15.11.2024, 19:24 ✶
- Nie wiem. To ja mam tu wstrząs mózgu - odpowiedział niemalże od razu, całkiem bezbłędnie jak na kogoś, kto faktycznie czuł się, jakby dostał obuchem w głowę (bo chyba tak właściwie było?).
Potrzebował trochę czasu, więcej informacji i może przenośnego lusterka, żeby być w stanie stwierdzić, jak fatalnie z nim jest. W tej chwili jeszcze o nie nie prosił, bo chciał wpierw złapać trochę oddechu i przede wszystkim porozmawiać z nią o poprzednim wieczorze. Musiał to zrobić.
Poza tym zdawał sobie sprawę z tego, że musiało być z nim całkiem fatalnie. Widział to u niej w wyrazie twarzy, w zmartwionym spojrzeniu, w kącikach podkrążonych oczu i ustach wygiętych w grymasie. Nie wiedział czy jest tego całkowicie świadoma, ale całą sobą raczej dosyć jasno dawała mu do zrozumienia, że spektakularnie dał dupy.
Usiłował jakoś z tym żyć. Zamroczenie lekami było w tym wypadku całkiem wygodne, bo jeszcze nie dotarło do niego to, jak fatalnie powinien czuć się nie tylko fizycznie, ale jeszcze dodatkowo z całym bagażem przeszłych dni i nocy. Argument, że ostrzegał ją, że kiedyś tak będzie, w istocie nie był żadnym argumentem. Roise po prostu zawalił.
W takim przypadku żarty o jego nadmiernej pewności siebie miały nie najlepszy wydźwięk, nawet dla niego samego, toteż po prostu skwitował to kiwnięciem głowy. Nawet on czasami musiał przyznać, że miewał trudność z opanowaniem charakteru, który bądź co bądź władował ich przecież w całą tą sytuację.
Gdyby nie odgryzał się Geraldine tylko potrafił odpuścić, nie byliby w tej chwili tutaj w tej sypialni, nie rozmawialiby w taki sposób, nie byłoby między nimi tak ciężkiej i ponurej atmosfery, której nie dało się rozluźnić żadną ilością lekkich słów i nie do końca udanych flirtów. Była na niego wściekła jak nigdy, nawet jeśli jeszcze nie okazywała tego w bardzo jawny sposób.
- Nie postawię cię w takiej sytuacji - stwierdził krótko, zaciskając wargi i odwracając wzrok, żeby przełknąć ślinę przemieszaną z tą całą goryczą i posmakiem własnej krwi.
Miał naprawdę niewiele na własne wytłumaczenie. Poza tym, że zdecydowanie nie chciał, by kiedykolwiek znajdowali się w tej sytuacji, nawet jeśli poniekąd sam ją przewidział. Teraz miał wrażenie, że już nie przewidział tylko po prostu wywołał w ramach jakiejś pokręconej narracji, którą teraz usiłował zlepiać, kontrolując zniszczenia i nie dopuszczając do tego, żeby było ich jeszcze więcej. Nawet wbrew woli ukochanej.
- Nie oczekuję, że ją zaakceptujesz - odpowiedział poważnie, posyłając grobowe spojrzenie w kierunku swojej najdroższej i niemalże wzruszając ramionami.
Co prawda zreflektował się i tego nie zrobił, ale praktycznie cała postawa ciała Ambroisa mówiła, że byłby w stanie skwitować to właśnie w ten sposób, gdyby tylko trochę mniej go wszystko bolało. Musiał się pilnować, nawet jeśli to było całkowicie wbrew jego woli.
Naprawdę nienawidził być bezsilny, jeszcze bardziej nie cierpiał tego całego unieruchomienia, zdecydowanie cholernie trudno było mu znieść fakt, że musiał być zależny od czyjegokolwiek wsparcia.
To, że w tym wypadku miał przy sobie ukochaną kobietę i prawdopodobnie nie mógł trafić w ręce kogoś, komu bardziej by na nim zależało, wcale nie poprawiał jego stosunku do całej sprawy. Wręcz przeciwnie. Choć powinien cieszyć się z troski dziewczyny, odprężyć się przy niej tak jak to miał przecież w zwyczaju przez większość czasu, to obecnie czuł głównie irytację i wyrzuty sumienia.
A to nie były najlepsze podstawy, aby budować na nich przyspieszoną rekonwalescencję. Szczególnie teraz, kiedy zaczęli poruszać te wszystkie trudne tematy, na które poniekąd sam się pisał zaczynając rozmowę od razu od wysokich tonów. Sam zrzucił sobie na głowę konieczność tłumaczenia się przez Geraldine.
Mimo to wcale nie zamierzał być całkowicie potulny i tak po prostu zacząć wyśpiewywać jej wszystko, co pamiętał z ostatnich dwudziestu czterech... ...nie, stu dwudziestu czterech godzin. Nie chodziło o kwestię szczerości. Nie zamierzał jej okłamywać. Obiecali sobie, że będą ze sobą szczerzy, zresztą aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później miał się złamać i zacząć prostować wszystkie przekłamania, białe kłamstwa.
Zawsze tak robił. Za cholerę nie wiedział, czemu, ale w jej rękach i towarzystwie zachowywał się jak swoją najbardziej ugodowa wersja. Przed nikim innym nie był tak skory do kompromisów jak przy Yaxleyównie. Nie wiedział czy była w stanie to dostrzec. Jeśli tak to w żadnym momencie tego nie okazała, ale chyba oboje zdawali sobie sprawę z tego, że z roku na rok coraz bardziej okrecała go sobie wokół palca.
No, nie - może nie do końca sobie zdawali, bo sam Ambroise raczej starał się wypierać ten niewygodny fakt. Tak czy inaczej, kłamstwa tu po prostu nie działały. Za to niedopowiedzenia? Dyskretne przemilczenia? Coś, co starał się zrobić właśnie w tej chwili? Nie dla swojego dobra. W tym wypadku już dostał po dupie, zebrał swój pakiet konsekwencji.
Chodziło mu tylko i wyłącznie o Geraldine i o to, że nie chciał, żeby mieszała się w te sprawy. Tym bardziej, że sam wpierw musiał pozbierać własne myśli i wyciągnąć wnioski z tego, co się stało. W łóżku miał mieć na to aż nadto czasu.
Jednocześnie gdzieś tam z tyłu głowy mając świadomość, że gdyby nagle postanowiła wyciągnąć z niego wszystkie informacje a on by je jej dał to nie mógłby jej powstrzymać przed wyjściem. Jeszcze bardziej nie byłby w stanie kontrolować sytuacji. Ta całkowicie wymknęłaby mu się z rąk wraz z ukochaną, w której dobre intencje szczerze ufał, ale w porywcze zapędy jeszcze bardziej.
- Nic nie pamiętam - szedł w zaparte, wbijając wzrok w ścianę, jakby miał tam odnaleźć wszystkie odpowiedzi, których potrzebował, a także dodatkowe pokłady cierpliwości i wytrwałości przy postanowieniu, że w tym wypadku prędzej psidwaki zaczną latać niżeli powie jej coś, co mogłoby ją skłonić do zrobienia czegoś wbrew jego woli.
A niewątpliwie byłaby w stanie. On zresztą też, gdyby sytuacja się odwróciła i to ona byłaby tutaj na jego miejscu. Wtedy poruszyłby niebo i ziemię, żeby się zemścić. Chciałaby tego czy nie, nie miałaby zbyt wiele do gadania. Co gorsza Ambroise zdawał sobie sprawę, że to po prostu musiało działać w obie strony. Przynajmniej w głowie Geraldine. Nie zawsze wiedział, co się w niej działo, ale w tym wypadku miał wręcz bolesną jednoznaczność.
To, że mieli ze sobą ustalenia sprzed lat chyba obecnie powoli (nie, całkiem cholernie szybko) przestawało działać. To, że od samego początku był z nią całkowicie szczery i ostrzegał ją, że może kiedyś dojść do podobnej sytuacji, wcale nie poprawiało sprawy. Wręcz przeciwnie. Znał ten błysk w jej oczach, nazbyt świadomy, co najpewniej musiało dziać się w jej umyśle.
Zarówno wtedy, kiedy siedziała tu sama, miotała się po Nokturnie (bowiem niewątpliwie on by się miotał) i usiłowała radzić sobie z jego zapadnięciem się pod ziemię. Jak i obecnie, gdy całą sobą emanowała tą pokrętną logiką. Nie musiał czytać jej w myślach. Wystarczyło jedno spojrzenie.
- Żyję, okay? Skupmy się na tym, że już nigdzie się nie wybieram. Zwłaszcza na tamten świat. Ani z powrotem na Ścieżki. Ty też nie. Ani ze mną, ani tym bardziej beze mnie - nie chciał być oschły i aż tak stanowczy, być może brzmiąc nawet tak gruboskórnie jak to było możliwe w jego stanie, ale musiał zebrać w sobie wszystkie siły, żeby to jasno zakomunikować. - Mamy jasność, tak? - Spytał, nawet jeśli chyba aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że chuja mają a nie jasność, nie mieli nawet zalążka kompromisu.
W tym wypadku naprawdę zaczynał żałować, że oboje są tak cholernie uparci. No, może nie. Roise żałował, że jego dziewczyna jest tak cholernie uparta. Jego własne zacietrzewienie uznawał w tym wypadku za konieczność wynikającą ze skomplikowanej, bardzo trudnej sytuacji. Nie mógł się ugiąć, bo to przyniosłoby mu jeszcze więcej szkody. Im by przyniosło. Jej by przyniosło.
- Doceniam to, że chcesz być moim wsparciem, ale w tym wypadku nie zamierzam ci na to pozwolić - nie chciał być desperatem, nie zamierzał brzmieć jak desperat, ale w jego głosie dało się wyczuć tę specyficzną nutę, oczy również nie pozostały kompletnie niewzruszone - spojrzał na nią z niepokojem. - Nie stracę cię przez swoje chujowe decyzje, rozumiesz? Są moje i tylko moje. Wraz ze wszystkimi konsekwencjami.
Także tymi w postaci tego, co miała mu do przekazania a co zdecydowanie ciążyło jej na sercu, nawet jeśli nie chciała mu o tym mówić. Raczej nie dopuszczał możliwości, aby wepchnęli to pod swój dywan. Nie tym razem. Szczególnie nie to.
- Spróbuj - odpowiedział od razu, wbijając w nią wzrok i próbując wyczytać coś z jej twarzy - proszę - nieczęsto uciekał się do takich słów, ale w tym konkretnym wypadku potrzebował, aby spróbowała dać mu jaśniejszą odpowiedź.
Naprawdę chciał wiedzieć, co dzieje się w jej głowie. Jak bardzo udało mu się przypadkiem spierdolić lata budowanego zaufania. Co tak właściwie myślała, że się stało. Co według niej zrobił wtedy, kiedy w nerwach opuścił mieszkanie.
Być może nie miał skłonności do tego, aby się biczować. W tym wypadku także nie robił tego wszystkiego, żeby czuć się znacznie gorzej. Nie potrzebował odczuwać większych wyrzutów sumienia. Już i tak je miał. Cholernie go gryzły. Natomiast cokolwiek sobie pomyślała, oczekiwał od niej, że znajdzie dostatecznie dużo słów, aby mu o tym opowiedzieć.
Nie potrzebował pełnych opisów. Miała mu wystarczyć garść suchych faktów. Co prawda zapewne takich, które dosyć mocno w niego uderzą, ale nie był typem człowieka uciekającego od odpowiedzialności i konsekwencji.
Nawet teraz, kiedy tak właściwie dopiero co zaczął odzyskiwać pełnię świadomości, chciał zażegnać kryzys zanim znów się rozpęta. To, że naruszył zaufanie Geraldine było faktem. Potrzebował znać wszystkie inne, aby móc cokolwiek z tym zrobić. Musiał mieć świadomość.
- Nie zamierzam - odpowiedział niemalże automatycznie, poprawiając się jednak praktycznie od razu. - To nie zależało ode mnie, wiesz, ale jeśli tylko będę w stanie zapobiec powtórce, nie zrobię ci tego nigdy więcej - tylko tyle mógł jej obiecać, szczególnie że nie chciał mydlić oczu ani Geraldine, ani sobie samemu.
Trudno byłoby wyrokować, że od tej pory i po tej deklaracji ich życie ulegnie diametralnej zmianie. Szczególnie, że Ambroise nie był w stanie zrezygnować z tego, czym się zajmuje, toteż nieważne jak bardzo starałby się zapewnić ją, że już nigdy nie znajdą się w podobnej sytuacji.
Oboje grali w niebezpieczne gry, oboje byli tego całkowicie świadomi i mimo wszystko decydowali się na to, by łączyć ze sobą życie. Od wielu lat wierzył, że są w stanie to robić już cóż zawsze, szczególnie że przecież nie chciał jej tracić, rezygnować z tego, co mieli, żeby wrócić do tego, co już dawno przestało być dla niego normalne.
Nie chciał powracać do tamtych czasów. Nieważne jak dobrze i wygodnie żyło mu się przez dekadę na własną rękę, obecnie nie wyobrażał sobie, aby to mogło być dla niego takie samo. Nie miało mu wystarczyć, nie miało go usatysfakcjonować, nie miało bowiem najmniejszej racji bytu. Już nie.
A te wcześniejsze, pochopnie rzucone słowa?
- To wstrząs mózgu, pojebanie umysłowe, skrajny debilizm sytuacyjny. Jak zwał tak zwał - stwierdził całkowicie poważnie jak na brzmienie tych słów, przy czym bardzo powoli pokręcił głową. - Nie ja - może nie zamierzał być aż tak szczery, ale raczej mogła mieć pewność, że gdyby jakimś cudem faktycznie aż tak bardzo mu odpierdoliło to w dalszym ciągu musiałby się zreflektować.
I wrócić. Oczywiście, że by wrócił. Dzień, dwa, trzy później. Nie sądził, aby otrzeźwienie i zrozumienie popełnionego błędu miało przyjść jakoś znacznie później, ale nawet jeśli to w dalszym ciągu nie byłby w stanie zbyt długo trzymać się na dystans. Nie potrafiłby. Nawet nie chciał brać tego pod uwagę, to było zbyt absurdalne.
Jak mało romantycznie by to nie brzmiało, mieli być razem do tej usranej śmierci. Po prostu. Nie chciał dawać jej żadnych wątpliwości, że tak to miało wyglądać. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc po miesiącu, rok w rok. Tyle czasu ile im przewidziano. A nawet znacznie więcej, bo przecież poprzedni wieczór (jak fatalny by nie był) udowodnił im, że byli w stanie radzić sobie nawet z tymi wszystkimi naprawdę kryzysowymi sytuacjami.
- To zależy od tego jaką opiekę mi zaoferujesz - mruknął zaczepnie, kolejny raz instynktownie powracając do tej najbardziej naturalnej postawy, jaką przy niej przyjmował, aby nie dać po sobie poznać, że kurewsko słabo się czuł. - I czy mogę liczyć na trochę - po prostu szedł w zaparte, urywając w odpowiedniej chwili, żeby zrobić wymowną pauzę, kontynuując równie lekkim tonem - szczególnej opieki - zasugerował.
- Poza tym ponownie: nie zapominaj, z kim masz do czynienia. Drugi raz nie dam sobie popsuć kariery - stwierdził stanowczo, muskając palcami policzek Geraldine. - Wyliżę się szybciej niż później. Zobaczysz, jeszcze się zdziwisz jak sprawnie jestem w stanie stanąć na nogi - to, że na szczęście jeszcze nie miał okazji, aby jej to udowodnić w praktyce wcale nie oznaczało, że nie miał za sobą już kilku momentów, w których z uporem maniaka podniósł się na nogi znacznie szybciej niż ktokolwiek wyrokował.
Po prostu nie był w stanie zbyt długo wyleżeć w łóżku. Przymusowe byczenie się w pościeli nie było w jego stylu. Być może jeszcze niespecjalnie to okazywał, ale w takich sytuacjach z dnia na dzień robił się coraz bardziej upierdliwy, bo po prostu nie mógł darować sobie tego, że dookoła niego w dalszym ciągu toczyło się życie zaś on musiał leżeć jak niedorajda, frajer i męczennik.
Szczególnie, jeżeli nie był przy tym w stanie robić czegokolwiek przydatnego. I choć w tym wypadku mieli już wstępnie ustalone, że zajmą się tymi wszystkimi segregatorami, przekazywaniem podstawowej wiedzy medycznej i tak dalej, to cóż. Zdecydowanie wolał być praktykiem niżeli teoretykiem. Kiedy więc Rina postanowiła uświadomić mu to, o czym jeszcze nie pomyślał, Roise nie był w stanie powstrzymać gardłowego burknięcia, jęku niezadowolenia i zawodu.
- Mam kleszczomonię. W poprzedni weekend byliśmy na wycieczce w górach i od tego czasu coraz gorzej się czułem - westchnął w końcu ciężko, godząc się z tym, że miała rację i faktycznie powinien to zgłosić w szpitalu, nawet jeśli kolejny dyżur miał mieć dopiero za dwa dni. - To taka choroba spowodowana przez ukąszenia magicznych kleszczy, dokładniej Ixodes rutilant. Mam wysoką gorączkę, czerwone bąble na skórze, szczególnie w okolicach węzłów chłonnych. Nie zarażam. To nie choroba zakaźna, ale z wiadomych względów nie jestem w stanie opuścić łóżka. Najlepiej napisz bezpośrednio do Corneliusa albo Lysandra. W żadnym wypadku ma tego nie dostać Pavlina. Chuj mnie strzeli, jeśli to będzie Pavlina - sarknął w cholernie jednoznaczny sposób.
No, naprawdę trudno było mu się pogodzić z samą koniecznością przeprowadzenia manewru oddania kilku dyżurów, ale gdyby jeszcze trafiły one w ręce tej przeklętej lizuski to chyba ostatecznie by ochujał.
Przez chwilę zresztą zamilkł w wyrazie kompletnego niezadowolenia z powodu własnej słabości, które tak właściwie to nie opuszczało go ani na chwilę i chyba było już wpisane w co najmniej kilka najbliższych dni. Jedną ręką odruchowo gładził przy tym ukochaną po plecach, zaczerpując powolne oddechy i równie powoli, chrapliwie wypuszczając powietrze przez usta.
- Nie musimy się spieszyć, Bruyère, mamy cały czas - odezwał się w końcu cicho, przesuwając się tak, żeby mógł ją mocniej objąć, przenosząc rękę na jej włosy i oplatając sobie ich kosmyk wokół palca.
Potrzebował trochę czasu, więcej informacji i może przenośnego lusterka, żeby być w stanie stwierdzić, jak fatalnie z nim jest. W tej chwili jeszcze o nie nie prosił, bo chciał wpierw złapać trochę oddechu i przede wszystkim porozmawiać z nią o poprzednim wieczorze. Musiał to zrobić.
Poza tym zdawał sobie sprawę z tego, że musiało być z nim całkiem fatalnie. Widział to u niej w wyrazie twarzy, w zmartwionym spojrzeniu, w kącikach podkrążonych oczu i ustach wygiętych w grymasie. Nie wiedział czy jest tego całkowicie świadoma, ale całą sobą raczej dosyć jasno dawała mu do zrozumienia, że spektakularnie dał dupy.
Usiłował jakoś z tym żyć. Zamroczenie lekami było w tym wypadku całkiem wygodne, bo jeszcze nie dotarło do niego to, jak fatalnie powinien czuć się nie tylko fizycznie, ale jeszcze dodatkowo z całym bagażem przeszłych dni i nocy. Argument, że ostrzegał ją, że kiedyś tak będzie, w istocie nie był żadnym argumentem. Roise po prostu zawalił.
W takim przypadku żarty o jego nadmiernej pewności siebie miały nie najlepszy wydźwięk, nawet dla niego samego, toteż po prostu skwitował to kiwnięciem głowy. Nawet on czasami musiał przyznać, że miewał trudność z opanowaniem charakteru, który bądź co bądź władował ich przecież w całą tą sytuację.
Gdyby nie odgryzał się Geraldine tylko potrafił odpuścić, nie byliby w tej chwili tutaj w tej sypialni, nie rozmawialiby w taki sposób, nie byłoby między nimi tak ciężkiej i ponurej atmosfery, której nie dało się rozluźnić żadną ilością lekkich słów i nie do końca udanych flirtów. Była na niego wściekła jak nigdy, nawet jeśli jeszcze nie okazywała tego w bardzo jawny sposób.
- Nie postawię cię w takiej sytuacji - stwierdził krótko, zaciskając wargi i odwracając wzrok, żeby przełknąć ślinę przemieszaną z tą całą goryczą i posmakiem własnej krwi.
Miał naprawdę niewiele na własne wytłumaczenie. Poza tym, że zdecydowanie nie chciał, by kiedykolwiek znajdowali się w tej sytuacji, nawet jeśli poniekąd sam ją przewidział. Teraz miał wrażenie, że już nie przewidział tylko po prostu wywołał w ramach jakiejś pokręconej narracji, którą teraz usiłował zlepiać, kontrolując zniszczenia i nie dopuszczając do tego, żeby było ich jeszcze więcej. Nawet wbrew woli ukochanej.
- Nie oczekuję, że ją zaakceptujesz - odpowiedział poważnie, posyłając grobowe spojrzenie w kierunku swojej najdroższej i niemalże wzruszając ramionami.
Co prawda zreflektował się i tego nie zrobił, ale praktycznie cała postawa ciała Ambroisa mówiła, że byłby w stanie skwitować to właśnie w ten sposób, gdyby tylko trochę mniej go wszystko bolało. Musiał się pilnować, nawet jeśli to było całkowicie wbrew jego woli.
Naprawdę nienawidził być bezsilny, jeszcze bardziej nie cierpiał tego całego unieruchomienia, zdecydowanie cholernie trudno było mu znieść fakt, że musiał być zależny od czyjegokolwiek wsparcia.
To, że w tym wypadku miał przy sobie ukochaną kobietę i prawdopodobnie nie mógł trafić w ręce kogoś, komu bardziej by na nim zależało, wcale nie poprawiał jego stosunku do całej sprawy. Wręcz przeciwnie. Choć powinien cieszyć się z troski dziewczyny, odprężyć się przy niej tak jak to miał przecież w zwyczaju przez większość czasu, to obecnie czuł głównie irytację i wyrzuty sumienia.
A to nie były najlepsze podstawy, aby budować na nich przyspieszoną rekonwalescencję. Szczególnie teraz, kiedy zaczęli poruszać te wszystkie trudne tematy, na które poniekąd sam się pisał zaczynając rozmowę od razu od wysokich tonów. Sam zrzucił sobie na głowę konieczność tłumaczenia się przez Geraldine.
Mimo to wcale nie zamierzał być całkowicie potulny i tak po prostu zacząć wyśpiewywać jej wszystko, co pamiętał z ostatnich dwudziestu czterech... ...nie, stu dwudziestu czterech godzin. Nie chodziło o kwestię szczerości. Nie zamierzał jej okłamywać. Obiecali sobie, że będą ze sobą szczerzy, zresztą aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później miał się złamać i zacząć prostować wszystkie przekłamania, białe kłamstwa.
Zawsze tak robił. Za cholerę nie wiedział, czemu, ale w jej rękach i towarzystwie zachowywał się jak swoją najbardziej ugodowa wersja. Przed nikim innym nie był tak skory do kompromisów jak przy Yaxleyównie. Nie wiedział czy była w stanie to dostrzec. Jeśli tak to w żadnym momencie tego nie okazała, ale chyba oboje zdawali sobie sprawę z tego, że z roku na rok coraz bardziej okrecała go sobie wokół palca.
No, nie - może nie do końca sobie zdawali, bo sam Ambroise raczej starał się wypierać ten niewygodny fakt. Tak czy inaczej, kłamstwa tu po prostu nie działały. Za to niedopowiedzenia? Dyskretne przemilczenia? Coś, co starał się zrobić właśnie w tej chwili? Nie dla swojego dobra. W tym wypadku już dostał po dupie, zebrał swój pakiet konsekwencji.
Chodziło mu tylko i wyłącznie o Geraldine i o to, że nie chciał, żeby mieszała się w te sprawy. Tym bardziej, że sam wpierw musiał pozbierać własne myśli i wyciągnąć wnioski z tego, co się stało. W łóżku miał mieć na to aż nadto czasu.
Jednocześnie gdzieś tam z tyłu głowy mając świadomość, że gdyby nagle postanowiła wyciągnąć z niego wszystkie informacje a on by je jej dał to nie mógłby jej powstrzymać przed wyjściem. Jeszcze bardziej nie byłby w stanie kontrolować sytuacji. Ta całkowicie wymknęłaby mu się z rąk wraz z ukochaną, w której dobre intencje szczerze ufał, ale w porywcze zapędy jeszcze bardziej.
- Nic nie pamiętam - szedł w zaparte, wbijając wzrok w ścianę, jakby miał tam odnaleźć wszystkie odpowiedzi, których potrzebował, a także dodatkowe pokłady cierpliwości i wytrwałości przy postanowieniu, że w tym wypadku prędzej psidwaki zaczną latać niżeli powie jej coś, co mogłoby ją skłonić do zrobienia czegoś wbrew jego woli.
A niewątpliwie byłaby w stanie. On zresztą też, gdyby sytuacja się odwróciła i to ona byłaby tutaj na jego miejscu. Wtedy poruszyłby niebo i ziemię, żeby się zemścić. Chciałaby tego czy nie, nie miałaby zbyt wiele do gadania. Co gorsza Ambroise zdawał sobie sprawę, że to po prostu musiało działać w obie strony. Przynajmniej w głowie Geraldine. Nie zawsze wiedział, co się w niej działo, ale w tym wypadku miał wręcz bolesną jednoznaczność.
To, że mieli ze sobą ustalenia sprzed lat chyba obecnie powoli (nie, całkiem cholernie szybko) przestawało działać. To, że od samego początku był z nią całkowicie szczery i ostrzegał ją, że może kiedyś dojść do podobnej sytuacji, wcale nie poprawiało sprawy. Wręcz przeciwnie. Znał ten błysk w jej oczach, nazbyt świadomy, co najpewniej musiało dziać się w jej umyśle.
Zarówno wtedy, kiedy siedziała tu sama, miotała się po Nokturnie (bowiem niewątpliwie on by się miotał) i usiłowała radzić sobie z jego zapadnięciem się pod ziemię. Jak i obecnie, gdy całą sobą emanowała tą pokrętną logiką. Nie musiał czytać jej w myślach. Wystarczyło jedno spojrzenie.
- Żyję, okay? Skupmy się na tym, że już nigdzie się nie wybieram. Zwłaszcza na tamten świat. Ani z powrotem na Ścieżki. Ty też nie. Ani ze mną, ani tym bardziej beze mnie - nie chciał być oschły i aż tak stanowczy, być może brzmiąc nawet tak gruboskórnie jak to było możliwe w jego stanie, ale musiał zebrać w sobie wszystkie siły, żeby to jasno zakomunikować. - Mamy jasność, tak? - Spytał, nawet jeśli chyba aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że chuja mają a nie jasność, nie mieli nawet zalążka kompromisu.
W tym wypadku naprawdę zaczynał żałować, że oboje są tak cholernie uparci. No, może nie. Roise żałował, że jego dziewczyna jest tak cholernie uparta. Jego własne zacietrzewienie uznawał w tym wypadku za konieczność wynikającą ze skomplikowanej, bardzo trudnej sytuacji. Nie mógł się ugiąć, bo to przyniosłoby mu jeszcze więcej szkody. Im by przyniosło. Jej by przyniosło.
- Doceniam to, że chcesz być moim wsparciem, ale w tym wypadku nie zamierzam ci na to pozwolić - nie chciał być desperatem, nie zamierzał brzmieć jak desperat, ale w jego głosie dało się wyczuć tę specyficzną nutę, oczy również nie pozostały kompletnie niewzruszone - spojrzał na nią z niepokojem. - Nie stracę cię przez swoje chujowe decyzje, rozumiesz? Są moje i tylko moje. Wraz ze wszystkimi konsekwencjami.
Także tymi w postaci tego, co miała mu do przekazania a co zdecydowanie ciążyło jej na sercu, nawet jeśli nie chciała mu o tym mówić. Raczej nie dopuszczał możliwości, aby wepchnęli to pod swój dywan. Nie tym razem. Szczególnie nie to.
- Spróbuj - odpowiedział od razu, wbijając w nią wzrok i próbując wyczytać coś z jej twarzy - proszę - nieczęsto uciekał się do takich słów, ale w tym konkretnym wypadku potrzebował, aby spróbowała dać mu jaśniejszą odpowiedź.
Naprawdę chciał wiedzieć, co dzieje się w jej głowie. Jak bardzo udało mu się przypadkiem spierdolić lata budowanego zaufania. Co tak właściwie myślała, że się stało. Co według niej zrobił wtedy, kiedy w nerwach opuścił mieszkanie.
Być może nie miał skłonności do tego, aby się biczować. W tym wypadku także nie robił tego wszystkiego, żeby czuć się znacznie gorzej. Nie potrzebował odczuwać większych wyrzutów sumienia. Już i tak je miał. Cholernie go gryzły. Natomiast cokolwiek sobie pomyślała, oczekiwał od niej, że znajdzie dostatecznie dużo słów, aby mu o tym opowiedzieć.
Nie potrzebował pełnych opisów. Miała mu wystarczyć garść suchych faktów. Co prawda zapewne takich, które dosyć mocno w niego uderzą, ale nie był typem człowieka uciekającego od odpowiedzialności i konsekwencji.
Nawet teraz, kiedy tak właściwie dopiero co zaczął odzyskiwać pełnię świadomości, chciał zażegnać kryzys zanim znów się rozpęta. To, że naruszył zaufanie Geraldine było faktem. Potrzebował znać wszystkie inne, aby móc cokolwiek z tym zrobić. Musiał mieć świadomość.
- Nie zamierzam - odpowiedział niemalże automatycznie, poprawiając się jednak praktycznie od razu. - To nie zależało ode mnie, wiesz, ale jeśli tylko będę w stanie zapobiec powtórce, nie zrobię ci tego nigdy więcej - tylko tyle mógł jej obiecać, szczególnie że nie chciał mydlić oczu ani Geraldine, ani sobie samemu.
Trudno byłoby wyrokować, że od tej pory i po tej deklaracji ich życie ulegnie diametralnej zmianie. Szczególnie, że Ambroise nie był w stanie zrezygnować z tego, czym się zajmuje, toteż nieważne jak bardzo starałby się zapewnić ją, że już nigdy nie znajdą się w podobnej sytuacji.
Oboje grali w niebezpieczne gry, oboje byli tego całkowicie świadomi i mimo wszystko decydowali się na to, by łączyć ze sobą życie. Od wielu lat wierzył, że są w stanie to robić już cóż zawsze, szczególnie że przecież nie chciał jej tracić, rezygnować z tego, co mieli, żeby wrócić do tego, co już dawno przestało być dla niego normalne.
Nie chciał powracać do tamtych czasów. Nieważne jak dobrze i wygodnie żyło mu się przez dekadę na własną rękę, obecnie nie wyobrażał sobie, aby to mogło być dla niego takie samo. Nie miało mu wystarczyć, nie miało go usatysfakcjonować, nie miało bowiem najmniejszej racji bytu. Już nie.
A te wcześniejsze, pochopnie rzucone słowa?
- To wstrząs mózgu, pojebanie umysłowe, skrajny debilizm sytuacyjny. Jak zwał tak zwał - stwierdził całkowicie poważnie jak na brzmienie tych słów, przy czym bardzo powoli pokręcił głową. - Nie ja - może nie zamierzał być aż tak szczery, ale raczej mogła mieć pewność, że gdyby jakimś cudem faktycznie aż tak bardzo mu odpierdoliło to w dalszym ciągu musiałby się zreflektować.
I wrócić. Oczywiście, że by wrócił. Dzień, dwa, trzy później. Nie sądził, aby otrzeźwienie i zrozumienie popełnionego błędu miało przyjść jakoś znacznie później, ale nawet jeśli to w dalszym ciągu nie byłby w stanie zbyt długo trzymać się na dystans. Nie potrafiłby. Nawet nie chciał brać tego pod uwagę, to było zbyt absurdalne.
Jak mało romantycznie by to nie brzmiało, mieli być razem do tej usranej śmierci. Po prostu. Nie chciał dawać jej żadnych wątpliwości, że tak to miało wyglądać. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc po miesiącu, rok w rok. Tyle czasu ile im przewidziano. A nawet znacznie więcej, bo przecież poprzedni wieczór (jak fatalny by nie był) udowodnił im, że byli w stanie radzić sobie nawet z tymi wszystkimi naprawdę kryzysowymi sytuacjami.
- To zależy od tego jaką opiekę mi zaoferujesz - mruknął zaczepnie, kolejny raz instynktownie powracając do tej najbardziej naturalnej postawy, jaką przy niej przyjmował, aby nie dać po sobie poznać, że kurewsko słabo się czuł. - I czy mogę liczyć na trochę - po prostu szedł w zaparte, urywając w odpowiedniej chwili, żeby zrobić wymowną pauzę, kontynuując równie lekkim tonem - szczególnej opieki - zasugerował.
- Poza tym ponownie: nie zapominaj, z kim masz do czynienia. Drugi raz nie dam sobie popsuć kariery - stwierdził stanowczo, muskając palcami policzek Geraldine. - Wyliżę się szybciej niż później. Zobaczysz, jeszcze się zdziwisz jak sprawnie jestem w stanie stanąć na nogi - to, że na szczęście jeszcze nie miał okazji, aby jej to udowodnić w praktyce wcale nie oznaczało, że nie miał za sobą już kilku momentów, w których z uporem maniaka podniósł się na nogi znacznie szybciej niż ktokolwiek wyrokował.
Po prostu nie był w stanie zbyt długo wyleżeć w łóżku. Przymusowe byczenie się w pościeli nie było w jego stylu. Być może jeszcze niespecjalnie to okazywał, ale w takich sytuacjach z dnia na dzień robił się coraz bardziej upierdliwy, bo po prostu nie mógł darować sobie tego, że dookoła niego w dalszym ciągu toczyło się życie zaś on musiał leżeć jak niedorajda, frajer i męczennik.
Szczególnie, jeżeli nie był przy tym w stanie robić czegokolwiek przydatnego. I choć w tym wypadku mieli już wstępnie ustalone, że zajmą się tymi wszystkimi segregatorami, przekazywaniem podstawowej wiedzy medycznej i tak dalej, to cóż. Zdecydowanie wolał być praktykiem niżeli teoretykiem. Kiedy więc Rina postanowiła uświadomić mu to, o czym jeszcze nie pomyślał, Roise nie był w stanie powstrzymać gardłowego burknięcia, jęku niezadowolenia i zawodu.
- Mam kleszczomonię. W poprzedni weekend byliśmy na wycieczce w górach i od tego czasu coraz gorzej się czułem - westchnął w końcu ciężko, godząc się z tym, że miała rację i faktycznie powinien to zgłosić w szpitalu, nawet jeśli kolejny dyżur miał mieć dopiero za dwa dni. - To taka choroba spowodowana przez ukąszenia magicznych kleszczy, dokładniej Ixodes rutilant. Mam wysoką gorączkę, czerwone bąble na skórze, szczególnie w okolicach węzłów chłonnych. Nie zarażam. To nie choroba zakaźna, ale z wiadomych względów nie jestem w stanie opuścić łóżka. Najlepiej napisz bezpośrednio do Corneliusa albo Lysandra. W żadnym wypadku ma tego nie dostać Pavlina. Chuj mnie strzeli, jeśli to będzie Pavlina - sarknął w cholernie jednoznaczny sposób.
No, naprawdę trudno było mu się pogodzić z samą koniecznością przeprowadzenia manewru oddania kilku dyżurów, ale gdyby jeszcze trafiły one w ręce tej przeklętej lizuski to chyba ostatecznie by ochujał.
Przez chwilę zresztą zamilkł w wyrazie kompletnego niezadowolenia z powodu własnej słabości, które tak właściwie to nie opuszczało go ani na chwilę i chyba było już wpisane w co najmniej kilka najbliższych dni. Jedną ręką odruchowo gładził przy tym ukochaną po plecach, zaczerpując powolne oddechy i równie powoli, chrapliwie wypuszczając powietrze przez usta.
- Nie musimy się spieszyć, Bruyère, mamy cały czas - odezwał się w końcu cicho, przesuwając się tak, żeby mógł ją mocniej objąć, przenosząc rękę na jej włosy i oplatając sobie ich kosmyk wokół palca.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down