15.11.2024, 22:48 ✶
Kolejny ładny poranek uraczył mieszkańców Doliny Godryka pięknym słońcem, krystalicznie czystym i bezchmurnym niebem a także niemalże niewyczuwalnymi powiewami chłodniejszego, jednakże całkiem przyjemnie orzeźwiającego wiatru. Wszystko zwiastowało późniejszy powrót fali gorąca wraz z postępem dnia, ale w tej chwili było jeszcze po prostu ciepło. Niemalże idealna pogoda...
...na to, żeby spędzić ją w zaciemnionym pomieszczeniu z zaciągniętymi zasłonami uwalając się na łóżku albo na kanapie, wcześniej strzelając kilka porcji mocnego eliksiru nasennego i próbując odespać ostatnie długie nieprzespane noce.
Tym razem z powodu drugiej zmiany w szpitalu, ale tak właściwie to było raczej bez różnicy. Przynajmniej nie robiło jej Greengrassowi, który wręcz ostatnio zabiegał o to, aby brać te swoje któreś z rzędu nocki w Mungu, zabijając tym jakoś czas, który i tak nie byłby spokojnie przespany w domu, gdzie od dawna nie spało mu się dobrze.
Może nie do końca był sobie w stanie to przyznać. Raczej nie dopuszczał do siebie tej myśli, bo wcale nie chciał się z nią mierzyć, jednak nie sypiał dobrze praktycznie od roku, teraz niemalże już roku i pół.
Kiedy wrócił do rodzinnej posiadłości, na tyle mocno nie mógł znaleźć sobie tam miejsca, że stosunkowo szybko postanowił zaadaptować sobie jakieś poza głównym budynkiem, lecz to także stosunkowo niewiele zmieniało.
Problem nie leżał w miejscu. Był znacznie głębszy, a jednocześnie niezwykle prosty i mało skomplikowany. W przeciwieństwie do rozwiązania, które już po prostu nie istniało. Zapijanie bezsenności eliksirami było jedynie tymczasowym rozwiązaniem, jedynie złudzeniem alternatywy dla braku snu i to marnym.
Mimo to miał je w planach. Albo raczej - miałby je w planach, gdyby nie ciąg wydarzeń mających miejsce jedno po drugim w bardzo bliskim odstępie czasu. Praktycznie nieistniejącym dla jego zmęczonego nocną zmianą mózgu. W jednej chwili szedł spokojnie chodnikiem, niosąc w ręku ciężką papierową torbę a w kolejnej był instynktownie odskoczył dwa kroki w bok, gdy coś świsnęło mu za plecami.
Co gorsza stracił przy tym równowagę oraz papierosa, który wypadł mu z ust, kiedy Ambroise odruchowo podparł się na rękach, żeby nie uderzyć o ziemię. Ziemię, która z jakiegoś dziwnego powodu była coraz bardziej mokra, mimo że nigdzie nie lała się woda. Nie działały magiczne wersje spryskiwaczy ani nic w tym stylu.
Co prawda nie rozejrzał się zbyt dobrze, bo praktycznie od razu (no dobra, po dłużej chwili konsternacji) podniósł się z chodnika, otrzepując ubranie i rozglądając się za źródłem świstu. Raczej nie musiał długo szukać. Świst sam dał mu znać o swoim położeniu, a nawet także o nastawieniu.
Świst szarpał za miotłę, próbując wydostać się z Matce Naturze ducha winnych krzaków, rzucając inwektywami. Nawet nie próbując sprawdzić czy nikogo nie uszkodził przy upadku. Ani niczego - chyba lepiej było obracać się właśnie w tej materii, bo o ile sam Greengrass nie był uszkodzony to jego torba już tak. Torba i papieros. Westchnął ciężko, szczególnie słysząc to zezłoszczone określenie na naprawdę ładną roślinę.
- To jest żarnowiec, na ironię, miotlasty. Żarnowiec miotlasty - w jego słowach ciężko byłoby doszukiwać się czegoś poza chłodną informatywnością.
Możliwe, że to, co się zadziało na samym początku było całkiem zabawne, jednakże szybko przestało takie być. To, że w ogóle postanowił się odezwać było raczej odruchem. W dodatku niemalże bezwarunkowym, częściowo powodowanym zmęczeniem, które odczuwał po zejściu z bardzo uciążliwego nocnego wieczoru.
Ponadto dzień wcześniej z uporem maniaka starał się wtłoczyć swoim protegowanym trochę elementarnej przyrodniczej wiedzy do głów, w których było na nią wyjątkowo dużo pustego miejsca, toteż zareagował niemalże automatycznie.
No i był z natury uszczypliwym, czepliwym, poprawiającym ludzi dupkiem. W porządku? Tak, to też bez wątpienia miało w tym swój pewny udział, swoje znaczenie w przystaniu w stosunkowo niewielkiej odległości od luźnego żywopłotu i otaksowaniu wzrokiem...
...no, nie dziewczyny. Raczej jej pleców, krótkich nóg i burzy rdzawych loków, które gdyby nie cięty język panienki wskazywałyby na bycie kolejną Weasleyówną. Z tym, że Weasleyowie na ogół używali mniej wymownego słownictwa.
- Zdecydowanie nie kurwi krzak. Paradoksalnie, kurwim krzakiem są bardziej maliny, ewentualnie jagody - zawyrokował, podnosząc całkowicie przemoczony papieros z ziemi i parokrotnie obracając go w palcach, jakby chciał się upewnić, że jednak faktycznie już się nie żarzy i zdecydowanie nie jest w stanie ponownie zapłonąć.
A był ostatnim, który przy sobie miał. Z tego wszystkiego, co działo się w ostatnich dniach, jeśli w ogóle nie w tygodniach, miesiącach, latach, Greengrassowi kompletnie wyleciało z głowy sprawdzenie czy zaistniała konieczność uzupełnienia papierośnicy.
A więc skończył z ostatnią sztuką, którą nie zdążył się nawet dobrze zaciągnąć zanim nie zlała go fala wody znikąd. Dosłownie z powietrza. Dokładnie tak jak spadająca panienka szamocząca się w tej chwili w krzakach uprzejmie zidentyfikowanych przez niego jako żarnowiec miotlasty, nie żaden kursu krzak.
Kurwimi krzakami raczej nie obsadzano ulic w Dolinie Godryka. Zazwyczaj rosły w przydomowych ogródkach w formie chruśniaków albo w lasach (w sumie także w formie chruśniaków; chruśniaki były uniwersalne niezależnie od położenia), w których ów kurwy niezwykle często występowały. Szczególnie w okolicach mugolskich siedlisk i leśnych dróżek, na których sfrustrowani, pozbawieni mózgu i skrupułów, przepracowani mugolscy ojcowie i mężowie mogli złapać jedno z dwóch: za cycka albo rzeżączkę.
Tak czy inaczej, krzewy żarnowca niczym tu nie zawiniły i nazywanie ich w taki sposób było naprawdę nie na miejscu. Choć może mogły mieć swój udział w bólu dupy u rudowłosej czarownicy. W końcu z ziela żarnowca pozyskuje się sparteinę mającą swoje zastosowanie w uzdrowicielstwie. Jak na ironię najczęściej w stymulacji czynności mięśni gładkich. Takich jak na przykład wewnętrznego zwieracza odbytu.
- Pomóc? - Spytał uprzejmie, wcale nie mając dnia dobroci dla zwierząt tylko raczej średnio mogąc patrzeć na cierpienie biednych, naprawdę przydatnych krzaków.
Mimowolnie ponownie zwracając uwagę na strumyk wody (teraz to już właściwie potok; potok znikąd) a moment później dostrzegając, że również dziewczę było całkowicie mokre. Ki chuj?
...na to, żeby spędzić ją w zaciemnionym pomieszczeniu z zaciągniętymi zasłonami uwalając się na łóżku albo na kanapie, wcześniej strzelając kilka porcji mocnego eliksiru nasennego i próbując odespać ostatnie długie nieprzespane noce.
Tym razem z powodu drugiej zmiany w szpitalu, ale tak właściwie to było raczej bez różnicy. Przynajmniej nie robiło jej Greengrassowi, który wręcz ostatnio zabiegał o to, aby brać te swoje któreś z rzędu nocki w Mungu, zabijając tym jakoś czas, który i tak nie byłby spokojnie przespany w domu, gdzie od dawna nie spało mu się dobrze.
Może nie do końca był sobie w stanie to przyznać. Raczej nie dopuszczał do siebie tej myśli, bo wcale nie chciał się z nią mierzyć, jednak nie sypiał dobrze praktycznie od roku, teraz niemalże już roku i pół.
Kiedy wrócił do rodzinnej posiadłości, na tyle mocno nie mógł znaleźć sobie tam miejsca, że stosunkowo szybko postanowił zaadaptować sobie jakieś poza głównym budynkiem, lecz to także stosunkowo niewiele zmieniało.
Problem nie leżał w miejscu. Był znacznie głębszy, a jednocześnie niezwykle prosty i mało skomplikowany. W przeciwieństwie do rozwiązania, które już po prostu nie istniało. Zapijanie bezsenności eliksirami było jedynie tymczasowym rozwiązaniem, jedynie złudzeniem alternatywy dla braku snu i to marnym.
Mimo to miał je w planach. Albo raczej - miałby je w planach, gdyby nie ciąg wydarzeń mających miejsce jedno po drugim w bardzo bliskim odstępie czasu. Praktycznie nieistniejącym dla jego zmęczonego nocną zmianą mózgu. W jednej chwili szedł spokojnie chodnikiem, niosąc w ręku ciężką papierową torbę a w kolejnej był instynktownie odskoczył dwa kroki w bok, gdy coś świsnęło mu za plecami.
Co gorsza stracił przy tym równowagę oraz papierosa, który wypadł mu z ust, kiedy Ambroise odruchowo podparł się na rękach, żeby nie uderzyć o ziemię. Ziemię, która z jakiegoś dziwnego powodu była coraz bardziej mokra, mimo że nigdzie nie lała się woda. Nie działały magiczne wersje spryskiwaczy ani nic w tym stylu.
Co prawda nie rozejrzał się zbyt dobrze, bo praktycznie od razu (no dobra, po dłużej chwili konsternacji) podniósł się z chodnika, otrzepując ubranie i rozglądając się za źródłem świstu. Raczej nie musiał długo szukać. Świst sam dał mu znać o swoim położeniu, a nawet także o nastawieniu.
Świst szarpał za miotłę, próbując wydostać się z Matce Naturze ducha winnych krzaków, rzucając inwektywami. Nawet nie próbując sprawdzić czy nikogo nie uszkodził przy upadku. Ani niczego - chyba lepiej było obracać się właśnie w tej materii, bo o ile sam Greengrass nie był uszkodzony to jego torba już tak. Torba i papieros. Westchnął ciężko, szczególnie słysząc to zezłoszczone określenie na naprawdę ładną roślinę.
- To jest żarnowiec, na ironię, miotlasty. Żarnowiec miotlasty - w jego słowach ciężko byłoby doszukiwać się czegoś poza chłodną informatywnością.
Możliwe, że to, co się zadziało na samym początku było całkiem zabawne, jednakże szybko przestało takie być. To, że w ogóle postanowił się odezwać było raczej odruchem. W dodatku niemalże bezwarunkowym, częściowo powodowanym zmęczeniem, które odczuwał po zejściu z bardzo uciążliwego nocnego wieczoru.
Ponadto dzień wcześniej z uporem maniaka starał się wtłoczyć swoim protegowanym trochę elementarnej przyrodniczej wiedzy do głów, w których było na nią wyjątkowo dużo pustego miejsca, toteż zareagował niemalże automatycznie.
No i był z natury uszczypliwym, czepliwym, poprawiającym ludzi dupkiem. W porządku? Tak, to też bez wątpienia miało w tym swój pewny udział, swoje znaczenie w przystaniu w stosunkowo niewielkiej odległości od luźnego żywopłotu i otaksowaniu wzrokiem...
...no, nie dziewczyny. Raczej jej pleców, krótkich nóg i burzy rdzawych loków, które gdyby nie cięty język panienki wskazywałyby na bycie kolejną Weasleyówną. Z tym, że Weasleyowie na ogół używali mniej wymownego słownictwa.
- Zdecydowanie nie kurwi krzak. Paradoksalnie, kurwim krzakiem są bardziej maliny, ewentualnie jagody - zawyrokował, podnosząc całkowicie przemoczony papieros z ziemi i parokrotnie obracając go w palcach, jakby chciał się upewnić, że jednak faktycznie już się nie żarzy i zdecydowanie nie jest w stanie ponownie zapłonąć.
A był ostatnim, który przy sobie miał. Z tego wszystkiego, co działo się w ostatnich dniach, jeśli w ogóle nie w tygodniach, miesiącach, latach, Greengrassowi kompletnie wyleciało z głowy sprawdzenie czy zaistniała konieczność uzupełnienia papierośnicy.
A więc skończył z ostatnią sztuką, którą nie zdążył się nawet dobrze zaciągnąć zanim nie zlała go fala wody znikąd. Dosłownie z powietrza. Dokładnie tak jak spadająca panienka szamocząca się w tej chwili w krzakach uprzejmie zidentyfikowanych przez niego jako żarnowiec miotlasty, nie żaden kursu krzak.
Kurwimi krzakami raczej nie obsadzano ulic w Dolinie Godryka. Zazwyczaj rosły w przydomowych ogródkach w formie chruśniaków albo w lasach (w sumie także w formie chruśniaków; chruśniaki były uniwersalne niezależnie od położenia), w których ów kurwy niezwykle często występowały. Szczególnie w okolicach mugolskich siedlisk i leśnych dróżek, na których sfrustrowani, pozbawieni mózgu i skrupułów, przepracowani mugolscy ojcowie i mężowie mogli złapać jedno z dwóch: za cycka albo rzeżączkę.
Tak czy inaczej, krzewy żarnowca niczym tu nie zawiniły i nazywanie ich w taki sposób było naprawdę nie na miejscu. Choć może mogły mieć swój udział w bólu dupy u rudowłosej czarownicy. W końcu z ziela żarnowca pozyskuje się sparteinę mającą swoje zastosowanie w uzdrowicielstwie. Jak na ironię najczęściej w stymulacji czynności mięśni gładkich. Takich jak na przykład wewnętrznego zwieracza odbytu.
- Pomóc? - Spytał uprzejmie, wcale nie mając dnia dobroci dla zwierząt tylko raczej średnio mogąc patrzeć na cierpienie biednych, naprawdę przydatnych krzaków.
Mimowolnie ponownie zwracając uwagę na strumyk wody (teraz to już właściwie potok; potok znikąd) a moment później dostrzegając, że również dziewczę było całkowicie mokre. Ki chuj?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down