14.11.2024, 19:38 ✶
Mieszkanie z matką miało swoje wady, lecz zdecydowanie więcej było zalet. To pani Laura Remington dbała o dom (przy pomocy pani gosposi, która sprzątała i gotowała), to ona opłacała rachunki i spraszała mugolską śmietankę towarzyską, której niektórzy członkowie znaleźli się wśród klientów Lorenza. Matka była też towarzystwem w długie wieczory i, wsparciem, którego potrzebował każdy mały, kochany synek, taki jak Enzo. Po śmierci ojca mieli tylko siebie i pozostały po nim majątek.
Na pierwszy rzut oka posiadłość była zdecydowanie zbyt duża na dwie osoby. Kamienica przylegała do innych, sama w sobie była jednak dworkiem w bogatej dzielnicy Londynu. Mieszkanie w Greenwich było wygodne, modne i ekstrawanganckie. Niczego więcej Remington nie potrzebował od swoich mugolskich korzeni. W tymże dworku znajdował się również jego krawiecki zakład, gdzie tworzył swoje kreacje i gdzie przyjmował klientów, tak mugolskich, jak i czarodziejskich. Pani Kelly nie miała być wyjątkiem.
- Gustawo, ja otworzę! - Zawołał głos z wnętrza, lecz mimo tego, gdy drzwi uchyliły się, to stała w nich kobieta: czarnoskóra, niska i przysadzista, dojrzała, ubrana w ciemną suknię i fartuszek na niej. Nim zdążyła się odezwać, ten sam męski głos ciągnął zza jej pleców. - Gustawo, miała Gustawa nie otwierać! Ach, Gustawo...
Gustawa uniosła lekko brwi, odsunęła się i pozwoliła Enzo stanąć naprzeciw gościa. On również był wysoki, lecz brakowało mu obcasów. Widok tak wysokiej kobiety był odświeżający.
- Pani Kelly! Zapraszam, zapraszam do środka! Ależ dzisiaj zimno, nieprawdaż? Jak się pani miewa? Gustawo! Zrobi Gustawa herbatę. Czy może woli pani kawę? - Krawiec przerzucał polecenia z pytaniami i nie wydawał się tym ani trochę onieśmielony. Szeroki uśmiech, ukazujący szparę między zębami, miał zwalać z nóg każdą pannę, i może nawet wdowę.
Lorenz przepuścił kobietę w drzwiach. Wnętrze było zdecydowanie mugolskie, lecz eleganckie, jasne, z elementami art deco, niemal zapomnianego w tych czasach! Pani Remington miała rękę do wystroju, o ile nie było to dzieło jakiegoś architekta.
- Prosto po schodach, na piętro, dziękuję bardzo.
Na pierwszy rzut oka posiadłość była zdecydowanie zbyt duża na dwie osoby. Kamienica przylegała do innych, sama w sobie była jednak dworkiem w bogatej dzielnicy Londynu. Mieszkanie w Greenwich było wygodne, modne i ekstrawanganckie. Niczego więcej Remington nie potrzebował od swoich mugolskich korzeni. W tymże dworku znajdował się również jego krawiecki zakład, gdzie tworzył swoje kreacje i gdzie przyjmował klientów, tak mugolskich, jak i czarodziejskich. Pani Kelly nie miała być wyjątkiem.
- Gustawo, ja otworzę! - Zawołał głos z wnętrza, lecz mimo tego, gdy drzwi uchyliły się, to stała w nich kobieta: czarnoskóra, niska i przysadzista, dojrzała, ubrana w ciemną suknię i fartuszek na niej. Nim zdążyła się odezwać, ten sam męski głos ciągnął zza jej pleców. - Gustawo, miała Gustawa nie otwierać! Ach, Gustawo...
Gustawa uniosła lekko brwi, odsunęła się i pozwoliła Enzo stanąć naprzeciw gościa. On również był wysoki, lecz brakowało mu obcasów. Widok tak wysokiej kobiety był odświeżający.
- Pani Kelly! Zapraszam, zapraszam do środka! Ależ dzisiaj zimno, nieprawdaż? Jak się pani miewa? Gustawo! Zrobi Gustawa herbatę. Czy może woli pani kawę? - Krawiec przerzucał polecenia z pytaniami i nie wydawał się tym ani trochę onieśmielony. Szeroki uśmiech, ukazujący szparę między zębami, miał zwalać z nóg każdą pannę, i może nawet wdowę.
Lorenz przepuścił kobietę w drzwiach. Wnętrze było zdecydowanie mugolskie, lecz eleganckie, jasne, z elementami art deco, niemal zapomnianego w tych czasach! Pani Remington miała rękę do wystroju, o ile nie było to dzieło jakiegoś architekta.
- Prosto po schodach, na piętro, dziękuję bardzo.