15.11.2024, 23:41 ✶
Uśmiechnął się do niego z infantylną wręcz beztroską; po raz pierwszy tego wieczora zdawał się uśmiechać tak promiennie i szczerze. A potem westchnął z rozbawieniem z tylko sobie znanego powodu i ostrożnie, jakby miał do czynienia z czymś niezwykle cennym, zamknął pudełko i wsunął je z powrotem pod łóżko w taki sposób, by nie niepokoiło już żadnego z nich swoją osobliwą zawartością.
— Oczywiście, że nie mam pojęcia — pokiwał głową z uroczystą powagą godną hogwardzkiego pierwszoroczniaka w trakcie ceremonii przydziału, ale ten szelmowski błysk nadający jego oczom malachitowego odcienia i wargi zaciskające się wręcz desperacko, aby się nie roześmiać świadczyły przeciwko niemu. Tak, tak, świeczki były jego - nie próbował się nawet z tym kryć. Zaraz jednak wypuścił powietrze - ostro i gwałtownie, jakby właśnie pokonał jakąś wewnętrzną przeszkodę - i stanął naprzeciwko Rodolphusa nieskrępowany ich nagością. Miał nastrój do żartów i flirtu, najlepiej połączonych w jedno. — Och, akurat to nie powinno cię dziwić. Tylko spójrz na siebie...
Tutaj przerwał, by otoczyć go ramieniem i obrócić dyskretnie w stronę lustra znajdującego się na drzwiach mahoniowej szafy. Wszystkie meble w tym domu zdawały się być wykonane z czarnego drewna, jakby jego właściciel tym sposobem próbował udowodnić, że rodowe nazwisko do niego pasuje. By zagłuszyć głos w głowie, który bezustannie nazywał go oszustem.
— Pewnie już ci to mówiłem, ale jesteś piękny. Mógłbyś każdego rzucić na kolana — mówił powoli, a głos miał nieco bardziej ochrypły niż zwykle. A potem wszystko stało się szybko; kiedy chciał ująć go za rękę poczuł palce zaciskające się na swoim nadgarstku, a zaraz potem szarpnięcie, które rzeczywiście rzuciło go na kolana. Tyle, że to kolana Lestrenge'a, a nie jego własne. Usiadł więc na nich posłusznie, gorąca skóra przy skórze i poczuł, że od jego bliskości znów kręci mu się w głowie. Chciał go pocałować, raz jeszcze poczuć miękkość jego warg, poczynił nawet pewne przygotowania w tym kierunku, kiedy to spomiędzy nich padło pytanie, którego się nie spodziewał. Zbity z tropu odsunął się od Rodolphusa nieznacznie, tylko na tyle, by rzucić zaskoczone spojrzenie na jego twarz.
Żołądek się zacisnął, tak jak zawsze wtedy, gdy odzywało się poczucie winy.
— Widziałem go tylko raz w życiu i to z daleka, na Lammas. Później pojawił się ten artykuł o nim... I zamówiłem anonimowo te przeklęte świeczki z dostawą do Dziurawego Kotła. To wszystko — wyjaśnił z miną zbitego psa, nie mogąc wyzbyć się wrażenia, że interakcja z Charlesem Mulciberem była swego rodzaju ciosem wymierzonym w Rodolphusa. A przecież nie chciał go krzywdzić, nie jego, który okazał mu tyle serdeczności.
— Zatem prysznic — uśmiechnął się, ale już nie tak radośnie jak wcześniej i wstał gwałtownie, jakby nagle ciepło bijące od ciała drugiego mężczyzny go oparzyło. Trzymając go za rękę zaprowadził go do łazienki, która znajdowała się naprzeciwko. Jak można się spodziewać po kimś noszącym nazwisko Black, cała armatura była czarna. Jednak kafelki na ścianach i pod ich stopami były szmaragdowozielone. Perseus puścił dłoń Rodolphusa i otworzył wąską szafkę stojącą obok umywalki, a potem wyjął z niej dwa czyste ręczniki - i tutaj cały czar prysł, bowiem były one nieskazitelnie białe.
— Jeśli masz ochotę, możesz później założyć mój szlafrok. Daj znać, jeśli będziesz czegoś potrzebował.
W rzeczywistości to on sam był w potrzebie; potrzebował Rodolphusa.
— Oczywiście, że nie mam pojęcia — pokiwał głową z uroczystą powagą godną hogwardzkiego pierwszoroczniaka w trakcie ceremonii przydziału, ale ten szelmowski błysk nadający jego oczom malachitowego odcienia i wargi zaciskające się wręcz desperacko, aby się nie roześmiać świadczyły przeciwko niemu. Tak, tak, świeczki były jego - nie próbował się nawet z tym kryć. Zaraz jednak wypuścił powietrze - ostro i gwałtownie, jakby właśnie pokonał jakąś wewnętrzną przeszkodę - i stanął naprzeciwko Rodolphusa nieskrępowany ich nagością. Miał nastrój do żartów i flirtu, najlepiej połączonych w jedno. — Och, akurat to nie powinno cię dziwić. Tylko spójrz na siebie...
Tutaj przerwał, by otoczyć go ramieniem i obrócić dyskretnie w stronę lustra znajdującego się na drzwiach mahoniowej szafy. Wszystkie meble w tym domu zdawały się być wykonane z czarnego drewna, jakby jego właściciel tym sposobem próbował udowodnić, że rodowe nazwisko do niego pasuje. By zagłuszyć głos w głowie, który bezustannie nazywał go oszustem.
— Pewnie już ci to mówiłem, ale jesteś piękny. Mógłbyś każdego rzucić na kolana — mówił powoli, a głos miał nieco bardziej ochrypły niż zwykle. A potem wszystko stało się szybko; kiedy chciał ująć go za rękę poczuł palce zaciskające się na swoim nadgarstku, a zaraz potem szarpnięcie, które rzeczywiście rzuciło go na kolana. Tyle, że to kolana Lestrenge'a, a nie jego własne. Usiadł więc na nich posłusznie, gorąca skóra przy skórze i poczuł, że od jego bliskości znów kręci mu się w głowie. Chciał go pocałować, raz jeszcze poczuć miękkość jego warg, poczynił nawet pewne przygotowania w tym kierunku, kiedy to spomiędzy nich padło pytanie, którego się nie spodziewał. Zbity z tropu odsunął się od Rodolphusa nieznacznie, tylko na tyle, by rzucić zaskoczone spojrzenie na jego twarz.
Żołądek się zacisnął, tak jak zawsze wtedy, gdy odzywało się poczucie winy.
— Widziałem go tylko raz w życiu i to z daleka, na Lammas. Później pojawił się ten artykuł o nim... I zamówiłem anonimowo te przeklęte świeczki z dostawą do Dziurawego Kotła. To wszystko — wyjaśnił z miną zbitego psa, nie mogąc wyzbyć się wrażenia, że interakcja z Charlesem Mulciberem była swego rodzaju ciosem wymierzonym w Rodolphusa. A przecież nie chciał go krzywdzić, nie jego, który okazał mu tyle serdeczności.
— Zatem prysznic — uśmiechnął się, ale już nie tak radośnie jak wcześniej i wstał gwałtownie, jakby nagle ciepło bijące od ciała drugiego mężczyzny go oparzyło. Trzymając go za rękę zaprowadził go do łazienki, która znajdowała się naprzeciwko. Jak można się spodziewać po kimś noszącym nazwisko Black, cała armatura była czarna. Jednak kafelki na ścianach i pod ich stopami były szmaragdowozielone. Perseus puścił dłoń Rodolphusa i otworzył wąską szafkę stojącą obok umywalki, a potem wyjął z niej dwa czyste ręczniki - i tutaj cały czar prysł, bowiem były one nieskazitelnie białe.
— Jeśli masz ochotę, możesz później założyć mój szlafrok. Daj znać, jeśli będziesz czegoś potrzebował.
W rzeczywistości to on sam był w potrzebie; potrzebował Rodolphusa.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory