14.11.2024, 23:01 ✶
Czy za Daphne na pewno nikt by nie płakał? I czyż Victoria sama nie uważała podobnie? Czyż Rodolphus nie powiedział kiedyś Brennie, całkiem niedawno bo w lecie, że pójdzie przodem, na pierwszy ogień przed nią i Morpheusem, ponieważ nikt za nim nie zapłacze, a jego życie jest mniej warte, niż ich? Najwyraźniej to, że sobie umniejszali, było cechą rodzinną. No, przynajmniej jeżeli chodzi o część Lestrange'ów, ponieważ akurat nikt by nie uwierzył w to, że Louvain miewał podobne myśli. Loretta... Tu już prędzej, jej przeżarty narkotycznymi oparami umysł mógł jej płatać figle. A co z Laurencem? Piął się po szczeblach kariery w Ministerstwie, miał dziecko dla którego musiał żyć. A co z ich rodzicami? Na pewno nie miewali takich myśli, chociaż Rodolphus podejrzewał, że jego matka wespół z Rabastanem ukrywali swoje prawdziwe ja i również coś podobnego mogło im się pałętać po głowach.
Rodolphus wpatrywał się w widok za oknem. Nie padało, ale słońce było zasnute ciężkimi chmurami. Zwiastowały szybko nadchodzącą jesień - w zasadzie to jesień atmosferyczna można było powiedzieć, że już nadeszła. Dużo szybciej niż ta kalendarzowa. Zabębnił palcami o blat czystego stolika. Przed nim znajdowała się szklanka z wodą, z której ubyło zaledwie parę łyków. Niestety, nie mam żadnego talentu, który mógłby pomóc w ocaleniu jej, a przez to czuję się jeszcze bardziej winna. Nie chciał, żeby Daphne obwiniała się o to, co działo się z Victorią, chociaż to była obrzydliwie hipokrytyczna myśl, bo przecież on sam się przejmował stanem starszej z kuzynek. Być może dlatego, że częściowo sam przyłożył do tego rękę, chociaż osobiście nie brał udziału w Beltane. Victoria była dla niego cenna na wielu różnych poziomów, nie tylko tym rodzinnym - byłaby cennym nabytkiem organizacji, ale również była cenna jako sprzymierzeniec w Ministerstwie Magii. Poza tym naprawdę był zirytowany faktem, że wleciała do tego Limbo nie zważając na konsekwencje. Atreusa nie żałował, chociaż czuł do tego mężczyzny nić czegoś w rodzaju sympatii. Louvaina nie żałował wcale, dostał to, na co sam się pisał. Nie żałował innych pracowników Ministerstwa, którzy oberwali przypadkiem, pchając się tam, gdzie ich nie chcieli. Nie żałował Theona. Ale żałował Victorii.
- Daphne - wstał, gdy tylko w drzwiach zamajaczyła jej sylwetka. Jego spojrzenie złagodniało, a nieprzyjemne rozmyślania opuściły umysł, gdy przytulił ją krótko na powitanie. Była tak podobna do Victorii, że nikt nie powinien mieć wątpliwości, że są siostrami. A jednocześnie tak bardzo się od niej różniła... Przede wszystkim: była ciepła w dotyku. Młodsza. I nie potrafiła zmieniać masek z wprawą, bo niemalże od razu zobaczył, że coś trapi panienkę Lestrange. Nie trzeba było być wybitnym z obserwacji ludzi, by to dostrzec. - Cieszę się, że przyszłaś.
Odsunął krzesło, by Daphne mogła usiąść. Jej szczebiot był miłą odmianą od rozmów, którymi otaczał się całe lato. Przemoc fizyczna, słowna, ból, oskarżenia, jad, kłamstwa - Daphne wydawała się być autentyczna. Przemknęło mu przez myśl, że to niedobrze: na takie jak ona czyha w tym świecie zbyt wiele niebezpieczeństw. Czy Victoria kiedykolwiek pomyślała o tym, by nauczyć siostrę jak się bronić przed ludźmi? Chociażby takimi jak on sam.
- Wiesz, że dla rodziny zawsze znajdę czas. W miarę możliwości, bo to lato było naprawdę szalone - wiedziała, gdzie pracuje i musiała wiedzieć, że Departament Tajemnic zajmował się sprawą Polany Ognisk. Pytanie, czy akurat jego Komnata, bo była dość... Specyficzna. Lecz pewnie nawet gdyby o to zapytała, nie mógłby jej odpowiedzieć. Nie bez powodu mówili o nich Niewymowni. - Mam nadzieję, że wybrałem dobre miejsce. Z tego co wiem, to jedna z najlepszych herbaciarni w Magicznym Londynie.
Przesunął jedną z kart, które miał przed sobą, w jej stronę. Była całkiem ładna, w twardej oprawie, bez sztucznej stylizacji na Bliski Wschód. Jednak gdy tylko ją otworzyła, niemalże poczuła specyficzną woń różnego rodzaju herbat, a od ich wyboru można było dostać zawrotu głowy. Zielone, białe, czarne, rooibos, były nawet błękitne. Obok opisów - bo przecież podstawowe to był tylko początek - różnych mieszanek z prawdziwymi suszonymi owocami znajdowały się przepiękne zdjęcia naparów w przezroczystych dzbankach w kształcie smoków.
Rodolphus wpatrywał się w widok za oknem. Nie padało, ale słońce było zasnute ciężkimi chmurami. Zwiastowały szybko nadchodzącą jesień - w zasadzie to jesień atmosferyczna można było powiedzieć, że już nadeszła. Dużo szybciej niż ta kalendarzowa. Zabębnił palcami o blat czystego stolika. Przed nim znajdowała się szklanka z wodą, z której ubyło zaledwie parę łyków. Niestety, nie mam żadnego talentu, który mógłby pomóc w ocaleniu jej, a przez to czuję się jeszcze bardziej winna. Nie chciał, żeby Daphne obwiniała się o to, co działo się z Victorią, chociaż to była obrzydliwie hipokrytyczna myśl, bo przecież on sam się przejmował stanem starszej z kuzynek. Być może dlatego, że częściowo sam przyłożył do tego rękę, chociaż osobiście nie brał udziału w Beltane. Victoria była dla niego cenna na wielu różnych poziomów, nie tylko tym rodzinnym - byłaby cennym nabytkiem organizacji, ale również była cenna jako sprzymierzeniec w Ministerstwie Magii. Poza tym naprawdę był zirytowany faktem, że wleciała do tego Limbo nie zważając na konsekwencje. Atreusa nie żałował, chociaż czuł do tego mężczyzny nić czegoś w rodzaju sympatii. Louvaina nie żałował wcale, dostał to, na co sam się pisał. Nie żałował innych pracowników Ministerstwa, którzy oberwali przypadkiem, pchając się tam, gdzie ich nie chcieli. Nie żałował Theona. Ale żałował Victorii.
- Daphne - wstał, gdy tylko w drzwiach zamajaczyła jej sylwetka. Jego spojrzenie złagodniało, a nieprzyjemne rozmyślania opuściły umysł, gdy przytulił ją krótko na powitanie. Była tak podobna do Victorii, że nikt nie powinien mieć wątpliwości, że są siostrami. A jednocześnie tak bardzo się od niej różniła... Przede wszystkim: była ciepła w dotyku. Młodsza. I nie potrafiła zmieniać masek z wprawą, bo niemalże od razu zobaczył, że coś trapi panienkę Lestrange. Nie trzeba było być wybitnym z obserwacji ludzi, by to dostrzec. - Cieszę się, że przyszłaś.
Odsunął krzesło, by Daphne mogła usiąść. Jej szczebiot był miłą odmianą od rozmów, którymi otaczał się całe lato. Przemoc fizyczna, słowna, ból, oskarżenia, jad, kłamstwa - Daphne wydawała się być autentyczna. Przemknęło mu przez myśl, że to niedobrze: na takie jak ona czyha w tym świecie zbyt wiele niebezpieczeństw. Czy Victoria kiedykolwiek pomyślała o tym, by nauczyć siostrę jak się bronić przed ludźmi? Chociażby takimi jak on sam.
- Wiesz, że dla rodziny zawsze znajdę czas. W miarę możliwości, bo to lato było naprawdę szalone - wiedziała, gdzie pracuje i musiała wiedzieć, że Departament Tajemnic zajmował się sprawą Polany Ognisk. Pytanie, czy akurat jego Komnata, bo była dość... Specyficzna. Lecz pewnie nawet gdyby o to zapytała, nie mógłby jej odpowiedzieć. Nie bez powodu mówili o nich Niewymowni. - Mam nadzieję, że wybrałem dobre miejsce. Z tego co wiem, to jedna z najlepszych herbaciarni w Magicznym Londynie.
Przesunął jedną z kart, które miał przed sobą, w jej stronę. Była całkiem ładna, w twardej oprawie, bez sztucznej stylizacji na Bliski Wschód. Jednak gdy tylko ją otworzyła, niemalże poczuła specyficzną woń różnego rodzaju herbat, a od ich wyboru można było dostać zawrotu głowy. Zielone, białe, czarne, rooibos, były nawet błękitne. Obok opisów - bo przecież podstawowe to był tylko początek - różnych mieszanek z prawdziwymi suszonymi owocami znajdowały się przepiękne zdjęcia naparów w przezroczystych dzbankach w kształcie smoków.