12.11.2024, 23:03 ✶
Chociaż Lorien poświęcała niemal całą uwagę szanownemu panu goblinowi, to mimo wszystko jej wzrok lekko uciekał w stronę Lestrange’a i gabloty z Azkabanem. Nie podejrzewała go o dziecinną próbę uwolnienia tych chochlików z piekła rodem, więc bez słowa pozwoliła mu się przyglądać makiecie ile tylko chciał. Pomimo upływu lat sama się zachwycała swoimi pociechami (może za wyjątkiem momentów, gdy uwieszały się jej na lokach albo chowały się w połach szaty, by niezauważone uciec z gabinetu na salę Wizengamotu i doprowadzić do stanu przedzawałowego przesłuchiwanych), a miała je na co dzień – wiedziała doskonale jak absorbujące i niemal, o ironio, rozczulające potrafiły być. W przeciwieństwie do swoich prawdziwych odpowiedników, te podlotki kradły tylko serca nie dusze.
Skrzekliwy głos sprowadził ją z powrotem na ziemię, chociaż… z każdym kolejnym oskarżeniem miała wrażenie, że śni.
Wdech. Wydech.
- Nie mogłabym się bardziej z Panem zgodzić Panie Grox.- Westchnęła.- Jak by to wyglądało, gdyby jedna rasa miała monopol na coś tak istotnego publiczne środki magicznej społeczności. To byłoby bardzo… niebezpieczne, prawda? Taka władza.- Nachyliła się nad blatem biurka. Wpiła uważne spojrzenie wręcz nienaturalnie intensywnych niebieskich oczu w oczy gorączkującej się istoty.- Takie zburzenie istniejącego porządku.- Było w jej głosie, w słowach coś wręcz niepokojącego. Jakby przez moment ta drobna sędzina rozważała wszelkie możliwe sposoby rozwiązania ich małego, gobliniego problemu. Wyciągnęła powoli dłoń, by sięgnąć po… różdżkę? Ale nie. Ostatecznie jej palce zacisnęły się na uszku filiżanki. Wreszcie upiła upragniony łyk, o zgrozo zimnej już kawy. Łagodny, wręcz okrutnie matczyny i protekcjonalny uśmiech powrócił na oblicze pani Mulciber, przyćmiewając paskudną aurę, którą zdawała się promieniować parę sekund wcześniej.- Pana głos jest słyszalny, panie Grox. Zadbam by został usłyszany przez odpowiednie osoby.- Już nawet nie kryła się z tą delikatną groźbą i jasną sugestią – czy aby na pewno dyrekcja Gringotta, sowicie opłacana za współpracę z brytyjskim rządem, będzie równie zachwycona wizją zburzenia przez jakiegoś krzykacza, wszystkiego co zostało wypracowane od czasów ostatnich wojen goblinów? Nie wiedziała kim był ten typ. Szczerze mówiąc za knut jej to nie obchodziło.
Czy był tylko małym trybikiem w ich społecznej machinie? Ziarenkiem piasku w doskonale naoliwionym systemie bankowym?
Merlin jeden wiedział z jakim trudem się kontrolowała, zwłaszcza, gdy złapała na chwilę kontakt wzrokowy z Rodolphus’em. Ale ona nie miała komfortu, żeby jawnie obśmiać siedzącego przed nią choleryka.
Gdy tylko jednak Grox na nowo zaczął podnosić głos – Mulciber natychmiast uniosła ostrzegawczo dłoń. Jasny gest i przekaz. Nie zamierzała pozwolić na siebie krzyczeć we własnym gabinecie. Cholera wie do czego gość był przyzwyczajony, ale prawo ulicy to mógł sobie zostawić za drzwiami, a drzeć się to do BUMowców, nie do niej. Przygryzła boleśnie język, żeby powstrzymać się przed ostrym „A z czego chcesz opłacić ten swój pożal się boże pozew?”
W krwioobiegu Gringotta płynęło złoto czarodziejów. Ich złoto. Ich dziedzictwo. Zbyt wiele goblinów zdawało się o tym zapominać.
Nie podnosiła się z krzesła, choć jak dla niej rozmowa była już zakończona.
Zamiast tego, z opanowaniem niewartym zachowania wobec tak żałosnej istoty jaką miała przed sobą, przesunęła po blacie stołu niewielką wizytówkę. Na ozdobnym papierze złotym tuszem zapisano nazwę kancelarii prawnej niejakiej Philomeny Mulciber. Odwieczna, piękna magia spychologii problemu.
Każdy konserwatywny czarodziej, który potrafił czytać i choć trochę interesował się polityką czarodziejów, wiedział, że Lorien wpycha nieszczęsnego Grox’a na minę. To nie była kancelaria dla niego. To nie byli czarodzieje, którzy mogli mu jakkolwiek pomóc w rozwiązaniu swojego urojonego problemu. A jednak, robiła to z tym samym wyuczonym, zakłamanym uśmiechem.
- Pański problem wykracza poza mój zakres kompetencji.- Powiedziała, dokładając wszelkich starań by w jej głosie zabrzmiała ta smutna, współczująca nuta.
Jestem tu. Rozumiem powagę sprawy. Ale jestem tylko urzędnikiem. Są ważniejsi nade mną.- Zdawała się mówić całym swoim niezbyt wielkim jestestwem. Cóż ona tak naprawdę mogła? Tak niewiele!
- Przykro mi panie Grox, że zmarnowaliśmy pana czas.- Dodała, czując jak ją mdli.- Ale biorąc pod uwagę wagę problemu… Potrzebuje Pan pomocy wybitnego prawnika. Bogowie mi świadkiem, że nie znam lepszego niż Pani Mulciber.- Ostatni uśmiech. Naprawdę nie chciała być zmuszona do wskazania mu drzwi osobiście.- Dziękuję...- Słowo niemal utkwiło jej w gardle.- za uświadomienie mnie o powadze Pańskiej krzywdy. Zajmiemy się tym. Niezwłocznie.
Skrzekliwy głos sprowadził ją z powrotem na ziemię, chociaż… z każdym kolejnym oskarżeniem miała wrażenie, że śni.
Wdech. Wydech.
- Nie mogłabym się bardziej z Panem zgodzić Panie Grox.- Westchnęła.- Jak by to wyglądało, gdyby jedna rasa miała monopol na coś tak istotnego publiczne środki magicznej społeczności. To byłoby bardzo… niebezpieczne, prawda? Taka władza.- Nachyliła się nad blatem biurka. Wpiła uważne spojrzenie wręcz nienaturalnie intensywnych niebieskich oczu w oczy gorączkującej się istoty.- Takie zburzenie istniejącego porządku.- Było w jej głosie, w słowach coś wręcz niepokojącego. Jakby przez moment ta drobna sędzina rozważała wszelkie możliwe sposoby rozwiązania ich małego, gobliniego problemu. Wyciągnęła powoli dłoń, by sięgnąć po… różdżkę? Ale nie. Ostatecznie jej palce zacisnęły się na uszku filiżanki. Wreszcie upiła upragniony łyk, o zgrozo zimnej już kawy. Łagodny, wręcz okrutnie matczyny i protekcjonalny uśmiech powrócił na oblicze pani Mulciber, przyćmiewając paskudną aurę, którą zdawała się promieniować parę sekund wcześniej.- Pana głos jest słyszalny, panie Grox. Zadbam by został usłyszany przez odpowiednie osoby.- Już nawet nie kryła się z tą delikatną groźbą i jasną sugestią – czy aby na pewno dyrekcja Gringotta, sowicie opłacana za współpracę z brytyjskim rządem, będzie równie zachwycona wizją zburzenia przez jakiegoś krzykacza, wszystkiego co zostało wypracowane od czasów ostatnich wojen goblinów? Nie wiedziała kim był ten typ. Szczerze mówiąc za knut jej to nie obchodziło.
Czy był tylko małym trybikiem w ich społecznej machinie? Ziarenkiem piasku w doskonale naoliwionym systemie bankowym?
Merlin jeden wiedział z jakim trudem się kontrolowała, zwłaszcza, gdy złapała na chwilę kontakt wzrokowy z Rodolphus’em. Ale ona nie miała komfortu, żeby jawnie obśmiać siedzącego przed nią choleryka.
Gdy tylko jednak Grox na nowo zaczął podnosić głos – Mulciber natychmiast uniosła ostrzegawczo dłoń. Jasny gest i przekaz. Nie zamierzała pozwolić na siebie krzyczeć we własnym gabinecie. Cholera wie do czego gość był przyzwyczajony, ale prawo ulicy to mógł sobie zostawić za drzwiami, a drzeć się to do BUMowców, nie do niej. Przygryzła boleśnie język, żeby powstrzymać się przed ostrym „A z czego chcesz opłacić ten swój pożal się boże pozew?”
W krwioobiegu Gringotta płynęło złoto czarodziejów. Ich złoto. Ich dziedzictwo. Zbyt wiele goblinów zdawało się o tym zapominać.
Nie podnosiła się z krzesła, choć jak dla niej rozmowa była już zakończona.
Zamiast tego, z opanowaniem niewartym zachowania wobec tak żałosnej istoty jaką miała przed sobą, przesunęła po blacie stołu niewielką wizytówkę. Na ozdobnym papierze złotym tuszem zapisano nazwę kancelarii prawnej niejakiej Philomeny Mulciber. Odwieczna, piękna magia spychologii problemu.
Każdy konserwatywny czarodziej, który potrafił czytać i choć trochę interesował się polityką czarodziejów, wiedział, że Lorien wpycha nieszczęsnego Grox’a na minę. To nie była kancelaria dla niego. To nie byli czarodzieje, którzy mogli mu jakkolwiek pomóc w rozwiązaniu swojego urojonego problemu. A jednak, robiła to z tym samym wyuczonym, zakłamanym uśmiechem.
- Pański problem wykracza poza mój zakres kompetencji.- Powiedziała, dokładając wszelkich starań by w jej głosie zabrzmiała ta smutna, współczująca nuta.
Jestem tu. Rozumiem powagę sprawy. Ale jestem tylko urzędnikiem. Są ważniejsi nade mną.- Zdawała się mówić całym swoim niezbyt wielkim jestestwem. Cóż ona tak naprawdę mogła? Tak niewiele!
- Przykro mi panie Grox, że zmarnowaliśmy pana czas.- Dodała, czując jak ją mdli.- Ale biorąc pod uwagę wagę problemu… Potrzebuje Pan pomocy wybitnego prawnika. Bogowie mi świadkiem, że nie znam lepszego niż Pani Mulciber.- Ostatni uśmiech. Naprawdę nie chciała być zmuszona do wskazania mu drzwi osobiście.- Dziękuję...- Słowo niemal utkwiło jej w gardle.- za uświadomienie mnie o powadze Pańskiej krzywdy. Zajmiemy się tym. Niezwłocznie.