14.11.2024, 11:33 ✶
Przestań!
Więc przestał. Choć tak naprawdę nie musiał przestawać, bo nie robił nic szczególnego. Jego wargi pozostały nieruchome, kompletnie obojętne na ten przypadkowy pocałunek. Jeśli Charlie obawiał się że Baldwin go spróbuje pochwycić, jakkolwiek przy sobie zatrzymać – mylił się. Ten łagodniejszy od muśnięcia owadzich skrzydeł dotyk na policzku był jedynym co chłopakowi ofiarował.
Tyle wystarczyło, aby zdołał odczytać z oczu Mulcibera cały ten wstręt. Przepiękna emocja zduszona czymś zupełnie innym. Litością.
Chciał się zaśmiać.
On mu… współczuł? To było… Rozczarowujące. Tak jakby strach przysłaniał mu obraz tego jaki świat potrafi być naprawdę – piękny w swojej niedoskonałości i zepsuciu. Przerażająco cielesny, przesycony kolorami, zapachami i smakami. Słowem, które Baldwin czcił nad wszelkie świętości.
Ale brakowało w tych ciemnych oczach zrozumienia. Sztuka była Mulciberowi obcą kochanką, bo nie można było jej posiąść w eleganckiej czystej szatce. Była kochanką, którą zaciąga się w ciemny zaułek, by z każdym kolejnym zaciągnięciem się opium - traciła kolejne warstwy tkanin, w jakie była odziana. Aż wreszcie stała przed tobą odarta ze wszystkiego co ludzkie.
Był zagubiony, bo… co? Bo wybrał wolność na własnych warunkach. Nie był święty – Matko Broń. Baldwin zdawał sobie sprawę ze swojego zepsucia, duszy pochłoniętej czernią grzechu, za każdym razem gdy patrzył w odbicie lustra. Przepraszał Bogów za to każdej niedzieli klęcząc przed obliczem Pani Księżyca w kaplicy, Przepraszał zdzierając palce do krwi, gdy pokrywał świętymi freskami mury podziemi w mistycznym amoku.
Nie skomentował. Jakiekolwiek słowa były warte tyle co pokazanie ślepemu mapy.
Przesuwał opuszką palca po ranach na kocim karku, upewniając się, że nie stało się mu nic ponad sporą dozą strachu. Nie był to pierwszy, nie był ostatni raz, kiedy wiedziona instynktem szczurzyca przynosiła mu takie podlotki. Ten jeden na oko miał większą szansę na przeżycie niż większość.
- Nie dotykaj go. Może mieć pchły i inne paskudztwa.- Ostrzegł go uczciwie, ani myśląc kryć złośliwego uśmieszku. Do tego cofnął dłonie, aby na pewno żadne żyjątko nie przeskoczyło na palce Mulcibera.
Daj mi go, musimy mu pomóc!
Drgnął lekko. Niezadowolony z tonu i implikacji. Czy Charlie myślał, że on…
Przez ułamek sekundy na twarzy Baldwina pojawił się cień rozgoryczenia. Oczywiście - to pragnienie było zawsze - uśpiona chęć niesienia bólu, zagłuszenia rozsądku i wypowiedzenia słodkiego exumai. Patrzeć na otępiający ból tej niewinnej istotki, czując euforię władzy nad śmiercią. Mieli moc sprawczą, prawda?
- Myślę, że powinieneś już iść rzemieślniku...- Powiedział sucho. I to był ostatni raz, kiedy w ogóle na Mulcibera spojrzał. Jego wzrok był kompletnie zafiksowany na smugach roztartego obrazu. Plamy błękitu, srebra i bieli.
W jego głosie brakowało tego natchnienia, jakby Baldwin obudził się z miłego snu – takiego, który trzyma cię na krawędzi niepokoju, ekscytacji i pożądania. Kocię nadal siedziało bezpieczne w jego dłoniach Malfoy’a, który ostrożnie głaskał je za uszkiem próbując uspokoić rozedrganą istotkę. Z czułością i łagodnością, o którą ciężko go było podejrzewać. - Wróć kiedy zrozumiesz, że rodzinny szczur wbija zębiska w twój kark, równie mocno co w mój.
Więc przestał. Choć tak naprawdę nie musiał przestawać, bo nie robił nic szczególnego. Jego wargi pozostały nieruchome, kompletnie obojętne na ten przypadkowy pocałunek. Jeśli Charlie obawiał się że Baldwin go spróbuje pochwycić, jakkolwiek przy sobie zatrzymać – mylił się. Ten łagodniejszy od muśnięcia owadzich skrzydeł dotyk na policzku był jedynym co chłopakowi ofiarował.
Tyle wystarczyło, aby zdołał odczytać z oczu Mulcibera cały ten wstręt. Przepiękna emocja zduszona czymś zupełnie innym. Litością.
Chciał się zaśmiać.
On mu… współczuł? To było… Rozczarowujące. Tak jakby strach przysłaniał mu obraz tego jaki świat potrafi być naprawdę – piękny w swojej niedoskonałości i zepsuciu. Przerażająco cielesny, przesycony kolorami, zapachami i smakami. Słowem, które Baldwin czcił nad wszelkie świętości.
Ale brakowało w tych ciemnych oczach zrozumienia. Sztuka była Mulciberowi obcą kochanką, bo nie można było jej posiąść w eleganckiej czystej szatce. Była kochanką, którą zaciąga się w ciemny zaułek, by z każdym kolejnym zaciągnięciem się opium - traciła kolejne warstwy tkanin, w jakie była odziana. Aż wreszcie stała przed tobą odarta ze wszystkiego co ludzkie.
Był zagubiony, bo… co? Bo wybrał wolność na własnych warunkach. Nie był święty – Matko Broń. Baldwin zdawał sobie sprawę ze swojego zepsucia, duszy pochłoniętej czernią grzechu, za każdym razem gdy patrzył w odbicie lustra. Przepraszał Bogów za to każdej niedzieli klęcząc przed obliczem Pani Księżyca w kaplicy, Przepraszał zdzierając palce do krwi, gdy pokrywał świętymi freskami mury podziemi w mistycznym amoku.
Nie skomentował. Jakiekolwiek słowa były warte tyle co pokazanie ślepemu mapy.
Przesuwał opuszką palca po ranach na kocim karku, upewniając się, że nie stało się mu nic ponad sporą dozą strachu. Nie był to pierwszy, nie był ostatni raz, kiedy wiedziona instynktem szczurzyca przynosiła mu takie podlotki. Ten jeden na oko miał większą szansę na przeżycie niż większość.
- Nie dotykaj go. Może mieć pchły i inne paskudztwa.- Ostrzegł go uczciwie, ani myśląc kryć złośliwego uśmieszku. Do tego cofnął dłonie, aby na pewno żadne żyjątko nie przeskoczyło na palce Mulcibera.
Daj mi go, musimy mu pomóc!
Drgnął lekko. Niezadowolony z tonu i implikacji. Czy Charlie myślał, że on…
Przez ułamek sekundy na twarzy Baldwina pojawił się cień rozgoryczenia. Oczywiście - to pragnienie było zawsze - uśpiona chęć niesienia bólu, zagłuszenia rozsądku i wypowiedzenia słodkiego exumai. Patrzeć na otępiający ból tej niewinnej istotki, czując euforię władzy nad śmiercią. Mieli moc sprawczą, prawda?
- Myślę, że powinieneś już iść rzemieślniku...- Powiedział sucho. I to był ostatni raz, kiedy w ogóle na Mulcibera spojrzał. Jego wzrok był kompletnie zafiksowany na smugach roztartego obrazu. Plamy błękitu, srebra i bieli.
W jego głosie brakowało tego natchnienia, jakby Baldwin obudził się z miłego snu – takiego, który trzyma cię na krawędzi niepokoju, ekscytacji i pożądania. Kocię nadal siedziało bezpieczne w jego dłoniach Malfoy’a, który ostrożnie głaskał je za uszkiem próbując uspokoić rozedrganą istotkę. Z czułością i łagodnością, o którą ciężko go było podejrzewać. - Wróć kiedy zrozumiesz, że rodzinny szczur wbija zębiska w twój kark, równie mocno co w mój.