15.11.2024, 02:50 ✶
To był piękny, naprawdę idylliczny dzień. Błogi, leniwy poranek. Spokojne, przyjemnie monotonne przedpołudnie pełne nicnierobienia. Wyśmienite, naprawdę satysfakcjonujące pierwsze chwile na kocu ledwo co rozłożonym pośród wrzosów. Długie minuty pełne zatracania się w świecie należącym tylko do nich dwojga i w sobie nawzajem.
Zaś teraz ten powoli upływający czas, gdy tak po prostu leżeli obok siebie, nic nie mówiąc, bo nie potrzebowali rozmawiać, żeby czuć się dobrze, cholernie szczęśliwie. Ambroise dokładnie taki się czuł. Nieważne, ile miesięcy czy lat upłynęło odkąd podjęli decyzję o tym, by przenieść tu część swojego wspólnego życia, każdego dnia spędzanego w ich Whitby czuł się po prostu właściwie.
Dokładnie tak samo jak u boku jednej kobiety, z którą mógł sobie wyobrazić perspektywę wspólnie spędzanego życia. Kolejnych dekad wypełnionych tym, co mieli i co budowali. Ostatnio również coraz częściej tego, że być może mogli ponownie poruszyć kilka tematów dotychczas odłożonych na półkę, rozważając coś więcej.
Małżeństwo, rodzinę?
Dom już mieli. Wypełnili go swoimi przedmiotami, dostosowali do siebie, uczynili swoim miejscem na ziemi. Mieli również siebie nawzajem. Nieodmiennie od wielu lat tworząc ten obraz szczęśliwej, choć nie do końca konwencjonalnej pary. Było im dobrze w ten sposób. Roise nawet nie próbował tego podważać czy kwestionować, natomiast w ostatnim czasie jego myśli coraz częściej odpływały w kierunku, o który nigdy by się nie podejrzewał.
Szczególnie teraz wraz z nadejściem jesieni przynoszącej pewną melancholię związaną z ciemniejszymi i krótszymi dniami, powoli zaczął zastanawiać się nad tym, co powinno być dalej, choć przecież niczego im nie brakowało.
Aczkolwiek... Może całkiem naturalne byłoby zrobienie czegoś, co po prostu ugruntowałoby ich pozycję? Szczególnie teraz, kiedy starał się o awans, wyższą posadę i mógłby zapewnić im znacznie więcej stabilizacji, a także swobód z tego wynikających.
Mimowolnie kiwnął głową, kątem oka zerkając w kierunku swojej dziewczyny, wieloletniej partnerki, najbliższej mu osoby. Chyba dosłownie ściągając ją myślami, bo nim zdążył ponownie skupić się na czytanym tekście, poczuł łaskotanie w szyję.
Z początku mimowolnie wygiął ramiona w przód, wciskając podbródek w obojczyk i reagując wzdrygnięciem się, ale całkiem przyjemnym. Kąciki jego ust drgnęły lekko, gdy po kilku sekundach na powrót się wyprostował, zagryzając wargę, chrząkając i wracając do czytania na głos.
Wokół rozciągał się kolorowy dywan wrzosów o fioletowo-różowych barwach, bardzo lekko falujących w porywach ciepłego wiatru. W oddali majaczyły drzewa, w których liście zaczynały już zmieniać kolory od zieleni do czerwieni i złota, co zapowiadało nadchodzącą jesień.
Również niewysokie magiczne krzewy tworzące starannie przycięty, wypielęgnowany żywopłot wokół ich oficjalnej części wrzosowiska (niedużego podwórka z ogrodem za domem) choć zimozielone, zaczęły przygotowywać się do jesieni. Ich owoce zaczerwieniły się a liście pociemniały, powoli drgając pod napływem nadmorskiej bryzy.
Było przepięknie. Nawet niebo, które bardzo powoli zaczęło zasnuwać się burzowymi chmurami, w dalszym ciągu przyciągało spojrzenie. Szczególnie wtedy, kiedy przecięła je jasna blyskawica a słońce już całkowicie zniknęło pod plątaniną szarości i granatu.
Ambroise przez lata zdążył nauczyć się, że w tym miejscu pogoda potrafiła zmienić się w naprawdę gwałtowny sposób, jednakże w tym momencie ani myślał podrywać się z koca i uciekać do domu przed wczesnojesienną zawieruchą.
Zamierzał spełnić poranne postanowienie i do samego końca skorzystać z jednego z ostatnich ciepłych dni przed nadejściem chłodnej pory. Mieli jeszcze co najmniej kilka, może kilkanaście minut zanim burza zbliży się do nich na tyle, by w ogóle zaczęli rozważać zbieranie się do chatki.
- Wiciokrzew. Lonicera. Tak właściwie to nawet nie mamy tutaj stricte wiciokrzewu, bo to odnosi się bardziej do płożących się pnączy niżeli do krzaków. Krzewy lonicery część ludzi woli nazywać suchodrzewami, ale to akurat mało trafna nazwa, jeśli mam być szczery - stwierdził odruchowo, odkładając i odsuwając od siebie książkę, żeby przekręcić się na bok, mrugając do Geraldine. - Nie potrzebowałaś tego wyjaśnienia, czyż nie? - Tak właściwie to nawet nie musiał o to pytać, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że rośliny w dalszym ciągu były dla niej dokładnie tym czym magiczne stworzenia dla niego.
Nie, nie czarną magią. Tak by tego nie określił. Zdecydowanie nie Ambroise. Natomiast w dalszym ciągu musiał po prostu przyznać, że ich dziedziny zainteresowań nawet po latach nie pokrywały się w tym zakresie. Mimo to czasami zdarzało mu się zapominać i mówić do Yaxleyówny swoim zawodowym językiem. Musiała z tym jakoś żyć.
- No cóż. I tak je dostałaś. Otwórz buzię - wzruszył ramionami, sięgając w tył, żeby palcami ponownie wymacać jeden z kwiatów. Z zamiarem delikatnego wsunięcia jej go do ust na język tak jak sam to wcześniej zrobił. - Tylko niech nie przyjdzie ci do głowy zbieranie owoców, gdy pojawią się na jesieni, bo tu nie ma powiązań logicznych. Kwiaty są jadalne, owoce za to umiarkowanie toksyczne dla ludzi - uprzedził, machając ręką w kierunku wspomnianych krzewów.
Jednakże darując sobie już dalszy wywód o tym, że tak właściwie to nie istnieją trujące rośliny, bo to dawka stanowi o truciźnie a kategoryzacja flory pod kątem trujące-nietrujące jest wyłącznie sztucznym wytworem systemu i straszakiem dla niewyedukowanych baranów. Zamiast tego skupił się na kolejnych słowach Riny.
- Zaczekaj - na moment uniósł rękę, żeby powstrzymać ukochaną przed pytaniem, na co tak właściwie miałaby czekać, po czym przeciągając się po raz kolejny, wreszcie przetoczył się na bok plecami do Geraldine.
Niemalże zsunął się z koca, wyciągając ręce w kierunku plątaniny dzikich jeżyn, z którymi swego czasu dosyć zacięcie walczył o tereny ich podwórka. Obecnie udało mu się zażegnać tamten kryzys, trwale karczując uparte rośliny.
Te poza granicami ich poletka ziemi mogli natomiast zostać nieruszone. Choć poniekąd również tę część wrzosowiska uważał za ich własną to lubił tę specyficzną dzikość natury. Poza nasadzeniami z wiciokrzewów (no, suchodrzewów) dających im trochę dodatkowej osłony i prywatności, nie ruszył tu niczego, co rosło w zgodzie ze swoją wolą. W tym wypadku dając całkiem duże i soczyste, zwłaszcza jak na dzikie pędy, owoce.
Sięgnął po pierwszą dojrzałą jeżynę, ostrożnie zrywając ją z kłującego pnącza i odkładając na bok na okładkę książki. Możliwe, że nie była to najlepsza decyzja, ale nigdy nie podchodził do tego w zbyt restrykcyjny sposób. Wręcz przeciwnie.
Nawet wtedy jeszcze za czasów długich godzin spędzanych w czterech mieszkanka na Pokątnej, rzucał książki i woluminy dosłownie wszędzie. Tym bardziej im bardziej irytował go brak uzyskiwanej odpowiedzi.
Po latach było to zresztą całkiem zabawne, choć w tamtym momencie dosłownie doprowadzało go na skraj szaleństwa, bo miał wrażenie, że stracił kontrolę nad starannie planowanym, bardzo poukładanym elementem swojego życia.
Z uporem maniaka zagłębiał się więc w księgi, a gdy nie przynosiły mu żadnych racjonalnych informacji (teraz zdawał sobie sprawę, że jakżeby mogły? to nie było nic, co dałoby się ująć na papierze) po prostu rzucał je gdziekolwiek, robiąc z nich sterty na biurku i stole. A gdy nie starczyło tam już miejsca, również na podłodze i każdej innej poziomej płaszczyźnie.
Możliwe, że powinien trochę bardziej dbać o estetykę okładek, nie brudzić kartek, nie zaginać stron w uszka, nie robić sobie zakładek z byle czego, co miał akurat pod ręką (w tym fragmentów roślin), ale cóż. Każdy miał swoje przywary. Niespecjalnie przeszkadzały mu te jego, bo nie robił tego z cudzą własnością. Jedynie ze swoją własną.
Teraz także machnął ręką na to, że sok z nadgniecionego, choć delikatnie zebranego (po prostu bardzo dojrzałego) owocu poplamił okładkę. Zdecydowanie bardziej skupił się na tym, żeby po niespełna dwóch czy trzech minutach zebrać całkiem sporą garstkę jeżyn.
Kiwnął głową z zadowoleniem, wycierając ręce o kępkę trawy i wracając do pierwotnej pozycji, choć tym razem trochę bardziej oparł się na łokciach. Spoglądając przez chwilę na owoce, powolnym ruchem ujął jedną jeżynę w palce, podrzucając ją w górę i łapiąc do ust.
Druga i trzecia skończyła dokładnie tak samo. Z każdą kolejną rzuty robiły się coraz wyższe, momentami nawet podkręcone. Bez dwóch zdań dało się zauważyć, jak bardzo samozadowolony przy tym był, bo żadna nie trafiła na ziemię. Wszystkie złapał prosto do ust, popisując się niczym rozbawiony młodzik.
- No dobrze. To na czym stanęliśmy? Jeżyny już są, choć zaraz ich nie będzie, jeśli nie zaczniesz się nimi częstować. Wino? Kieliszki czy butelka? - Spytał, tak właściwie nie mając żadnych preferencji.
Byli u siebie. Mogli żyć zgodnie z własnym widzimisię. To było tu najpiękniejsze. No, poza jego dziewczyną. Jego dziewczyna była najpiękniejsza. Mimowolnie posłał jej całkiem jednoznaczny uśmiech.
Zaś teraz ten powoli upływający czas, gdy tak po prostu leżeli obok siebie, nic nie mówiąc, bo nie potrzebowali rozmawiać, żeby czuć się dobrze, cholernie szczęśliwie. Ambroise dokładnie taki się czuł. Nieważne, ile miesięcy czy lat upłynęło odkąd podjęli decyzję o tym, by przenieść tu część swojego wspólnego życia, każdego dnia spędzanego w ich Whitby czuł się po prostu właściwie.
Dokładnie tak samo jak u boku jednej kobiety, z którą mógł sobie wyobrazić perspektywę wspólnie spędzanego życia. Kolejnych dekad wypełnionych tym, co mieli i co budowali. Ostatnio również coraz częściej tego, że być może mogli ponownie poruszyć kilka tematów dotychczas odłożonych na półkę, rozważając coś więcej.
Małżeństwo, rodzinę?
Dom już mieli. Wypełnili go swoimi przedmiotami, dostosowali do siebie, uczynili swoim miejscem na ziemi. Mieli również siebie nawzajem. Nieodmiennie od wielu lat tworząc ten obraz szczęśliwej, choć nie do końca konwencjonalnej pary. Było im dobrze w ten sposób. Roise nawet nie próbował tego podważać czy kwestionować, natomiast w ostatnim czasie jego myśli coraz częściej odpływały w kierunku, o który nigdy by się nie podejrzewał.
Szczególnie teraz wraz z nadejściem jesieni przynoszącej pewną melancholię związaną z ciemniejszymi i krótszymi dniami, powoli zaczął zastanawiać się nad tym, co powinno być dalej, choć przecież niczego im nie brakowało.
Aczkolwiek... Może całkiem naturalne byłoby zrobienie czegoś, co po prostu ugruntowałoby ich pozycję? Szczególnie teraz, kiedy starał się o awans, wyższą posadę i mógłby zapewnić im znacznie więcej stabilizacji, a także swobód z tego wynikających.
Mimowolnie kiwnął głową, kątem oka zerkając w kierunku swojej dziewczyny, wieloletniej partnerki, najbliższej mu osoby. Chyba dosłownie ściągając ją myślami, bo nim zdążył ponownie skupić się na czytanym tekście, poczuł łaskotanie w szyję.
Z początku mimowolnie wygiął ramiona w przód, wciskając podbródek w obojczyk i reagując wzdrygnięciem się, ale całkiem przyjemnym. Kąciki jego ust drgnęły lekko, gdy po kilku sekundach na powrót się wyprostował, zagryzając wargę, chrząkając i wracając do czytania na głos.
Wokół rozciągał się kolorowy dywan wrzosów o fioletowo-różowych barwach, bardzo lekko falujących w porywach ciepłego wiatru. W oddali majaczyły drzewa, w których liście zaczynały już zmieniać kolory od zieleni do czerwieni i złota, co zapowiadało nadchodzącą jesień.
Również niewysokie magiczne krzewy tworzące starannie przycięty, wypielęgnowany żywopłot wokół ich oficjalnej części wrzosowiska (niedużego podwórka z ogrodem za domem) choć zimozielone, zaczęły przygotowywać się do jesieni. Ich owoce zaczerwieniły się a liście pociemniały, powoli drgając pod napływem nadmorskiej bryzy.
Było przepięknie. Nawet niebo, które bardzo powoli zaczęło zasnuwać się burzowymi chmurami, w dalszym ciągu przyciągało spojrzenie. Szczególnie wtedy, kiedy przecięła je jasna blyskawica a słońce już całkowicie zniknęło pod plątaniną szarości i granatu.
Ambroise przez lata zdążył nauczyć się, że w tym miejscu pogoda potrafiła zmienić się w naprawdę gwałtowny sposób, jednakże w tym momencie ani myślał podrywać się z koca i uciekać do domu przed wczesnojesienną zawieruchą.
Zamierzał spełnić poranne postanowienie i do samego końca skorzystać z jednego z ostatnich ciepłych dni przed nadejściem chłodnej pory. Mieli jeszcze co najmniej kilka, może kilkanaście minut zanim burza zbliży się do nich na tyle, by w ogóle zaczęli rozważać zbieranie się do chatki.
- Wiciokrzew. Lonicera. Tak właściwie to nawet nie mamy tutaj stricte wiciokrzewu, bo to odnosi się bardziej do płożących się pnączy niżeli do krzaków. Krzewy lonicery część ludzi woli nazywać suchodrzewami, ale to akurat mało trafna nazwa, jeśli mam być szczery - stwierdził odruchowo, odkładając i odsuwając od siebie książkę, żeby przekręcić się na bok, mrugając do Geraldine. - Nie potrzebowałaś tego wyjaśnienia, czyż nie? - Tak właściwie to nawet nie musiał o to pytać, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że rośliny w dalszym ciągu były dla niej dokładnie tym czym magiczne stworzenia dla niego.
Nie, nie czarną magią. Tak by tego nie określił. Zdecydowanie nie Ambroise. Natomiast w dalszym ciągu musiał po prostu przyznać, że ich dziedziny zainteresowań nawet po latach nie pokrywały się w tym zakresie. Mimo to czasami zdarzało mu się zapominać i mówić do Yaxleyówny swoim zawodowym językiem. Musiała z tym jakoś żyć.
- No cóż. I tak je dostałaś. Otwórz buzię - wzruszył ramionami, sięgając w tył, żeby palcami ponownie wymacać jeden z kwiatów. Z zamiarem delikatnego wsunięcia jej go do ust na język tak jak sam to wcześniej zrobił. - Tylko niech nie przyjdzie ci do głowy zbieranie owoców, gdy pojawią się na jesieni, bo tu nie ma powiązań logicznych. Kwiaty są jadalne, owoce za to umiarkowanie toksyczne dla ludzi - uprzedził, machając ręką w kierunku wspomnianych krzewów.
Jednakże darując sobie już dalszy wywód o tym, że tak właściwie to nie istnieją trujące rośliny, bo to dawka stanowi o truciźnie a kategoryzacja flory pod kątem trujące-nietrujące jest wyłącznie sztucznym wytworem systemu i straszakiem dla niewyedukowanych baranów. Zamiast tego skupił się na kolejnych słowach Riny.
- Zaczekaj - na moment uniósł rękę, żeby powstrzymać ukochaną przed pytaniem, na co tak właściwie miałaby czekać, po czym przeciągając się po raz kolejny, wreszcie przetoczył się na bok plecami do Geraldine.
Niemalże zsunął się z koca, wyciągając ręce w kierunku plątaniny dzikich jeżyn, z którymi swego czasu dosyć zacięcie walczył o tereny ich podwórka. Obecnie udało mu się zażegnać tamten kryzys, trwale karczując uparte rośliny.
Te poza granicami ich poletka ziemi mogli natomiast zostać nieruszone. Choć poniekąd również tę część wrzosowiska uważał za ich własną to lubił tę specyficzną dzikość natury. Poza nasadzeniami z wiciokrzewów (no, suchodrzewów) dających im trochę dodatkowej osłony i prywatności, nie ruszył tu niczego, co rosło w zgodzie ze swoją wolą. W tym wypadku dając całkiem duże i soczyste, zwłaszcza jak na dzikie pędy, owoce.
Sięgnął po pierwszą dojrzałą jeżynę, ostrożnie zrywając ją z kłującego pnącza i odkładając na bok na okładkę książki. Możliwe, że nie była to najlepsza decyzja, ale nigdy nie podchodził do tego w zbyt restrykcyjny sposób. Wręcz przeciwnie.
Nawet wtedy jeszcze za czasów długich godzin spędzanych w czterech mieszkanka na Pokątnej, rzucał książki i woluminy dosłownie wszędzie. Tym bardziej im bardziej irytował go brak uzyskiwanej odpowiedzi.
Po latach było to zresztą całkiem zabawne, choć w tamtym momencie dosłownie doprowadzało go na skraj szaleństwa, bo miał wrażenie, że stracił kontrolę nad starannie planowanym, bardzo poukładanym elementem swojego życia.
Z uporem maniaka zagłębiał się więc w księgi, a gdy nie przynosiły mu żadnych racjonalnych informacji (teraz zdawał sobie sprawę, że jakżeby mogły? to nie było nic, co dałoby się ująć na papierze) po prostu rzucał je gdziekolwiek, robiąc z nich sterty na biurku i stole. A gdy nie starczyło tam już miejsca, również na podłodze i każdej innej poziomej płaszczyźnie.
Możliwe, że powinien trochę bardziej dbać o estetykę okładek, nie brudzić kartek, nie zaginać stron w uszka, nie robić sobie zakładek z byle czego, co miał akurat pod ręką (w tym fragmentów roślin), ale cóż. Każdy miał swoje przywary. Niespecjalnie przeszkadzały mu te jego, bo nie robił tego z cudzą własnością. Jedynie ze swoją własną.
Teraz także machnął ręką na to, że sok z nadgniecionego, choć delikatnie zebranego (po prostu bardzo dojrzałego) owocu poplamił okładkę. Zdecydowanie bardziej skupił się na tym, żeby po niespełna dwóch czy trzech minutach zebrać całkiem sporą garstkę jeżyn.
Kiwnął głową z zadowoleniem, wycierając ręce o kępkę trawy i wracając do pierwotnej pozycji, choć tym razem trochę bardziej oparł się na łokciach. Spoglądając przez chwilę na owoce, powolnym ruchem ujął jedną jeżynę w palce, podrzucając ją w górę i łapiąc do ust.
Druga i trzecia skończyła dokładnie tak samo. Z każdą kolejną rzuty robiły się coraz wyższe, momentami nawet podkręcone. Bez dwóch zdań dało się zauważyć, jak bardzo samozadowolony przy tym był, bo żadna nie trafiła na ziemię. Wszystkie złapał prosto do ust, popisując się niczym rozbawiony młodzik.
- No dobrze. To na czym stanęliśmy? Jeżyny już są, choć zaraz ich nie będzie, jeśli nie zaczniesz się nimi częstować. Wino? Kieliszki czy butelka? - Spytał, tak właściwie nie mając żadnych preferencji.
Byli u siebie. Mogli żyć zgodnie z własnym widzimisię. To było tu najpiękniejsze. No, poza jego dziewczyną. Jego dziewczyna była najpiękniejsza. Mimowolnie posłał jej całkiem jednoznaczny uśmiech.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down