spoczywała cała odpowiedzialność. To mu nie pasowało. Sprawiało, że czuł się naprawdę żałośnie. Szczególnie wtedy, kiedy udało im się stanąć na nogi (tak właściwie to jemu, ona nigdy nie miała z tym problemu) niemalże wywracając się o próg prysznica.
Zatoczył się, a gdy to się stało, instynktownie uderzył się dłonią w klatkę piersiową, chcąc przyłożyć sobie rękę do piersi wypełnionej rwącym bólem a tylko znowu zanosząc się kaszlem. Splunął nagromadzoną krwią do umywalki, pozbywając się części skrzepów z płuc i pociągając stopami po podłodze, gdy już był w stanie ruszyć dalej.
Zmuszony do działania, dotoczył się niemal do samego końca. Wystarczyło, że w dalszym ciągu skorzystałby z pomocy, bez której najpewniej nigdy nie dotarłby poza próg łazienki a może nawet nie opuściłby prysznica. Jego ciało odmówiło tej współpracy. Zwalił się na pościel, znowu pogrążając się w majakach.
Nie oponował przed niczym, co Geraldine z nim robiła. Przez większość czasu nie był w stanie uświadomić sobie, gdzie jest i co się dzieje. Był tu i tam, tam i tu.
Próbował unieść głowę, ale mięśnie wciąż były jak z ołowiu. W dalszym ciągu łupało mu w czaszce, choć trochę mniej. Myśli były łatwiejsze. Wraz z upływem sekund, minut, godzin, dni?... ...było jakby trochę łatwiej. Wciąż trudno, ale musiał się postarać, zawalczyć ze sobą i wyrwać się z tego stanu.
Obiecał, że wróci. Nie, że pojawi się tylko fizycznie, wyłącznie po to, żeby przynieść ze sobą ból i cierpienie a potem odpłynąć w niebyt jak cholerny tchórz. Jak ktoś, kto jej nie kochał a wyłącznie chciał zagarnąć dla siebie jej miłość w ostatnich chwilach na ziemskim padole. Nie planował go opuszczać, nie w taki sposób.
- To... ...co mi podałaś - wymamrotał do Geraldine nawet nie próbując otworzyć oczu, ale mając wrażenie, że wyczuwa jej obecność swoimi przytłumionymi, lecz jednocześnie jakby wyostrzonymi zmysłami. - Ile dawek? - Potrzebował to wiedzieć, żeby szybko (jasne) przekalkulować w głowie to jak powinno wyglądać pokłosie przyjęcia eliksiru.
Czuł, że te ilości nie były wystarczające. Przypomniał sobie, że mówiła, że powinien przyjąć lekarstwa, które miały ulżyć mu w cierpieniu, ale dawki wymknęły mu się z pamięci.
Podobnie jak niemal wszystkie obrazy z przeszłości. To jak znalazł się w domu i w łóżku. Czuł pościel pod palcami, poduszkę pod głową, znajomy zapach sypialni i środków do prania tkanin.
Mimo to w głowie Greengrassa panował chaotyczny bałagan. Początkowe fragmenty bólu przenikały przez zasłonę rzeczywistości - mgliście pamiętał, gdy jeszcze wszystko nie bolało i ten moment, gdy zaczęło. Zamazane cienie wspomnień zlewały się z wszechogarniającym bólem. Musiał myśleć, odezwać się pomimo zaciśniętego gardła.
W tym momencie stało się wymownie jasne, że postąpili nie tyle nierozważnie, co nieprzezornie. Byli obok siebie wiele lat a Ambroise nigdy nie pomyślał o tym, żeby pokazać ukochanej to, co powinna wiedzieć na wypadek podobnych okoliczności.
Zawsze był w stanie sam się zabandażować i wypić to, czego potrzebował, a nawet jeśli nie to przynajmniej był na tyle przytomny i świadomy, żeby móc prosić o konkretne wsparcie. Nie miał problemu z wydawaniem poleceń, nawet jeśli starał się, żeby to było instruowanie, nie niezręczne ganianie Yaxleyówny z miejsca na miejsce, od szafki do szafki, jakby była jego nietomnym stażystą. Usiłował być przystępny.
Co prawda zawsze wtedy stawał się znacznie bardziej ostry i oficjalny, poniekąd stając się uzdrowicielskim dyktatorem, bo mimowolnie wracał do znanych mu schematów nakręcanych przez poczucie własnej słabości, z której przyjęciem zawsze miał cholerny problem. Natomiast usiłował, aby to było do przełknięcia.
W przeciwieństwie do eliksirów, ale te po prostu muszą być paskudne. Nieważne, czego by się do nich dodało, mało która substancja była w stanie zmienić swój smak tak, żeby być przyjemna do picia. Nawet, kiedy pierwszy posmak był względnie neutralny to zawsze gdzieś na koniec pojawiał się cios w kubki smakowe. Szczególnie wtedy, kiedy eliksir zaczynał działać.
Ambroise teraz nie czuł tego charakterystycznego mrowienia w gardle i goryczy na języku. Czuł głównie metaliczny posmak własnej krwi i gęstość odkrztuszanej krwawej flegmy z obitych płuc.
- Dwie... ...albo trzy... ...mniej nie zadziała... ...dostatecznie - potrzebował robić przerwy po chrapliwych i zdyszanych słowach, mówiąc cicho i powoli, jednak starając się zachować władzę nad łamiącym się głosem. - Jestem... ...wprawiony... ...pamiętasz? - Bardzo nieznacznie poruszył kącikami ust, unosząc je leciutko, choć zaraz znów zacharczał, zanosząc się kaszlem i, jeśli to w ogóle było możliwe, bardziej zapadając się w poduszkę.
Bez wątpienia to było naprawdę ładne, wyjątkowo łaskawe słowo na to, że po prostu wyrobił sobie cholernie mocną odporność na wszelkie środki przeciwbólowe i inne eliksiry częstokroć wypijane przez niego w ilościach hurtowych, gdy nie mógł sobie pozwolić na zbyt długą słabość.
Miał mocną głowę do alkoholu, ale jeszcze mocniejszą do substancji, które innych ludzi najpewniej dawno by przytruły. Nie bez powodu mówiło się, że to dawka czyni truciznę. Czyż nie? U Greengrassa wszelkie normy dawkowań były znacznie przesunięte. Rozjechały się już całe lata temu, niedługo po Hogwarcie.
Rzecz jasna nie było to coś, o czym informował każdego. Zazwyczaj był w stanie sam się postawić na nogi, ale w tym wypadku musiał polegać na swojej ukochanej. Tym bardziej, że nie wyobrażał sobie, aby zabrała go teraz do Munga albo wezwała... ...cóż, tak naprawdę kogokolwiek.
To nie tak, że nie ufał jej drugiej medyczce. Jeśli dało się tak powiedzieć o ich zawodowej relacji ze szpitala: lubił Florence. Natomiast w żadnym wypadku nie chciałby, żeby kobieta angażowała się w całą sprawę, bo to, co w Mungu pozostawało w Mungu a to, co było poza szpitalem, powinno pozostać... ...właśnie tak, poza szpitalem.
Nie bez powodu zabezpieczył się na konieczność posiadania w domu praktycznie wszystkiego, co mogło być niezbędne do podźwignięcia się na nogi i myślenia o dalszych krokach. Wcześniej, gdy jeszcze był sam, wyrobił sobie pewne nawyki.
Teraz osłabł, ledwo co kontaktował. Czuł wszechogarniającą go słabość, ale pozwolił sobie na to, bo ufał Rinie. Nie próbował wyrywać się z łóżka, choć wielokrotnie wcześniej był do tego zmuszony, więc podskórnie wiedział, że jakoś dałby radę.
Nie musiał tego robić. Za to musiał spróbować wycisnąć z siebie jak najwięcej logicznych słów, ignorując wirujący sufit i wrażenie, że zaraz albo odpłynie, albo zwymiotuje od kręcącego się wszechświata. Łóżko twardo stało, ale Ambroise czuł się, jakby cały czas pod nim falowało. Musiał trzymać oczy zamknięte, bo inaczej czuł się jak na rozkołysanym statku w samym sercu sztormu.
Odchrząknął, podejmując przerwany temat. W dalszym ciągu nie wiedział czy nie mówi w eter. Wydawało mu się, że nie.
Próbował otworzyć oczy, ale światło zdawało się być zbyt palące. Obawiał się, że wypali mu oczy a sufit znowu zacznie się kręcić.
Ciemne, jeszcze ciemiejsze od otoczenia plamy raz po raz falowały mu przed oczami. Tak właściwie to cały świat wirował. Wszystko dookoła było rozmyte i zamazane. Kłęby pary wypełniały pomieszczenie w pomieszczeniu. Było ciasno. W jednej chwili kojarzyło mu się to z bezpieczeństwem. W kolejnej z duchotą, ciasnotą i trumną.
Nie chciał tak tego kończyć. Nie chciał umierać z powodu czegoś, co nigdy nie powinno się wydarzyć. Szczególnie nie w ten sposób, bo choć nie był sam, czuł kojący dotyk na policzku, to właśnie - nie był sam. Od wielu lat nie chodziło wyłącznie o niego. Starał się pilnować, być rozsądniejszym i bardziej przezornym, bo miał kogoś, do kogo należy wracać.
Układali sobie życie a teraz nagle on znalazł się na pograniczu śmierci, bardzo wyraźnie zauważając cienką warstwę Zasłony między światami. Miał wrażenie, że między kroplami spadającego deszczu słyszy szepty i przytłumione, wibrujące głosy. A gdy został sam w łazience...
...to czy tak naprawdę został sam? Miał wrażenie, że towarzyszą mu cienie ciemniejsze od zwykłej ciemności. Rozmyte figury. Postaci z najczystszego mroku. Nie, może nie mroku. Z braku światła - to określenie pasowało znacznie lepiej, bo nie czuł od nich lodowatego powiewu grozy. Jedynie tchnienie widmowego zimna wnikające pod jego skórę i naznaczające ciało dreszczem.
Próbował odnaleźć w sobie siłę płynącą z wrażenia, że udało mu się wrócić do domu, spełnił chociaż część danej obietnicy, ale jednocześnie miał wrażenie, że wcale nie był tu przy Geraldine. Fizycznie tak - wyczuwał jej dotyk, gdy do niego wróciła. Opierał się o nią w próbie kurczowego przytrzymania się ciepła i światła, które od niej biło.
Wewnątrz mózgu był mile stąd. W zupełnie innym świecie. Walczył w nim ze swoją słabością i z demonami, które kurczowo się go trzymały. Próbowały ściągnąć go w dół ku skutej lodem ziemi. Niemalże mógł poczuć smród ziemistej wilgoci w nozdrzach. Próbował im się wyrwać, próbował wrócić w miękkość, jasność, zachłysnąć się znajomym zapachem, zostać przy nim. Zostać przy ukochanej.
Nawet nie zdążył przeprosić. Nie mógł cofnąć pochopnie wypowiedzianych słów, ale powinien powiedzieć, że ich żałuje. Nigdy nie powinien dać się ponieść tamtym emocjom. Nie powinien wychodzić z domu bez dania jej do zrozumienia, że może się rozzłościł, nie - może się wkurwił, ale kurewsko ją kochał. Była dla niego wszystkim. Nie chciał tego zniszczyć.
Nie myślał, że może to wszystko tak łatwo popsuć. Tak właściwie to chyba wcale nie myślał. Nie pomyślał o konsekwencjach a teraz oboje je ponosili. Próbował odnaleźć w sobie siłę, żeby przeprosić, ale z jego ust wydostało się tylko to jedno wątłe słowo brzmiące jak pożegnanie. Nawet w jego własnym umyśle.
A on wcale nie chciał się żegnać. Mieli przed sobą długą przyszłość. Wspólne życie. Lata obok siebie. Dziesiątki małych sporów, setki chwil, w których mogli je zażegnać, lgnąc do siebie i pogrążając się w sobie nawzajem. Nie powinien dać się ponieść tamtym reakcjom. Nie mógł ich cofnąć, ale nie powinien.
O cokolwiek poszło, a teraz żałośnie nawet nie pamiętał o co, to nie mogło być tak ważne. Nie ważniejsze od tego, że powinni trwać obok siebie, nie stawać przeciwko sobie. Razem byli silniejsi, bez siebie? Nie chciał tego sprawdzać. Nie chciał, żeby ona także była do tego zmuszona.
Samotna splątana myśl przeleciała przez głowę Greengrassa odnajdując się w chaosie splątanych wątków. Mimowolnie rozszerzył powieki reagując na nią głębszym oddechem i złapaniem Riny za nadgarstek dłoni gładzącej jego policzek. To był jak obuch w głowę. Jeśli tamte słowo, które wypowiedział, chrapliwe kocham brzmiało jak pożegnanie to czym były te kolejne słowa?
Zebrał w sobie wszystko, żeby wydostały się z jego ust. Mimo zanoszenia się kaszlem i tego całego otępienia. Pomimo odpływania w mrok.
- Obiecałaś - nie musiał mówić, co ma na myśli, włożył w to całą tę desperację wynikającą z nagłego porywu świadomości, jak może skończyć się ta noc. - Obiecaj... ...proszę - zacharczał, wrażenie duszności sprawiało, że momentami świat wokół niego zacierał się jeszcze bardziej, ale spróbował przytrzymać się przytomności i nie odpłynąć, bo musiał to usłyszeć.
W tej chwili nie myślał o tym, co będzie, gdy uda mu się stanąć na nogi. O wzięciu odwetu. O tym, co się stało. Miał wrażenie, że im bardziej próbuje się skupić, tym trudniej mu jest odzyskać przytomność. Utrzymywał się na granicy życia i śmierci, walczył z każdym kolejnym oddechem, tracąc go, gdy przekraczał linię rzeczywistości a potem ponownie odzyskując wraz z falami wszechogarniającego bólu. Wtedy wiedział, że jest przytomny.
Gdy bolało - był tutaj, gdy jego ciało było przyjemnie otępione - znajdował się tam. W miejscu, które go przyciągało, ale nie powinien w nim być. Przypominał sobie obrazy, których nie był pewny. Pojawiające się i znikające w mrocznych zakamarkach pamięci. Były rzeczywiste a jednocześnie nierealne.
- Nie tak... ...mnie powinnaś... ...ciągnąć... ...do łóżka - niemalże błysnęły mu oczy, spróbował zabrzmieć bardziej hardo niż w rzeczywistości, może nawet błysnąć zębami w uśmiechu. - D'accord, możesz mnie... ...trochę... ...zdominować - no cóż, pewne priorytety były istotniejsze od innych, szczególnie że zaraz potem zaniósł się kolejną falą kaszlu, wymamrotał coś niedokładnego pod nosem (choć bez wątpienia znowu zadrżały mu kąciki ust) i osunął się w niebyt.
Kiedy znowu zamrugał półprzytomnie, bardzo powoli poruszył głową. Szukał wzrokiem oczu Geraldine, licząc na chociażby cień odpowiedzi na pytania, które dręczyły go w jego głowie, ale nigdy nie wydostały się z ust.
Na jej barkach spoczywała cała odpowiedzialność. To mu nie pasowało. Sprawiało, że czuł się naprawdę żałośnie. Szczególnie wtedy, kiedy udało im się stanąć na nogi (tak właściwie to jemu, ona nigdy nie miała z tym problemu) niemalże wywracając się o próg prysznica.
Zatoczył się, a gdy to się stało, instynktownie uderzył się dłonią w klatkę piersiową, chcąc przyłożyć sobie rękę do piersi wypełnionej rwącym bólem a tylko znowu zanosząc się kaszlem. Splunął nagromadzoną krwią do umywalki, pozbywając się części skrzepów z płuc i pociągając stopami po podłodze, gdy już był w stanie ruszyć dalej.
Zmuszony do działania, dotoczył się niemal do samego końca. Wystarczyło, że w dalszym ciągu skorzystałby z pomocy, bez której najpewniej nigdy nie dotarłby poza próg łazienki a może nawet nie opuściłby prysznica. Jego ciało odmówiło tej współpracy. Zwalił się na pościel, znowu pogrążając się w majakach.
Nie oponował przed niczym, co Geraldine z nim robiła. Przez większość czasu nie był w stanie uświadomić sobie, gdzie jest i co się dzieje. Był tu i tam, tam i tu.
Próbował unieść głowę, ale mięśnie wciąż były jak z ołowiu. W dalszym ciągu łupało mu w czaszce, choć trochę mniej. Myśli były łatwiejsze. Wraz z upływem sekund, minut, godzin, dni?... ...było jakby trochę łatwiej. Wciąż trudno, ale musiał się postarać, zawalczyć ze sobą i wyrwać się z tego stanu.
Obiecał, że wróci. Nie, że pojawi się tylko fizycznie, wyłącznie po to, żeby przynieść ze sobą ból i cierpienie a potem odpłynąć w niebyt jak cholerny tchórz. Jak ktoś, kto jej nie kochał a wyłącznie chciał zagarnąć dla siebie jej miłość w ostatnich chwilach na ziemskim padole. Nie planował go opuszczać, nie w taki sposób.
- To... ...co mi podałaś - wymamrotał do Geraldine nawet nie próbując otworzyć oczu, ale mając wrażenie, że wyczuwa jej obecność swoimi przytłumionymi, lecz jednocześnie jakby wyostrzonymi zmysłami. - Ile dawek? - Potrzebował to wiedzieć, żeby szybko (jasne) przekalkulować w głowie to jak powinno wyglądać pokłosie przyjęcia eliksiru.
Czuł, że te ilości nie były wystarczające. Przypomniał sobie, że mówiła, że powinien przyjąć lekarstwa, które miały ulżyć mu w cierpieniu, ale dawki wymknęły mu się z pamięci.
Podobnie jak niemal wszystkie obrazy z przeszłości. To jak znalazł się w domu i w łóżku. Czuł pościel pod palcami, poduszkę pod głową, znajomy zapach sypialni i środków do prania tkanin.
Mimo to w głowie Greengrassa panował chaotyczny bałagan. Początkowe fragmenty bólu przenikały przez zasłonę rzeczywistości - mgliście pamiętał, gdy jeszcze wszystko nie bolało i ten moment, gdy zaczęło. Zamazane cienie wspomnień zlewały się z wszechogarniającym bólem. Musiał myśleć, odezwać się pomimo zaciśniętego gardła.
W tym momencie stało się wymownie jasne, że postąpili nie tyle nierozważnie, co nieprzezornie. Byli obok siebie wiele lat a Ambroise nigdy nie pomyślał o tym, żeby pokazać ukochanej to, co powinna wiedzieć na wypadek podobnych okoliczności.
Zawsze był w stanie sam się zabandażować i wypić to, czego potrzebował, a nawet jeśli nie to przynajmniej był na tyle przytomny i świadomy, żeby móc prosić o konkretne wsparcie. Nie miał problemu z wydawaniem poleceń, nawet jeśli starał się, żeby to było instruowanie, nie niezręczne ganianie Yaxleyówny z miejsca na miejsce, od szafki do szafki, jakby była jego nietomnym stażystą. Usiłował być przystępny.
Co prawda zawsze wtedy stawał się znacznie bardziej ostry i oficjalny, poniekąd stając się uzdrowicielskim dyktatorem, bo mimowolnie wracał do znanych mu schematów nakręcanych przez poczucie własnej słabości, z której przyjęciem zawsze miał cholerny problem. Natomiast usiłował, aby to było do przełknięcia.
W przeciwieństwie do eliksirów, ale te po prostu muszą być paskudne. Nieważne, czego by się do nich dodało, mało która substancja była w stanie zmienić swój smak tak, żeby być przyjemna do picia. Nawet, kiedy pierwszy posmak był względnie neutralny to zawsze gdzieś na koniec pojawiał się cios w kubki smakowe. Szczególnie wtedy, kiedy eliksir zaczynał działać.
Ambroise teraz nie czuł tego charakterystycznego mrowienia w gardle i goryczy na języku. Czuł głównie metaliczny posmak własnej krwi i gęstość odkrztuszanej krwawej flegmy z obitych płuc.
- Dwie... ...albo trzy... ...mniej nie zadziała... ...dostatecznie - potrzebował robić przerwy po chrapliwych i zdyszanych słowach, mówiąc cicho i powoli, jednak starając się zachować władzę nad łamiącym się głosem. - Jestem... ...wprawiony... ...pamiętasz? - Bardzo nieznacznie poruszył kącikami ust, unosząc je leciutko, choć zaraz znów zacharczał, zanosząc się kaszlem i, jeśli to w ogóle było możliwe, bardziej zapadając się w poduszkę.
Bez wątpienia to było naprawdę ładne, wyjątkowo łaskawe słowo na to, że po prostu wyrobił sobie cholernie mocną odporność na wszelkie środki przeciwbólowe i inne eliksiry częstokroć wypijane przez niego w ilościach hurtowych, gdy nie mógł sobie pozwolić na zbyt długą słabość.
Miał mocną głowę do alkoholu, ale jeszcze mocniejszą do substancji, które innych ludzi najpewniej dawno by przytruły. Nie bez powodu mówiło się, że to dawka czyni truciznę. Czyż nie? U Greengrassa wszelkie normy dawkowań były znacznie przesunięte. Rozjechały się już całe lata temu, niedługo po Hogwarcie.
Rzecz jasna nie było to coś, o czym informował każdego. Zazwyczaj był w stanie sam się postawić na nogi, ale w tym wypadku musiał polegać na swojej ukochanej. Tym bardziej, że nie wyobrażał sobie, aby zabrała go teraz do Munga albo wezwała... ...cóż, tak naprawdę kogokolwiek.
To nie tak, że nie ufał jej drugiej medyczce. Jeśli dało się tak powiedzieć o ich zawodowej relacji ze szpitala: lubił Florence. Natomiast w żadnym wypadku nie chciałby, żeby kobieta angażowała się w całą sprawę, bo to, co w Mungu pozostawało w Mungu a to, co było poza szpitalem, powinno pozostać... ...właśnie tak, poza szpitalem.
Nie bez powodu zabezpieczył się na konieczność posiadania w domu praktycznie wszystkiego, co mogło być niezbędne do podźwignięcia się na nogi i myślenia o dalszych krokach. Wcześniej, gdy jeszcze był sam, wyrobił sobie pewne nawyki.
Teraz osłabł, ledwo co kontaktował. Czuł wszechogarniającą go słabość, ale pozwolił sobie na to, bo ufał Rinie. Nie próbował wyrywać się z łóżka, choć wielokrotnie wcześniej był do tego zmuszony, więc podskórnie wiedział, że jakoś dałby radę.
Nie musiał tego robić. Za to musiał spróbować wycisnąć z siebie jak najwięcej logicznych słów, ignorując wirujący sufit i wrażenie, że zaraz albo odpłynie, albo zwymiotuje od kręcącego się wszechświata. Łóżko twardo stało, ale Ambroise czuł się, jakby cały czas pod nim falowało. Musiał trzymać oczy zamknięte, bo inaczej czuł się jak na rozkołysanym statku w samym sercu sztormu.
Odchrząknął, podejmując przerwany temat. W dalszym ciągu nie wiedział czy nie mówi w eter. Wydawało mu się, że nie.
Próbował otworzyć oczy, ale światło zdawało się być zbyt palące. Obawiał się, że wypali mu oczy a sufit znowu zacznie się kręcić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down