12.11.2024, 14:25 ✶
Dla Mackenzie babranie się w ziemi było swojego rodzaju wytchnieniem. Nie takim, jak latanie na miotle – ale rośliny były proste, jeśli wiedziałeś jak się z nimi obchodzić. A te chwile w dzieciństwie, kiedy matka uczyła ją przesadzania, pielenia i pielęgnacji ziół w ogródku w domku w Hogsmeade, były chyba jedynymi szczęśliwymi momentami jej młodości. Nie brzydziła się nawozów, nie przeszkadzał jej brud ani słońce palące w kark.
Matka liczyła, że Mackenzie zostaje botanikiem, może twórczynią eliksirów. Że osiągnie na tym polu tak dużo, że zdobędzie uznanie rodziny. I może dlatego Greengrass w pewnym momencie zaczęła poświęcać temu coraz mniej i mniej czasu. Nie chciała być botaniczką. Chciała latać. Ale wciąż z troską pielęgnowała rośliny, nawet jeżeli tylko po to, by zdobiły jej mieszkanie.
– Nie wiem – przyznała szczerze, pokazując Avelinie by wsypała trochę ziemi do doniczki, a potem troskliwie umieściła w niej roślinę, i zasypała resztę ziemią zmieszaną z nawozem. – Nigdy nie robiłam eliksirów. Nie po szkole. Nie mam na to za bardzo czasu.
Greengrass żyła w reżimie, i to dość ostrym. Rano wstawała biegać, potem jadła śniadanie, cztery razy w tygodniu w sezonie trenowała ze swoją drużyną i przynajmniej dwa razy w miesiącu mieli miecze, wieczorem zwykle przed snem dochodziło do tego rozciąganie. Latała poza tym sama z siebie, ćwicząc nowe sztuczki, a niedawno odkryła też ze zdumieniem, że mugole mają coś takiego jak „siłownia”. I zaczęła na nią chodzić, zwykle tuż po otwarciu, byleby uniknąć kontaktu z ludźmi, których zupełnie nie rozumiała – ale to był świetny sposób na wypracowanie niektórych partii mięśni.
– Jak z kolejną partią eliksiru? – spytała. Nie poganiała, nie wyrażała rozczarowania, bo Mackenzie rzadko robiła coś takiego. – Sądzisz, że uda się zastąpić serdecznik czymś innym? Napary z melisy i waleriany są za słabe.
Olivia Greengrass zawsze denerwowała się łatwo, zwłaszcza na swoją córkę. Nie krzyczała: prawie nigdy nie krzyczała. Jej złość, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmiało, była bardzo spokojna, objawiająca się marszczeniem brwi, grymasem ust, chłodnymi słowy. I zdawała się stała, nigdy nie umykająca. Z upływem czasu nasilała się jednak, i sprawiała, że nastroje pani Greengrass stawały się coraz bardziej chwiejne, ona sama coraz mniej spała, a Mackenzie, która powinna już dawno odciąć się od niej raz na zawsze, cierpliwie znosiła wszystkie gniewne słowa i podsuwała jej kolejne napary i eliksiry, mające ułatwić zasypianie. Uczulenie na składnik najpopularniejszego eliksiru niczego jednak nie ułatwiało.
- Nie lubi ani przesuszania, ani nadmiernego nawodnienia - oświadczyła jeszcze, można by pomyśleć, że mówi o naparze albo o osobie, która miała te napary dostawać, ale nie, chodziło oczywiście o bieluń, którego doniczkę ujęła brudnymi rękoma, by ustawić ją na parapecie.
Matka liczyła, że Mackenzie zostaje botanikiem, może twórczynią eliksirów. Że osiągnie na tym polu tak dużo, że zdobędzie uznanie rodziny. I może dlatego Greengrass w pewnym momencie zaczęła poświęcać temu coraz mniej i mniej czasu. Nie chciała być botaniczką. Chciała latać. Ale wciąż z troską pielęgnowała rośliny, nawet jeżeli tylko po to, by zdobiły jej mieszkanie.
– Nie wiem – przyznała szczerze, pokazując Avelinie by wsypała trochę ziemi do doniczki, a potem troskliwie umieściła w niej roślinę, i zasypała resztę ziemią zmieszaną z nawozem. – Nigdy nie robiłam eliksirów. Nie po szkole. Nie mam na to za bardzo czasu.
Greengrass żyła w reżimie, i to dość ostrym. Rano wstawała biegać, potem jadła śniadanie, cztery razy w tygodniu w sezonie trenowała ze swoją drużyną i przynajmniej dwa razy w miesiącu mieli miecze, wieczorem zwykle przed snem dochodziło do tego rozciąganie. Latała poza tym sama z siebie, ćwicząc nowe sztuczki, a niedawno odkryła też ze zdumieniem, że mugole mają coś takiego jak „siłownia”. I zaczęła na nią chodzić, zwykle tuż po otwarciu, byleby uniknąć kontaktu z ludźmi, których zupełnie nie rozumiała – ale to był świetny sposób na wypracowanie niektórych partii mięśni.
– Jak z kolejną partią eliksiru? – spytała. Nie poganiała, nie wyrażała rozczarowania, bo Mackenzie rzadko robiła coś takiego. – Sądzisz, że uda się zastąpić serdecznik czymś innym? Napary z melisy i waleriany są za słabe.
Olivia Greengrass zawsze denerwowała się łatwo, zwłaszcza na swoją córkę. Nie krzyczała: prawie nigdy nie krzyczała. Jej złość, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmiało, była bardzo spokojna, objawiająca się marszczeniem brwi, grymasem ust, chłodnymi słowy. I zdawała się stała, nigdy nie umykająca. Z upływem czasu nasilała się jednak, i sprawiała, że nastroje pani Greengrass stawały się coraz bardziej chwiejne, ona sama coraz mniej spała, a Mackenzie, która powinna już dawno odciąć się od niej raz na zawsze, cierpliwie znosiła wszystkie gniewne słowa i podsuwała jej kolejne napary i eliksiry, mające ułatwić zasypianie. Uczulenie na składnik najpopularniejszego eliksiru niczego jednak nie ułatwiało.
- Nie lubi ani przesuszania, ani nadmiernego nawodnienia - oświadczyła jeszcze, można by pomyśleć, że mówi o naparze albo o osobie, która miała te napary dostawać, ale nie, chodziło oczywiście o bieluń, którego doniczkę ujęła brudnymi rękoma, by ustawić ją na parapecie.