15.11.2024, 15:06 ✶
- Grozisz czy obiecujesz?
- Jeszcze nie zdecydowałem.- Odparł, odpowiadając jej bardziej mimiką i gestykulacją niż konkretnymi słowami. Uśmiechał się w ten sam szelmowski sposób. Może to te słynne malfoyowe geny i wrodzona pewność siebie? A może po prostu to, że przy zmrużonych oczach i w odpowiednio słabym świetle dziewczę pewnie przypominałoby kogoś innego.
Słuchał, gdy opowiadała o kraju, języku i szkole, chłonąc i zapamiętując każdą drobną informację na ten temat. Słuchał łapiąc się na tym, że nie przeszkadza mu dziwaczny akcent, lekka skandynawska maniera. Była inna. Interesująca.
Dumstrang.
A to było bardzo ciekawe. O samej szkole wiedział… niewiele. Był tym typem człowieka, który nieprzesadnie interesował się nawet własnym edukacyjnym podwórkiem. Jak tylko go skończył - nawet się nie pożegnał, tylko poszedł w swoją stronę. Odetchnął z ulgą. Nauczyciele też zapewne odetchnęli.
Zaśmiał się dopiero, gdy znaleźli się praktycznie na miejscu, słysząc o schodach abstynentów.
- Nieźle to niezłe niedopowiedzenie, panienko Mulciber. - Przepuścił ją w drodze na samą górę, ot tak, dla pewności, że jednak nie straci równowagi i nie runie do tyłu.
Historia jego aktualnego lokum nie była jakoś szczególnie interesująca. Mało to było zbuntowanych dzieciaków, które wyszły z domu urażone i nigdy nie wróciły? Z tym wyjątkiem, że on miał gdzie iść - wylądował wprost w ramionach człowieka, o którym z trwogą w głosie, niemal nabożnym szeptem zawsze mówił Ojciec. A potem, wiele rzeczy się zadziało równocześnie. Armand Malfoy postanowił zaszczepić swoje własne młodzieńcze marzenia o aktorstwie w umyśle Baldwina, przesycić jego umysł uwielbieniem do tej patetycznej dramaturgii prezentowanej w The Globe. Potem jakiś nieszczęśnik przypadkowo, niemetaforycznie połamał obie nogi nie mogąc dłużej grać… I… jakoś to poszło.
- Nie wynajmują. Ale czasem okazują litość biednym, młodym aktorom i pozwalają się im zatrzymać u siebie. A potem całe to miłosierdzie odliczają od ich wypłat.- Wzruszył delikatnie ramionami, nie chcąc budzić Rozalindy. Nie było w tym większej filozofii, żadnej romantycznej opowieści o tym, że jako udręczony artysta zakochał się w atmosferze tego wiekowego miejsca.
Zatrzymał się u szczytu schodów, stając tak, by mogła bezpiecznie oprzeć się o barierkę, w czasie gdy wygrzebie z kieszeni stary klucz, manewrując tak, by nie obudzić śpiącej już w najlepsze szczurzej wojowniczki.. Najwyraźniej mieszkania per se nie broniły żadne zaklęcia czy inne tarcze, a sam Baldwin niewiele się tym przejmował. Bo i po co? Nie było tam zapewne nic cennego i wartościowego.
Spojrzał na kilka porzuconych na wycieraczce listów i jeden większy pakunek oznaczony pieczęcią jednego z londyńskich sklepów dla artystów.
- Czy mogłabyś…?- Zapytał, dając Scarlett jasny sygnał, żeby je zabrała ze sobą do środka. W końcu udało mu się otworzyć drzwi i wpuścić dziewczynę do środka.
Główne pomieszczenie samo w sobie nie było za duże, choć wyjątkowo wysokie - ot urok typowej architektury magicznego Londynu. Coś co kiedyś było przyzwoitym strychem na rekwizyty, aktualnie pełniło rolę pracowni artystycznej, salonu (a sądząc po kocu i poduszce porzuconej na kanapie - również i tymczasowej sypialni), a nawet aneksu kuchennego. Każdy cal powierzchni zajmowały niedokończone obrazy, stosy pergaminów, płótna, podobrazia i ramy. Butelki wypełnione starymi i nowymi pędzlami. Z wysokich ścian spoglądały na wpół dokończone portrety kompletnie zapewne mu nieznanych czarodziejów i czarownic. Niektóre zupełnie zwyczajne, inne pokraczne i niemal zdeformowane.Ciężko było oderwać od nich wzrok, jeśli zatrzymało się go na zbyt długo na pustych spojrzeniach modeli. Pod oknem stała rozstawiona sztaluga - aktualnie pusta. Na taborecie przy drzwiach leżała sterta nieotwartych kopert, którymi najwyraźniej się pan Malfoy nie przejmował.
Nie tłumaczył się również przesadnie z bałaganu.
- Whisky na stoliku.- Wskazał gestem głowy na w połowie pełną butelkę porzuconą obok opasłego szkicownika i pudełka pełnego pałeczek i kawałków węgla.- Jakieś szklanki znajdziesz w szafce nad zlewem. Przynajmniej jedna tam na pewno jest. Obsłuż się, rozgość, wsadzę młodą do wanny to sobie naleję.
To powiedziawszy bez zbędnej krępacji zniknął w bocznych drzwiach. Nie domknął ich i po niedługiej chwili dało się usłyszeć cichy szczęk instalacji i szum wody w starych rurach.
- Jeszcze nie zdecydowałem.- Odparł, odpowiadając jej bardziej mimiką i gestykulacją niż konkretnymi słowami. Uśmiechał się w ten sam szelmowski sposób. Może to te słynne malfoyowe geny i wrodzona pewność siebie? A może po prostu to, że przy zmrużonych oczach i w odpowiednio słabym świetle dziewczę pewnie przypominałoby kogoś innego.
Słuchał, gdy opowiadała o kraju, języku i szkole, chłonąc i zapamiętując każdą drobną informację na ten temat. Słuchał łapiąc się na tym, że nie przeszkadza mu dziwaczny akcent, lekka skandynawska maniera. Była inna. Interesująca.
Dumstrang.
A to było bardzo ciekawe. O samej szkole wiedział… niewiele. Był tym typem człowieka, który nieprzesadnie interesował się nawet własnym edukacyjnym podwórkiem. Jak tylko go skończył - nawet się nie pożegnał, tylko poszedł w swoją stronę. Odetchnął z ulgą. Nauczyciele też zapewne odetchnęli.
Zaśmiał się dopiero, gdy znaleźli się praktycznie na miejscu, słysząc o schodach abstynentów.
- Nieźle to niezłe niedopowiedzenie, panienko Mulciber. - Przepuścił ją w drodze na samą górę, ot tak, dla pewności, że jednak nie straci równowagi i nie runie do tyłu.
Historia jego aktualnego lokum nie była jakoś szczególnie interesująca. Mało to było zbuntowanych dzieciaków, które wyszły z domu urażone i nigdy nie wróciły? Z tym wyjątkiem, że on miał gdzie iść - wylądował wprost w ramionach człowieka, o którym z trwogą w głosie, niemal nabożnym szeptem zawsze mówił Ojciec. A potem, wiele rzeczy się zadziało równocześnie. Armand Malfoy postanowił zaszczepić swoje własne młodzieńcze marzenia o aktorstwie w umyśle Baldwina, przesycić jego umysł uwielbieniem do tej patetycznej dramaturgii prezentowanej w The Globe. Potem jakiś nieszczęśnik przypadkowo, niemetaforycznie połamał obie nogi nie mogąc dłużej grać… I… jakoś to poszło.
- Nie wynajmują. Ale czasem okazują litość biednym, młodym aktorom i pozwalają się im zatrzymać u siebie. A potem całe to miłosierdzie odliczają od ich wypłat.- Wzruszył delikatnie ramionami, nie chcąc budzić Rozalindy. Nie było w tym większej filozofii, żadnej romantycznej opowieści o tym, że jako udręczony artysta zakochał się w atmosferze tego wiekowego miejsca.
Zatrzymał się u szczytu schodów, stając tak, by mogła bezpiecznie oprzeć się o barierkę, w czasie gdy wygrzebie z kieszeni stary klucz, manewrując tak, by nie obudzić śpiącej już w najlepsze szczurzej wojowniczki.. Najwyraźniej mieszkania per se nie broniły żadne zaklęcia czy inne tarcze, a sam Baldwin niewiele się tym przejmował. Bo i po co? Nie było tam zapewne nic cennego i wartościowego.
Spojrzał na kilka porzuconych na wycieraczce listów i jeden większy pakunek oznaczony pieczęcią jednego z londyńskich sklepów dla artystów.
- Czy mogłabyś…?- Zapytał, dając Scarlett jasny sygnał, żeby je zabrała ze sobą do środka. W końcu udało mu się otworzyć drzwi i wpuścić dziewczynę do środka.
Główne pomieszczenie samo w sobie nie było za duże, choć wyjątkowo wysokie - ot urok typowej architektury magicznego Londynu. Coś co kiedyś było przyzwoitym strychem na rekwizyty, aktualnie pełniło rolę pracowni artystycznej, salonu (a sądząc po kocu i poduszce porzuconej na kanapie - również i tymczasowej sypialni), a nawet aneksu kuchennego. Każdy cal powierzchni zajmowały niedokończone obrazy, stosy pergaminów, płótna, podobrazia i ramy. Butelki wypełnione starymi i nowymi pędzlami. Z wysokich ścian spoglądały na wpół dokończone portrety kompletnie zapewne mu nieznanych czarodziejów i czarownic. Niektóre zupełnie zwyczajne, inne pokraczne i niemal zdeformowane.Ciężko było oderwać od nich wzrok, jeśli zatrzymało się go na zbyt długo na pustych spojrzeniach modeli. Pod oknem stała rozstawiona sztaluga - aktualnie pusta. Na taborecie przy drzwiach leżała sterta nieotwartych kopert, którymi najwyraźniej się pan Malfoy nie przejmował.
Nie tłumaczył się również przesadnie z bałaganu.
- Whisky na stoliku.- Wskazał gestem głowy na w połowie pełną butelkę porzuconą obok opasłego szkicownika i pudełka pełnego pałeczek i kawałków węgla.- Jakieś szklanki znajdziesz w szafce nad zlewem. Przynajmniej jedna tam na pewno jest. Obsłuż się, rozgość, wsadzę młodą do wanny to sobie naleję.
To powiedziawszy bez zbędnej krępacji zniknął w bocznych drzwiach. Nie domknął ich i po niedługiej chwili dało się usłyszeć cichy szczęk instalacji i szum wody w starych rurach.