14.11.2024, 01:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.11.2024, 01:51 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nie mogli się ze sobą nawzajem zgodzić, więc przynajmniej mogli znacząco zamilknąć. Tym bardziej, że gdy chodziło o Roisa to milczenie było dla niego (o nie tak słodka ironio!) najbardziej naturalnie przychodzącym mu stanem. Mógł wtedy pogrążać się w połśnie, walcząc z własną słabością i skupiając się na tym, żeby tę walkę wygrać.
Bo miał ku temu powody. Od lat miał ku temu ten jeden konkretny powód. I tenże powód, miał całkowitą pewność, nie poprzestałby na złamaniu danego mu słowa i sięgnięciu po zemstę. Tylko rzeczywiście posunąłby się jeszcze do tego, żeby jakimś cudem ponownie ukarać go za zostawienie jej na tym cholernym padole, którego wcale nie chciał opuszczać. Musiał się starać.
Nawet po to, żeby samemu skrycie zdołać wziąć odwet na tych ludziach, rozwiązując sprawę zanim weźmie się za to jego ukochana. Potrafił być uparty. Uparcie zamierzał trzymać się tego jebanego bólu, który oznaczał, że jeszcze ma w sobie życie.
- Wyśmienicie - kącik ust Ambroisa zadrgał nieznacznie, choć cała reszta ciała w dalszym ciągu była daleka od tego, by słuchać jego woli.
Czuł się wyczerpany. Zlany zimnym potem a jednak zarazem ogarnięty wysoką gorączką trawiącą go całego - każdą, nawet najmniejszą komórkę, każdy fragment skóry, neuron w mózgu, wszystko zagarnął pożar.
A jednak jednocześnie Ambroise miał wrażenie, że w jednej chwili z lodowatych podmuchów coś wciąga go wprost do kaflowego pieca, gdzie nie był w stanie złapać oddechu, czując jak żar pali mu gardło. Lód i ogień, ogień i lód. Fale dreszczy, pot zlewający ciało.
Mimo to usiłował zachować trzeźwość umysłu. Choć poddanie się błogości snu było czymś, co roztaczało przed nim naprawdę podstępne wizje ulgi, mgliście pamiętał, że Geraldine z jakiegoś powodu zakazała mu zasypiać. Więc kurczowo trzymał się kolejnych, coraz słabszych i krótszych powrotów świadomości. Raz po raz wyrywał się objęciom mroku, lgnąc ku temu dotykowi, jaki muskał jego zimno-gorący policzek.
- Niepożałujeszkiedy... ...wreszcie... ...baisersur touteslessurfaces... ...planes... ...my... ...wielokrotnie - czując jak jego ciężkie powieki zaczynają bezwiednie opadać, zamrugał parokrotnie, aby nie dać sobie opaść w ciemną próżnię zanim nie zdoła skończyć wypowiedzi. - Jutro... ...d'accord? Daj mi chwilę... ...do jutra - z cichym jękiem zamknął oczy, walcząc ze skurczem w mięśniach.
Jutro brzmiało nad wyraz dobrze jak na składanie obietnic, które w jego poplątanym umyśle wydawały się Greengrassowi całkiem logiczne i łatwe do pokrycia. We własnych oczach wychodził w końcu z niejednej trudnej sytuacji. Nie pierwszy raz oberwał bardziej niż mógłby tego pragnąć.
Abstrahując od tego czy w ogóle mógł kiedyś chcieć oberwać, ponieważ to... ...to była o tyle interesująca kwestia, że: tak, zdarzyło mu się celowo zebrać bęcki, by zapewnić sobie wygodne alibi. Natomiast nie tym razem.
Teraz naprawdę chciał tylko ulżyć sobie w nerwach. Wyładować się w pracy, załatwiając kilka pozornie lekkich zaległych sprawunków zanim powróci do domu już znacznie spokojniejszy, bardziej skory do podjęcia rozmowy, choć w głębi duszy mający nadzieję, że zamiast wrócić do żarliwych kłótni, od razu przejdą do czynów.
Baiser très fort sur toutes les surfaces planes. Plusieurs fois dokładnie tak jak to obiecywał. A przecież zwykł dotrzymywać obietnic. Szczególnie takich związanych z obopólną satysfakcją. Jej nogami na jego barkach i ustami zatkanymi wnętrzem rozpalonej dłoni. Nie rzucał słów na wiatr.
Nawet teraz, kiedy wrócił do domu, bo poprzysiągł, tak? Złożył przyrzeczenie, podświadomie próbując je spełnić nawet wtedy, kiedy nie do końca docierało do niego to, gdzie jest i co robi. Ta potrzeba była znacznie silniejsza niż cokolwiek innego.
- Jakbym właśnie wywinął się z Zasłony - stwierdził niechętnie, bardzo powoli, ale szczerze, skoro właśnie tego od niego oczekiwała. - Dziękuję - kolejne słowo było miękkie, znacznie bardziej ciche, ale równie poważne, co te poprzednie.
Towarzyszyło mu lekkie ściśnięcie dłoni Geraldine, której palce w dalszym ciągu splatały się z palcami Greengrassa, nie mającego zamiaru puszczać jej dłoni nawet wtedy, kiedy z jego ust zaczęły wydostawać się ciężkie, ponure słowa, szczególnie wtedy.
Musiał je powiedzieć. Czuł się w bardzo nieprzyjemnym obowiązku to zrobić. Po tym wszystkim, co się wydarzyło. Po tym, że prawie ją pozostawił, że czuł się z tym cholernie źle, że nigdy nie powinien. Że to prawie zabrnęło za daleko...
...miał świadomość, że musi się odezwać. Ale jej reakcja?
- Pardon? - No chyba się przesłyszał z tym popierdoleniem.
Tłumiąc jęk w ustach, uniósł się na chwilę na łokciach, zanim znów opadł na łóżko.
Nie, nie był w stanie dać radę i cokolwiek jej udowodnić, czuł wyłącznie palący żar rozczarowania i irytacji na własną słabość. Nienawidził tego w sobie dostrzegać. Nie przyznałby tego na głos ani nawet przed samym sobą, ale nie cierpiał swojej słabości. Nie chciał łaski, nie chciał zaniepokojonych spojrzeń, nie potrzebował, żeby obchodziła się z nim jak z jajkiem.
I chyba dostał swoje. Nie planował jej ku temu sprowokować. W żadnym razie nie miał tego zamiaru, gdy wypowiedział swoje kolejne słowa. Pragnął wiedzieć coś, co w tej chwili wydawało mu się niejasne, trudne i skomplikowane. Szczególnie, że nadal był zamroczony tymi wszystkimi medykamentami.
Teraz najpewniej znacznie bardziej niż wcześniej, bo ból ustąpił miejsca falowaniu i wirowaniu. Bezwładność ciężkich członków zamieniła się w lekkość i swobodę ruchów, które niestety chyba nie otrzymały właściwego polecenia, bo wcale nie chciały reagować ze wskazaną łatwością. Przeciwnie - nadal zachowywały się bezwładnie, tyle tylko, że teraz nie były z kamienia a z waty.
Próbując nadążyć za wściekłym wywodem swojej kobiety, nie pierwszy raz stwierdził, że jest cholernie podniecająca, kiedy pieni się w taki sposób, mówiąc mu przy tym, że go do kurwy nędzy kocha (no, lub coś podobnego, trochę nie nadążał) i obdarzając go naprawdę wściekle ognistym spojrzeniem.
Na chwilę zawiesił się w próżni, wpatrzony w jej twarz i błyszczące oczy, przeciągając językiem po wargach i niemal od razu krzywiąc się na piekący ból. Były popękane, obite. Tak właściwie to czuł, że na jego ciele chyba nie istnieje żadne miejsce, które nie byłoby rozkwaszone, spuchnięte, dźgnięte, rozcięte, poszarpane, opuchnięte, złamane... ...a i jeszcze więcej określeń również by się znalazło, gdyby tylko był w stanie wyciągnąć je z naruszonej pamięci.
- Podniecasz mnie a tak się właśnie składa, że jesteśmy w łóżku - wymamrotał instynktownie i bez większego zastanowienia, dopiero po paru sekundach odzyskując utracone skupienie i rezon, który próbował trzymać od samego początku ich rozmowy.
Tej teraz, bo w żadnym razie nie pamiętał, by wcześniej była jakakolwiek inna. To znaczy - miał świadomość tego, co działo się od momentu, w którym przestąpił próg mieszkania (a właściwie to niemalże się przezeń przetoczył) do chwili, w której odpłynął w tej samej pościeli, w której się teraz obudził.
To nie tak, że kompletnie nic nie wiedział. Jego wspomnienia okrywała gęsta mgła, nie do końca był w stanie stwierdzić co było majakiem, a co rzeczywiście miało miejsce. Z pewnością musieli prowadzić jakąś rozmowę, lecz dopiero ta tu teraz miała prawdziwe znaczenie.
Ambroise wiedział, że musi być poważny. Niezależnie od tego, jak bardzo przeskakiwałby od wrażenia we wrażenie przez zażyte leki, wstrząs mózgu czy własne pierwotne instynkty. Nieistotne, że raz za razem mimowolnie zmieniał ton głosu i akcent, z którym się do niej wypowiadał. Ani że jego oczy zrobiły się bardziej rozbiegane niż chwilę temu.
To był czas na tę rozmowę. Sam ją podjął. Sam musiał wiedzieć, co teraz między nimi będzie, bo oboje zdążyli już ponieść konsekwencje zeszłego wieczoru, poprzedniej nocy... ...teraz też bieżącego poranka.
- Może i mnie popierdoliło - stwierdził już znacznie bardziej klarownie niż jeszcze przed chwilą, na ten moment łapiąc równowagę między falami odurzenia, zmarszczył usta, zaciskając je w wąską linię.
Cóż, wbrew jego pierwszej reakcji, miał odwagę cywilną, żeby przyznać, że być może nie był w pełni stabilny psychicznie, kiedy opuścił ich mieszkanie. Ani kiedy do niego wrócił. Ani tak właściwie teraz - w dalszym ciągu potrzebował czasu, żeby odzyskać chociażby ułamek z tego, co miał w garści zanim to wszystko się stało.
- No. Śmiało - przecież wiem, że tego chcesz i potrzebujesz, ton jego głosu wcale nie był prowokacyjny, bowiem Ambroise jedynie stwierdzał fakt. - Wiem, że nie mam nic na swoje wyjaśnienie. Poza tym, że nie planowałem wracać po tylu godzinach - ale to było jasne, prawda?
Nie zrobiłby jej tego. Nieważne, za jaki kawał chuja go teraz miała. Nie zwykł karać jej ciszą. Przynajmniej nie na tyle godzin, ile musiało upłynąć zanim wrócił do domu w samym środku nocy. Owszem, czasami milczeli obrażeni na siebie nawzajem, łypiąc na tę osobę z drugiego końca pomieszczenia, ale zazwyczaj nie potrzebowali wiele, żeby przestać to robić.
Mogła powiedzieć o nim dużo. Zresztą przecież dokładnie to zrobiła dzień wcześniej, wyrzuciła mu dosłownie wszystko, on zresztą też nie pozostał jej dłużny. Natomiast nie to, że wyszedłby na tak długo bez dania znać, gdzie idzie i co będzie robić.
Nie tak jak wtedy w Whitby, kiedy pokłócili się dokładnie o to - o brak informacji, tyle że ze strony Geraldine. Nie wziąłby na niej odwetu również za to. Szczególnie nie po tylu latach, kiedy wszystko naprawdę dobrze im się układało.
Planował zamknąć kilka spraw, zaczerpnąć świeżego powietrza i wrócić. Z kwiatami - rzecz jasna, tu nie mogła mu zarzucić, że nie zachowywał się właściwie. Tyle tylko, że zamiast kwiatów wrócił z głębokimi obrażeniami na całym ciele. A teraz również wyjątkowo parszywym, przykrym humorem.
Obawiał się tego, co od niej usłyszy. Szczególnie, jeśli pozwoliliby sobie na dogodne przykrycie tego wszystkiego do końca jego cholernej rekonwalescencji. Chciał mieć to z głowy. Zerwać plaster albo go nie zrywać (potrzebował tego drugiego, obawiał się pierwszego).
- Wspaniale się składa, bo jak widzisz, nie zamierzam umierać - przez moment twardo wpatrując się w ścianę, starał się znaleźć sens w bezruchu, dzięki któremu trochę mniej go wszystko bolało. - Poza tym to ty jesteś na mnie skazana do mojej usranej śmierci. Jestem starszy - tak, to zdecydowanie był konkretny, bardzo dojrzały argument. - A więc skoro mamy jasne, że mnie popierdoliło, ale nie na tyle, żeby wobec tego gdzieś wychodzić. To zamierzasz tu kurwa przyjść... ...przysunąć się, no, i się przytulić? Tylko bez słowa, że śmierdzę. Wiem - tak, cholernie mu się to nie podobało, ale mimo wszystko uniósł kącik ust, przesuwając spojrzenie na Geraldine i zezując znacząco. - Ino ostrożnie - potrzebował ją przy sobie poczuć, ale rzecz jasna wolał wersję, w której to on robił jej przysługę, chcąc ukoić jej nerwy.
Bo miał ku temu powody. Od lat miał ku temu ten jeden konkretny powód. I tenże powód, miał całkowitą pewność, nie poprzestałby na złamaniu danego mu słowa i sięgnięciu po zemstę. Tylko rzeczywiście posunąłby się jeszcze do tego, żeby jakimś cudem ponownie ukarać go za zostawienie jej na tym cholernym padole, którego wcale nie chciał opuszczać. Musiał się starać.
Nawet po to, żeby samemu skrycie zdołać wziąć odwet na tych ludziach, rozwiązując sprawę zanim weźmie się za to jego ukochana. Potrafił być uparty. Uparcie zamierzał trzymać się tego jebanego bólu, który oznaczał, że jeszcze ma w sobie życie.
- Wyśmienicie - kącik ust Ambroisa zadrgał nieznacznie, choć cała reszta ciała w dalszym ciągu była daleka od tego, by słuchać jego woli.
Czuł się wyczerpany. Zlany zimnym potem a jednak zarazem ogarnięty wysoką gorączką trawiącą go całego - każdą, nawet najmniejszą komórkę, każdy fragment skóry, neuron w mózgu, wszystko zagarnął pożar.
A jednak jednocześnie Ambroise miał wrażenie, że w jednej chwili z lodowatych podmuchów coś wciąga go wprost do kaflowego pieca, gdzie nie był w stanie złapać oddechu, czując jak żar pali mu gardło. Lód i ogień, ogień i lód. Fale dreszczy, pot zlewający ciało.
Mimo to usiłował zachować trzeźwość umysłu. Choć poddanie się błogości snu było czymś, co roztaczało przed nim naprawdę podstępne wizje ulgi, mgliście pamiętał, że Geraldine z jakiegoś powodu zakazała mu zasypiać. Więc kurczowo trzymał się kolejnych, coraz słabszych i krótszych powrotów świadomości. Raz po raz wyrywał się objęciom mroku, lgnąc ku temu dotykowi, jaki muskał jego zimno-gorący policzek.
- Niepożałujeszkiedy... ...wreszcie... ...baisersur touteslessurfaces... ...planes... ...my... ...wielokrotnie - czując jak jego ciężkie powieki zaczynają bezwiednie opadać, zamrugał parokrotnie, aby nie dać sobie opaść w ciemną próżnię zanim nie zdoła skończyć wypowiedzi. - Jutro... ...d'accord? Daj mi chwilę... ...do jutra - z cichym jękiem zamknął oczy, walcząc ze skurczem w mięśniach.
Jutro brzmiało nad wyraz dobrze jak na składanie obietnic, które w jego poplątanym umyśle wydawały się Greengrassowi całkiem logiczne i łatwe do pokrycia. We własnych oczach wychodził w końcu z niejednej trudnej sytuacji. Nie pierwszy raz oberwał bardziej niż mógłby tego pragnąć.
Abstrahując od tego czy w ogóle mógł kiedyś chcieć oberwać, ponieważ to... ...to była o tyle interesująca kwestia, że: tak, zdarzyło mu się celowo zebrać bęcki, by zapewnić sobie wygodne alibi. Natomiast nie tym razem.
Teraz naprawdę chciał tylko ulżyć sobie w nerwach. Wyładować się w pracy, załatwiając kilka pozornie lekkich zaległych sprawunków zanim powróci do domu już znacznie spokojniejszy, bardziej skory do podjęcia rozmowy, choć w głębi duszy mający nadzieję, że zamiast wrócić do żarliwych kłótni, od razu przejdą do czynów.
Baiser très fort sur toutes les surfaces planes. Plusieurs fois dokładnie tak jak to obiecywał. A przecież zwykł dotrzymywać obietnic. Szczególnie takich związanych z obopólną satysfakcją. Jej nogami na jego barkach i ustami zatkanymi wnętrzem rozpalonej dłoni. Nie rzucał słów na wiatr.
Nawet teraz, kiedy wrócił do domu, bo poprzysiągł, tak? Złożył przyrzeczenie, podświadomie próbując je spełnić nawet wtedy, kiedy nie do końca docierało do niego to, gdzie jest i co robi. Ta potrzeba była znacznie silniejsza niż cokolwiek innego.
- Jakbym właśnie wywinął się z Zasłony - stwierdził niechętnie, bardzo powoli, ale szczerze, skoro właśnie tego od niego oczekiwała. - Dziękuję - kolejne słowo było miękkie, znacznie bardziej ciche, ale równie poważne, co te poprzednie.
Towarzyszyło mu lekkie ściśnięcie dłoni Geraldine, której palce w dalszym ciągu splatały się z palcami Greengrassa, nie mającego zamiaru puszczać jej dłoni nawet wtedy, kiedy z jego ust zaczęły wydostawać się ciężkie, ponure słowa, szczególnie wtedy.
Musiał je powiedzieć. Czuł się w bardzo nieprzyjemnym obowiązku to zrobić. Po tym wszystkim, co się wydarzyło. Po tym, że prawie ją pozostawił, że czuł się z tym cholernie źle, że nigdy nie powinien. Że to prawie zabrnęło za daleko...
...miał świadomość, że musi się odezwać. Ale jej reakcja?
- Pardon? - No chyba się przesłyszał z tym popierdoleniem.
Tłumiąc jęk w ustach, uniósł się na chwilę na łokciach, zanim znów opadł na łóżko.
Nie, nie był w stanie dać radę i cokolwiek jej udowodnić, czuł wyłącznie palący żar rozczarowania i irytacji na własną słabość. Nienawidził tego w sobie dostrzegać. Nie przyznałby tego na głos ani nawet przed samym sobą, ale nie cierpiał swojej słabości. Nie chciał łaski, nie chciał zaniepokojonych spojrzeń, nie potrzebował, żeby obchodziła się z nim jak z jajkiem.
I chyba dostał swoje. Nie planował jej ku temu sprowokować. W żadnym razie nie miał tego zamiaru, gdy wypowiedział swoje kolejne słowa. Pragnął wiedzieć coś, co w tej chwili wydawało mu się niejasne, trudne i skomplikowane. Szczególnie, że nadal był zamroczony tymi wszystkimi medykamentami.
Teraz najpewniej znacznie bardziej niż wcześniej, bo ból ustąpił miejsca falowaniu i wirowaniu. Bezwładność ciężkich członków zamieniła się w lekkość i swobodę ruchów, które niestety chyba nie otrzymały właściwego polecenia, bo wcale nie chciały reagować ze wskazaną łatwością. Przeciwnie - nadal zachowywały się bezwładnie, tyle tylko, że teraz nie były z kamienia a z waty.
Próbując nadążyć za wściekłym wywodem swojej kobiety, nie pierwszy raz stwierdził, że jest cholernie podniecająca, kiedy pieni się w taki sposób, mówiąc mu przy tym, że go do kurwy nędzy kocha (no, lub coś podobnego, trochę nie nadążał) i obdarzając go naprawdę wściekle ognistym spojrzeniem.
Na chwilę zawiesił się w próżni, wpatrzony w jej twarz i błyszczące oczy, przeciągając językiem po wargach i niemal od razu krzywiąc się na piekący ból. Były popękane, obite. Tak właściwie to czuł, że na jego ciele chyba nie istnieje żadne miejsce, które nie byłoby rozkwaszone, spuchnięte, dźgnięte, rozcięte, poszarpane, opuchnięte, złamane... ...a i jeszcze więcej określeń również by się znalazło, gdyby tylko był w stanie wyciągnąć je z naruszonej pamięci.
- Podniecasz mnie a tak się właśnie składa, że jesteśmy w łóżku - wymamrotał instynktownie i bez większego zastanowienia, dopiero po paru sekundach odzyskując utracone skupienie i rezon, który próbował trzymać od samego początku ich rozmowy.
Tej teraz, bo w żadnym razie nie pamiętał, by wcześniej była jakakolwiek inna. To znaczy - miał świadomość tego, co działo się od momentu, w którym przestąpił próg mieszkania (a właściwie to niemalże się przezeń przetoczył) do chwili, w której odpłynął w tej samej pościeli, w której się teraz obudził.
To nie tak, że kompletnie nic nie wiedział. Jego wspomnienia okrywała gęsta mgła, nie do końca był w stanie stwierdzić co było majakiem, a co rzeczywiście miało miejsce. Z pewnością musieli prowadzić jakąś rozmowę, lecz dopiero ta tu teraz miała prawdziwe znaczenie.
Ambroise wiedział, że musi być poważny. Niezależnie od tego, jak bardzo przeskakiwałby od wrażenia we wrażenie przez zażyte leki, wstrząs mózgu czy własne pierwotne instynkty. Nieistotne, że raz za razem mimowolnie zmieniał ton głosu i akcent, z którym się do niej wypowiadał. Ani że jego oczy zrobiły się bardziej rozbiegane niż chwilę temu.
To był czas na tę rozmowę. Sam ją podjął. Sam musiał wiedzieć, co teraz między nimi będzie, bo oboje zdążyli już ponieść konsekwencje zeszłego wieczoru, poprzedniej nocy... ...teraz też bieżącego poranka.
- Może i mnie popierdoliło - stwierdził już znacznie bardziej klarownie niż jeszcze przed chwilą, na ten moment łapiąc równowagę między falami odurzenia, zmarszczył usta, zaciskając je w wąską linię.
Cóż, wbrew jego pierwszej reakcji, miał odwagę cywilną, żeby przyznać, że być może nie był w pełni stabilny psychicznie, kiedy opuścił ich mieszkanie. Ani kiedy do niego wrócił. Ani tak właściwie teraz - w dalszym ciągu potrzebował czasu, żeby odzyskać chociażby ułamek z tego, co miał w garści zanim to wszystko się stało.
- No. Śmiało - przecież wiem, że tego chcesz i potrzebujesz, ton jego głosu wcale nie był prowokacyjny, bowiem Ambroise jedynie stwierdzał fakt. - Wiem, że nie mam nic na swoje wyjaśnienie. Poza tym, że nie planowałem wracać po tylu godzinach - ale to było jasne, prawda?
Nie zrobiłby jej tego. Nieważne, za jaki kawał chuja go teraz miała. Nie zwykł karać jej ciszą. Przynajmniej nie na tyle godzin, ile musiało upłynąć zanim wrócił do domu w samym środku nocy. Owszem, czasami milczeli obrażeni na siebie nawzajem, łypiąc na tę osobę z drugiego końca pomieszczenia, ale zazwyczaj nie potrzebowali wiele, żeby przestać to robić.
Mogła powiedzieć o nim dużo. Zresztą przecież dokładnie to zrobiła dzień wcześniej, wyrzuciła mu dosłownie wszystko, on zresztą też nie pozostał jej dłużny. Natomiast nie to, że wyszedłby na tak długo bez dania znać, gdzie idzie i co będzie robić.
Nie tak jak wtedy w Whitby, kiedy pokłócili się dokładnie o to - o brak informacji, tyle że ze strony Geraldine. Nie wziąłby na niej odwetu również za to. Szczególnie nie po tylu latach, kiedy wszystko naprawdę dobrze im się układało.
Planował zamknąć kilka spraw, zaczerpnąć świeżego powietrza i wrócić. Z kwiatami - rzecz jasna, tu nie mogła mu zarzucić, że nie zachowywał się właściwie. Tyle tylko, że zamiast kwiatów wrócił z głębokimi obrażeniami na całym ciele. A teraz również wyjątkowo parszywym, przykrym humorem.
Obawiał się tego, co od niej usłyszy. Szczególnie, jeśli pozwoliliby sobie na dogodne przykrycie tego wszystkiego do końca jego cholernej rekonwalescencji. Chciał mieć to z głowy. Zerwać plaster albo go nie zrywać (potrzebował tego drugiego, obawiał się pierwszego).
- Wspaniale się składa, bo jak widzisz, nie zamierzam umierać - przez moment twardo wpatrując się w ścianę, starał się znaleźć sens w bezruchu, dzięki któremu trochę mniej go wszystko bolało. - Poza tym to ty jesteś na mnie skazana do mojej usranej śmierci. Jestem starszy - tak, to zdecydowanie był konkretny, bardzo dojrzały argument. - A więc skoro mamy jasne, że mnie popierdoliło, ale nie na tyle, żeby wobec tego gdzieś wychodzić. To zamierzasz tu kurwa przyjść... ...przysunąć się, no, i się przytulić? Tylko bez słowa, że śmierdzę. Wiem - tak, cholernie mu się to nie podobało, ale mimo wszystko uniósł kącik ust, przesuwając spojrzenie na Geraldine i zezując znacząco. - Ino ostrożnie - potrzebował ją przy sobie poczuć, ale rzecz jasna wolał wersję, w której to on robił jej przysługę, chcąc ukoić jej nerwy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down