15.11.2024, 04:50 ✶
- Nie zapominaj, z kim rozmawiasz - to nie miało być upomnienie, ale w pewnym stopniu tak zabrzmiało, bo przecież znali się bardzo dogłębnie - aż do kości, aż do każdego malutkiego faktu, drobnej naleciałości, mikroskopijnej wady i zalety.
Próba wmawiania mu, że zimą nie jest chłodno nie miała przejść. Nawet jeśli był w średnio tomnym stanie to bez wątpienia doskonale pamiętał o tym, co było tylko fasadą, przyjętą strategią i słowami poniekąd na wyrost. A co najprawdziwszą prawdą, którą na co dzień starał się zmienić w to, co w tym momencie było jeszcze białym kłamstwem.
- Ale dla dobra naszej rozmowy uznajmy, że ci wierzę. Niech będzie. Jesteś tak daleka od skromności jak to tylko możliwe. Jesteś mniej skromna niż ja, zgadza się? - Spytał bez najmniejszych oporów, choć to znowu brzmiało jak bujdy na resorach.
Tak właściwie to Roise raczej szczerze wątpił w to, aby w tym wypadku uczennica była w stanie przerosnąć swojego mistrza. Nawet jeśli uparcie twierdziła, że nim dla niej nie był a wręcz ten jego niereformowalny brak samoświadomości, zawahania i introspekcji doprowadzał ją czasem do białej gorączki.
Poniekąd o to poszło im ostatniego wieczoru, czyż nie? O to, że był niereformowalny, bezczelny, za bardzo do przodu. Rządził się i choć nie usiłował narzucać jej swojego zdania (zależało mu na tym partnerstwie, które zbudowali) to często po prostu działał po swojemu. Przytakiwał zaś potem i tak robił swoje.
Najwyraźniej te instynkty były w nim na tyle silne, że również znajdując się na pograniczu życia i śmierci w dalszym ciągu usiłował wydawać polecenia, których kompletnie nie pamiętał. Aż spojrzał na Geraldine z niedowierzaniem, mrugając kilka razy i niemalże wzruszając ramionami.
- No skoro tak mówisz - nie zamierzał sobie ujmować, jeżeli rzeczywiście był w stanie przekazać jej coś przydatnego prócz majaków i zlepków słów pozbawionych jakiejkolwiek logiki.
Najpewniej dobrze byłoby, gdyby spróbował przypomnieć sobie przebieg wydarzeń od momentu, kiedy pojawił się w domu. A jeszcze lepiej znacznie, znacznie wcześniej. Natomiast obecnie to nie było na jego skołataną głowę. Tym bardziej, że stosunkowo szybko tracił wątek.
- La petite mort, najdroższa, nie mam nic przeciwko temu, żeby dziś trochę poumierać - mruknął zaczepnie, kolejny raz starając się zabrzmieć znacznie bardziej sugestywnie, prowokacyjnie, zapraszająco.
I ponosząc w tym kolejną małą klęskę. Jak tak dalej pójdzie to ten stan, w jakim się znalazł, wykończy go znacznie szybciej i bardziej ostatecznie niż obrażenia wewnętrzne lub zewnętrzne.
Te, którymi najprawdopodobniej powinni się niedługo zająć, bo nie sądził, aby czynności z poprzedniego wieczoru miały przynieść dostateczne efekty. Czuł się fatalnie. Nawet nie chciał wiedzieć jak musi obecnie wyglądać, ale gdyby miał o tym wyrokować to powiedziałby, że właśnie sobie uświadomił czemu jego naturalny czar na nią nie działa.
Bowiem najpewniej musiał wyglądać jak przeklęte widmo. Człowiek z pogranicza życia i śmierci. Zeszłej nocy niemalże zimny trup. Tego poranka rozgrzany, gorączkujący piec kaflowy, choć sam w dalszym ciągu odczuwał okazjonalne lodowate dreszcze. Ze skrajności w skrajność. Jak zawsze. Zupełnie jak przez całe swoje życie, choć tym razem w bardzo niechciany sposób.
A potem w jeszcze gorszy, bo pięć dni.
Nie było go pięć dni.
Nie kilka godzin.
Nie jedną noc.
Nie jeden dzień.
Nie dwa.
Nie trzy.
Nawet nie cztery.
Przeklęte pięć dni, których świadomość uderzyła go obuchem. Nawet nie umiał tego wyjaśnić. Nie miał słów. Jedynie zbolałą minę, którą zrobił, gdy to dotarło do niego z pełnym znaczeniem.
Spektakularnie zjebał. Sam nie wiedział, co miał z tym zrobić.
- Coś pamiętam - odmruknął gorzko, przenosząc wzrok na sufit i powstrzymując wzruszenie ramion. - Między innymi to, że chcesz angażować się w mój odwet. Tak, to akurat pamiętam, więc nie. Nic nie pamiętam - najlepiej byłoby, żeby te słowa w ogóle nie padły z jego ust, ale obiecali sobie pełną szczerość.
Szczególnie teraz podświadomie zależało mu na tym, aby nie posuwać się do kolejnych niskich, godnych pożałowania zabiegów i ukrywać przed nią, że choć większość słów, które padły między nimi poprzedniej nocy była dla niego niczym więcej niżeli rozmytym bezsensem, to tamte konkretne wymiany zdań trwale zapisały się w jego pamięci.
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę - odpowiedział bezbłędnie, nie siląc się przy tym na to, żeby brzmieć, jakby jakkolwiek kwestionował skłonność ukochanej do przeginania.
Oboje to robili, czyż nie? Pod tym względem byli siebie warci niemalże dokładnie tak jak pod wszystkimi innymi. Nie bez powodu była mu tak bliska, tak bardzo zrozumiała, ale jednocześnie potrafiła tak mocno i intensywnie go rozjuszyć. Poruszała w jego duszy wszystkie struny, które odpowiadały za jego własne nadmierne reakcje.
- Wybacz. Następnym razem zapiszę je na kartce z kalendarza, wydrę ją i powieszę w kuchni - burknął nieco poirytowany tym, w jaki sposób wytykała mu te wszystkie rzeczy, które tak - spektakularnie zawalił, ale nie zrobił tego w pełni świadomości ani tym bardziej z przytomnością umysłu. - Rzecz jasna będę to pisać w ogniu kłótni, więc będziesz mi mogła patrzeć przez ramię i komentować to, jakie mam cudowne lekarskie pismo - no, tego także nie musiał mówić, szczególnie nie w ten sposób.
Tym bardziej, że widział, ile musiały ją kosztować te wszystkie dni bez dania przez niego znaku życia. Dla niego te godziny zlały się w jedno, ale ona musiała przeżywać prawdziwe katusze.
On by je przeżywał. I teraz czuł się z tym naprawdę fatalnie, przyjmując ofensywną postawę tylko po to, żeby nie pójść w miękką, żałosną defensywę. Już i tak czuł się słaby i cholernie niemęski. Szczególnie w oczach własnej kobiety, która nie powinna być zmuszona zajmować się nim jak dzieckiem.
Westchnął ciężko, kaszląc i kręcąc głową.
- Ostatni - obiecał już znacznie bardziej ugodowo, bo przecież wcale nie chciał się kłócić z Geraldine.
Szczególnie nie teraz ani tym bardziej nie po tym wszystkim, co się wydarzyło. A także, co nie miało miejsca, bo słusznie zauważył, że no tak, tak jak to stwierdziła jego najdroższa - rychło w czas uświadomił sobie coś naprawdę istotnego.
- Możesz to przynieść do sypialni. Pomogę ci znaleźć najważniejsze informacje, na bieżąco wyjaśnię ci to, co konieczne - bardzo powoli skinął głową, jednak niemal od razu zmrużył oczy na te następne słowa dziewczyny. - Ty też nigdy jakoś nie kwapiłaś się, by być moją stażystką - stwierdził, odbijając ten raczej zbędny komentarz, choć niemal od razu się przy tym zreflektował. - A to mogłoby być całkiem ciekawe doznanie. Mógłbym być jeszcze bardziej stanowczy - jak zwykle odruchowo przyjął taką a nie inną postawę, próbując obrócić to w kierunku, który zazwyczaj działał i sprawiał im obojgu niezłą satysfakcję.
Z tym, że Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że to nie był czas ani miejsce na to, żeby próbować zachowywać się w tak luźny, niezobowiązujący sposób. Nie, gdy dopiero zaczynał dostrzegać najgorszą część pokłosia pochopnie podjętych decyzji i usiłował sobie z tym radzić, nie tracąc po drodze wszystkiego, co było dla niego najważniejsze. Nie tracąc Jej.
- Opowiedz - odezwał się cicho, ale zdecydowanie, bo nawet jeśli nie do końca chciał wiedzieć, jak bardzo w niego zwątpiła przez te wszystkie dni, które dla Greengrassa były wyłącznie zlepkiem chaotycznych wspomnień będących w stanie wypełnić może dwadzieścia cztery godziny, nie zaś ponad sto dwadzieścia...
...to nie chciał, żeby skoro ten temat już się pojawił to został przez nich na powrót wciśnięty gdzieś między książki w gabinecie i zapomniany do chwili, w której jego najdroższa wreszcie pęknie i wykrzyczy mu wszystkie swoje obawy. Szczególnie, że Ambroise naprawdę sądził, iż nie dawał jej zbyt wielu powodów do tego, aby obawiała się czegoś złego z jego strony.
Kochał ją. Czasami miał wrażenie, że do otępienia, do szaleństwa. Nawet po tak długim czasie u jej boku, miał wrażenie, że z dnia na dzień coraz bardziej. Miała swoje miejsce we wszystkim, co robił i o czym myślał. Dlatego tym bardziej czuł się teraz jak ostatni kawał gnoja przez to, co się stało.
Bo to nigdy nie miało mieć miejsca. Zdecydowanie, skoro tak długo starał się, by tamta ich rozmowa z przeszłości nigdy nie musiała być wyciągnięta jako argument za tym, że zawsze wiedzieli, że kiedyś nadejdzie ta chwila, że ostrzegał swoją ukochaną, że pisała się na to, że on może kiedyś wrócić w takim stanie jak wczoraj lub też nie wrócić wcale.
Roise bez wątpienia znał ryzyko. Zawsze miał je gdzieś z tyłu głowy. Nie bez powodu ich jeden czy drugi dom mógł robić za skład medykamentów. W razie jakichkolwiek życiowych perturbacji byli naprawdę dobrze zaopatrzeni. Zarówno w medykamenty, jak i w broń.
W razie kryzysu, który gdzieś tam powoli majaczył na horyzoncie magicznego świata (chwilowo tylko jako ledwie dostrzegalna, trudna do interpretowania łuna) stali znacznie lepiej niż większość czarodziejów. Mógłby pokusić się o stwierdzenie, że lepiej niż Mung, bo mieli te jej zabawki i znaczenie lepiej od Ministerstwa - z uwagi na eliksiry, maści i inne medykamenty.
A jednak zeszłej nocy niemalże to nie wystarczyło. Bowiem zabrakło tego głównego elementu, o którym jak totalny kretyn po prostu nie pomyślał. Zawsze to on był na miejscu, aby wspierać swoją dziewczynę. To on ją leczył albo był w stanie powoli tłumaczyć (no, czasami mniej powoli i mniej tłumaczyć) każdy kolejny krok, jaki musiała poczynić.
Byli w tym tacy wprawieni i tak bardzo przyzwyczajeni do tego stanu rzeczy, iż nawet nie wzięli pod uwagę tej najbardziej posępnej oczywistości. Tego, o czym przecież rozmawiali. Konieczności bycia przygotowanymi na to, że w razie nagłego kryzysu byłaby w stanie doprowadzić go choćby na skraj świadomości, aby mógł myśleć rozsądnie i próbować pomóc jej w dalszych czynnościach.
Zeszłego wieczoru, poprzedniej nocy jakimś cudem najwyraźniej udało mu się wydusić z siebie na tyle logiczne polecenia, że Geraldine dała radę podać mu względnie właściwe eliksiry. Nie chciał jej mówić, że być może odrobinę przesadzili, nie pilnując odstępów czasowych i mieszając wszystko ze sobą najpewniej jedno od razu po drugim. Natomiast praktycznie nic z tego nie utkwiło mu w pamięci.
Nadal był zamroczony. Leki robiły swoje, podtrzymywały go w całkiem łagodnym stanie, pomagały mu w skoncentrowaniu się na czymś innym niżeli wyłącznie na bólu, ale miały też swoje niepodważalne skutki uboczne. Wprawiały go w dziwny stan otumanienia, w którym Ambroise nie do końca doskonale łączył wątki i nie był chyba najbardziej idealnym rozmówcą.
Mimo to się starał. No i chyba, możliwe że, najpewniej był przy tym nieco bardziej bezpośredni i szczery niż powinien być. Nie w swoim zwyczajowym sensie. Nie, nie. Tylko w tej ułagodzonej wersji, wielokrotnie zapewniającej ją o swoich uczuciach. Był wylewny? Chyba tak. Cholera.
- W żaden sposób - nie mógł ani nawet nie chciał się z nią obecnie spierać o to, co miała na myśli, gdy mu to mówiła, ale mimo to odruchowo zmarszczył czoło; no i znowu zabolało. - Myślałem, że mamy to od dawna twardo ustalone - stwierdził tak, jakby jeszcze przed chwilą sam nie zasugerował możliwości wycofania się, jeśli to wszystko to było dla niej zbyt wiele.
Wcale o tym nie zapomniał. Jakżeby śmiał, skoro nie był to jego zbyt światły, ale bez wątpienia całkiem emocjonalny moment. W tej chwili mało co był w stanie wypierać. Zupełnie tak, jakby wszelkie te siły zostały pochłonięte przez ciągłe odpieranie fal bólu. Natomiast całkowicie przytomnie postanowił pominąć tę kwestię, zamiast tego mobilizując się, żeby unieść głowę i spojrzeć Geraldine prosto w oczy.
- Nie odpierdoli mi tak bardzo, żebym kiedykolwiek mógł cię wypuścić z rąk. Mamy jasność? Tak jak już mówiłem. Jesteś na mnie skazana - w tym momencie nie pozwolił sobie na uśmiech mogący osłabić znaczenie jego słów.
Coś takiego nawet nie wchodziło w grę. Nie wyobrażał sobie, aby mogli tak bez słowa wrócić do bycia sobie obcy. Nie, gdy od tyłu lat spędzali u swojego boku większość wolnego czasu. Kiedy dostosowywał do niej swój grafik w pracy, byleby tylko móc choćby przelotnie pocałować ją zanim zniknęła mu na całodniowe polowanie.
Nie, kiedy każda myśl w kontekście przyszłości miała ją w sobie. Nie w momencie, w którym dał jej zająć należyte miejsce u jego boku, traktując ją jak kogoś, kto od zawsze powinien tam być. Zupełnie tak, jakby chodziło o dekady przedtem i dekady w przyszłości. Nie. Myślenie, że mógłby ją porzucić było skrajnie głupie. To, że wyjątkowo dyskretnie tego nie powiedział, nie oznaczało, że nie posłał Rinie bardzo ganiącego spojrzenia.
Chwilę później jednak łagodniejąc pod wpływem jej dotyku i kolejnych słów. Była tuż obok. Mógł jej dotknąć, mógł ją przytulić, objąć, poczuć bicie serca przy swoim ciele. Wciągnąć w płuca kojący zapach domu i po prostu lekko kiwnąć głową, muskając palcami jej policzek.
- Tak. To obietnica. Zaś o jej dalszych aspektach... ...przyczynach i tak dalej ... ...porozmawiajmy, gdy tylko się stąd ruszę - mruknął cicho, wieloznacznie, ale całkowicie szczerze. - Jest o czym.
Mieli wiele tematów do poruszenia. Ten jeden był chyba jednym z ważniejszych. Przynajmniej tak to obecnie czuł, mogąc nareszcie złapać oddech, bo była tuż przy nim. Nigdzie się nie wybierała, on również nie. Przymknął oczy, gładząc ją po ramieniu. Nie było dobrze, ale było lepiej.
Nie mógł nie czuć tej ulgi.
Próba wmawiania mu, że zimą nie jest chłodno nie miała przejść. Nawet jeśli był w średnio tomnym stanie to bez wątpienia doskonale pamiętał o tym, co było tylko fasadą, przyjętą strategią i słowami poniekąd na wyrost. A co najprawdziwszą prawdą, którą na co dzień starał się zmienić w to, co w tym momencie było jeszcze białym kłamstwem.
- Ale dla dobra naszej rozmowy uznajmy, że ci wierzę. Niech będzie. Jesteś tak daleka od skromności jak to tylko możliwe. Jesteś mniej skromna niż ja, zgadza się? - Spytał bez najmniejszych oporów, choć to znowu brzmiało jak bujdy na resorach.
Tak właściwie to Roise raczej szczerze wątpił w to, aby w tym wypadku uczennica była w stanie przerosnąć swojego mistrza. Nawet jeśli uparcie twierdziła, że nim dla niej nie był a wręcz ten jego niereformowalny brak samoświadomości, zawahania i introspekcji doprowadzał ją czasem do białej gorączki.
Poniekąd o to poszło im ostatniego wieczoru, czyż nie? O to, że był niereformowalny, bezczelny, za bardzo do przodu. Rządził się i choć nie usiłował narzucać jej swojego zdania (zależało mu na tym partnerstwie, które zbudowali) to często po prostu działał po swojemu. Przytakiwał zaś potem i tak robił swoje.
Najwyraźniej te instynkty były w nim na tyle silne, że również znajdując się na pograniczu życia i śmierci w dalszym ciągu usiłował wydawać polecenia, których kompletnie nie pamiętał. Aż spojrzał na Geraldine z niedowierzaniem, mrugając kilka razy i niemalże wzruszając ramionami.
- No skoro tak mówisz - nie zamierzał sobie ujmować, jeżeli rzeczywiście był w stanie przekazać jej coś przydatnego prócz majaków i zlepków słów pozbawionych jakiejkolwiek logiki.
Najpewniej dobrze byłoby, gdyby spróbował przypomnieć sobie przebieg wydarzeń od momentu, kiedy pojawił się w domu. A jeszcze lepiej znacznie, znacznie wcześniej. Natomiast obecnie to nie było na jego skołataną głowę. Tym bardziej, że stosunkowo szybko tracił wątek.
- La petite mort, najdroższa, nie mam nic przeciwko temu, żeby dziś trochę poumierać - mruknął zaczepnie, kolejny raz starając się zabrzmieć znacznie bardziej sugestywnie, prowokacyjnie, zapraszająco.
I ponosząc w tym kolejną małą klęskę. Jak tak dalej pójdzie to ten stan, w jakim się znalazł, wykończy go znacznie szybciej i bardziej ostatecznie niż obrażenia wewnętrzne lub zewnętrzne.
Te, którymi najprawdopodobniej powinni się niedługo zająć, bo nie sądził, aby czynności z poprzedniego wieczoru miały przynieść dostateczne efekty. Czuł się fatalnie. Nawet nie chciał wiedzieć jak musi obecnie wyglądać, ale gdyby miał o tym wyrokować to powiedziałby, że właśnie sobie uświadomił czemu jego naturalny czar na nią nie działa.
Bowiem najpewniej musiał wyglądać jak przeklęte widmo. Człowiek z pogranicza życia i śmierci. Zeszłej nocy niemalże zimny trup. Tego poranka rozgrzany, gorączkujący piec kaflowy, choć sam w dalszym ciągu odczuwał okazjonalne lodowate dreszcze. Ze skrajności w skrajność. Jak zawsze. Zupełnie jak przez całe swoje życie, choć tym razem w bardzo niechciany sposób.
A potem w jeszcze gorszy, bo pięć dni.
Nie było go pięć dni.
Nie kilka godzin.
Nie jedną noc.
Nie jeden dzień.
Nie dwa.
Nie trzy.
Nawet nie cztery.
Przeklęte pięć dni, których świadomość uderzyła go obuchem. Nawet nie umiał tego wyjaśnić. Nie miał słów. Jedynie zbolałą minę, którą zrobił, gdy to dotarło do niego z pełnym znaczeniem.
Spektakularnie zjebał. Sam nie wiedział, co miał z tym zrobić.
- Coś pamiętam - odmruknął gorzko, przenosząc wzrok na sufit i powstrzymując wzruszenie ramion. - Między innymi to, że chcesz angażować się w mój odwet. Tak, to akurat pamiętam, więc nie. Nic nie pamiętam - najlepiej byłoby, żeby te słowa w ogóle nie padły z jego ust, ale obiecali sobie pełną szczerość.
Szczególnie teraz podświadomie zależało mu na tym, aby nie posuwać się do kolejnych niskich, godnych pożałowania zabiegów i ukrywać przed nią, że choć większość słów, które padły między nimi poprzedniej nocy była dla niego niczym więcej niżeli rozmytym bezsensem, to tamte konkretne wymiany zdań trwale zapisały się w jego pamięci.
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę - odpowiedział bezbłędnie, nie siląc się przy tym na to, żeby brzmieć, jakby jakkolwiek kwestionował skłonność ukochanej do przeginania.
Oboje to robili, czyż nie? Pod tym względem byli siebie warci niemalże dokładnie tak jak pod wszystkimi innymi. Nie bez powodu była mu tak bliska, tak bardzo zrozumiała, ale jednocześnie potrafiła tak mocno i intensywnie go rozjuszyć. Poruszała w jego duszy wszystkie struny, które odpowiadały za jego własne nadmierne reakcje.
- Wybacz. Następnym razem zapiszę je na kartce z kalendarza, wydrę ją i powieszę w kuchni - burknął nieco poirytowany tym, w jaki sposób wytykała mu te wszystkie rzeczy, które tak - spektakularnie zawalił, ale nie zrobił tego w pełni świadomości ani tym bardziej z przytomnością umysłu. - Rzecz jasna będę to pisać w ogniu kłótni, więc będziesz mi mogła patrzeć przez ramię i komentować to, jakie mam cudowne lekarskie pismo - no, tego także nie musiał mówić, szczególnie nie w ten sposób.
Tym bardziej, że widział, ile musiały ją kosztować te wszystkie dni bez dania przez niego znaku życia. Dla niego te godziny zlały się w jedno, ale ona musiała przeżywać prawdziwe katusze.
On by je przeżywał. I teraz czuł się z tym naprawdę fatalnie, przyjmując ofensywną postawę tylko po to, żeby nie pójść w miękką, żałosną defensywę. Już i tak czuł się słaby i cholernie niemęski. Szczególnie w oczach własnej kobiety, która nie powinna być zmuszona zajmować się nim jak dzieckiem.
Westchnął ciężko, kaszląc i kręcąc głową.
- Ostatni - obiecał już znacznie bardziej ugodowo, bo przecież wcale nie chciał się kłócić z Geraldine.
Szczególnie nie teraz ani tym bardziej nie po tym wszystkim, co się wydarzyło. A także, co nie miało miejsca, bo słusznie zauważył, że no tak, tak jak to stwierdziła jego najdroższa - rychło w czas uświadomił sobie coś naprawdę istotnego.
- Możesz to przynieść do sypialni. Pomogę ci znaleźć najważniejsze informacje, na bieżąco wyjaśnię ci to, co konieczne - bardzo powoli skinął głową, jednak niemal od razu zmrużył oczy na te następne słowa dziewczyny. - Ty też nigdy jakoś nie kwapiłaś się, by być moją stażystką - stwierdził, odbijając ten raczej zbędny komentarz, choć niemal od razu się przy tym zreflektował. - A to mogłoby być całkiem ciekawe doznanie. Mógłbym być jeszcze bardziej stanowczy - jak zwykle odruchowo przyjął taką a nie inną postawę, próbując obrócić to w kierunku, który zazwyczaj działał i sprawiał im obojgu niezłą satysfakcję.
Z tym, że Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że to nie był czas ani miejsce na to, żeby próbować zachowywać się w tak luźny, niezobowiązujący sposób. Nie, gdy dopiero zaczynał dostrzegać najgorszą część pokłosia pochopnie podjętych decyzji i usiłował sobie z tym radzić, nie tracąc po drodze wszystkiego, co było dla niego najważniejsze. Nie tracąc Jej.
- Opowiedz - odezwał się cicho, ale zdecydowanie, bo nawet jeśli nie do końca chciał wiedzieć, jak bardzo w niego zwątpiła przez te wszystkie dni, które dla Greengrassa były wyłącznie zlepkiem chaotycznych wspomnień będących w stanie wypełnić może dwadzieścia cztery godziny, nie zaś ponad sto dwadzieścia...
...to nie chciał, żeby skoro ten temat już się pojawił to został przez nich na powrót wciśnięty gdzieś między książki w gabinecie i zapomniany do chwili, w której jego najdroższa wreszcie pęknie i wykrzyczy mu wszystkie swoje obawy. Szczególnie, że Ambroise naprawdę sądził, iż nie dawał jej zbyt wielu powodów do tego, aby obawiała się czegoś złego z jego strony.
Kochał ją. Czasami miał wrażenie, że do otępienia, do szaleństwa. Nawet po tak długim czasie u jej boku, miał wrażenie, że z dnia na dzień coraz bardziej. Miała swoje miejsce we wszystkim, co robił i o czym myślał. Dlatego tym bardziej czuł się teraz jak ostatni kawał gnoja przez to, co się stało.
Bo to nigdy nie miało mieć miejsca. Zdecydowanie, skoro tak długo starał się, by tamta ich rozmowa z przeszłości nigdy nie musiała być wyciągnięta jako argument za tym, że zawsze wiedzieli, że kiedyś nadejdzie ta chwila, że ostrzegał swoją ukochaną, że pisała się na to, że on może kiedyś wrócić w takim stanie jak wczoraj lub też nie wrócić wcale.
Roise bez wątpienia znał ryzyko. Zawsze miał je gdzieś z tyłu głowy. Nie bez powodu ich jeden czy drugi dom mógł robić za skład medykamentów. W razie jakichkolwiek życiowych perturbacji byli naprawdę dobrze zaopatrzeni. Zarówno w medykamenty, jak i w broń.
W razie kryzysu, który gdzieś tam powoli majaczył na horyzoncie magicznego świata (chwilowo tylko jako ledwie dostrzegalna, trudna do interpretowania łuna) stali znacznie lepiej niż większość czarodziejów. Mógłby pokusić się o stwierdzenie, że lepiej niż Mung, bo mieli te jej zabawki i znaczenie lepiej od Ministerstwa - z uwagi na eliksiry, maści i inne medykamenty.
A jednak zeszłej nocy niemalże to nie wystarczyło. Bowiem zabrakło tego głównego elementu, o którym jak totalny kretyn po prostu nie pomyślał. Zawsze to on był na miejscu, aby wspierać swoją dziewczynę. To on ją leczył albo był w stanie powoli tłumaczyć (no, czasami mniej powoli i mniej tłumaczyć) każdy kolejny krok, jaki musiała poczynić.
Byli w tym tacy wprawieni i tak bardzo przyzwyczajeni do tego stanu rzeczy, iż nawet nie wzięli pod uwagę tej najbardziej posępnej oczywistości. Tego, o czym przecież rozmawiali. Konieczności bycia przygotowanymi na to, że w razie nagłego kryzysu byłaby w stanie doprowadzić go choćby na skraj świadomości, aby mógł myśleć rozsądnie i próbować pomóc jej w dalszych czynnościach.
Zeszłego wieczoru, poprzedniej nocy jakimś cudem najwyraźniej udało mu się wydusić z siebie na tyle logiczne polecenia, że Geraldine dała radę podać mu względnie właściwe eliksiry. Nie chciał jej mówić, że być może odrobinę przesadzili, nie pilnując odstępów czasowych i mieszając wszystko ze sobą najpewniej jedno od razu po drugim. Natomiast praktycznie nic z tego nie utkwiło mu w pamięci.
Nadal był zamroczony. Leki robiły swoje, podtrzymywały go w całkiem łagodnym stanie, pomagały mu w skoncentrowaniu się na czymś innym niżeli wyłącznie na bólu, ale miały też swoje niepodważalne skutki uboczne. Wprawiały go w dziwny stan otumanienia, w którym Ambroise nie do końca doskonale łączył wątki i nie był chyba najbardziej idealnym rozmówcą.
Mimo to się starał. No i chyba, możliwe że, najpewniej był przy tym nieco bardziej bezpośredni i szczery niż powinien być. Nie w swoim zwyczajowym sensie. Nie, nie. Tylko w tej ułagodzonej wersji, wielokrotnie zapewniającej ją o swoich uczuciach. Był wylewny? Chyba tak. Cholera.
- W żaden sposób - nie mógł ani nawet nie chciał się z nią obecnie spierać o to, co miała na myśli, gdy mu to mówiła, ale mimo to odruchowo zmarszczył czoło; no i znowu zabolało. - Myślałem, że mamy to od dawna twardo ustalone - stwierdził tak, jakby jeszcze przed chwilą sam nie zasugerował możliwości wycofania się, jeśli to wszystko to było dla niej zbyt wiele.
Wcale o tym nie zapomniał. Jakżeby śmiał, skoro nie był to jego zbyt światły, ale bez wątpienia całkiem emocjonalny moment. W tej chwili mało co był w stanie wypierać. Zupełnie tak, jakby wszelkie te siły zostały pochłonięte przez ciągłe odpieranie fal bólu. Natomiast całkowicie przytomnie postanowił pominąć tę kwestię, zamiast tego mobilizując się, żeby unieść głowę i spojrzeć Geraldine prosto w oczy.
- Nie odpierdoli mi tak bardzo, żebym kiedykolwiek mógł cię wypuścić z rąk. Mamy jasność? Tak jak już mówiłem. Jesteś na mnie skazana - w tym momencie nie pozwolił sobie na uśmiech mogący osłabić znaczenie jego słów.
Coś takiego nawet nie wchodziło w grę. Nie wyobrażał sobie, aby mogli tak bez słowa wrócić do bycia sobie obcy. Nie, gdy od tyłu lat spędzali u swojego boku większość wolnego czasu. Kiedy dostosowywał do niej swój grafik w pracy, byleby tylko móc choćby przelotnie pocałować ją zanim zniknęła mu na całodniowe polowanie.
Nie, kiedy każda myśl w kontekście przyszłości miała ją w sobie. Nie w momencie, w którym dał jej zająć należyte miejsce u jego boku, traktując ją jak kogoś, kto od zawsze powinien tam być. Zupełnie tak, jakby chodziło o dekady przedtem i dekady w przyszłości. Nie. Myślenie, że mógłby ją porzucić było skrajnie głupie. To, że wyjątkowo dyskretnie tego nie powiedział, nie oznaczało, że nie posłał Rinie bardzo ganiącego spojrzenia.
Chwilę później jednak łagodniejąc pod wpływem jej dotyku i kolejnych słów. Była tuż obok. Mógł jej dotknąć, mógł ją przytulić, objąć, poczuć bicie serca przy swoim ciele. Wciągnąć w płuca kojący zapach domu i po prostu lekko kiwnąć głową, muskając palcami jej policzek.
- Tak. To obietnica. Zaś o jej dalszych aspektach... ...przyczynach i tak dalej ... ...porozmawiajmy, gdy tylko się stąd ruszę - mruknął cicho, wieloznacznie, ale całkowicie szczerze. - Jest o czym.
Mieli wiele tematów do poruszenia. Ten jeden był chyba jednym z ważniejszych. Przynajmniej tak to obecnie czuł, mogąc nareszcie złapać oddech, bo była tuż przy nim. Nigdzie się nie wybierała, on również nie. Przymknął oczy, gładząc ją po ramieniu. Nie było dobrze, ale było lepiej.
Nie mógł nie czuć tej ulgi.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down