16.11.2024, 00:46 ✶
W dalszym ciągu przyglądając się niewielkiemu słoiczkowi z próbką piasku, który w międzyczasie znalazł się w długich palcach Greengrassa, przesuwany w nich to pod światło, to przysłaniany drugą dłonią, żeby obejrzeć piach w zacienieniu, bardzo powoli kiwnął głową na słowa Victorii będące poniekąd powtórzeniem ich własnych wypowiedzi.
Nie miał zbyt wiele do dodania ponad to, że właśnie tak - ziemia była wyjałowiona a oni jeszcze nie wiedzieli, co dokładnie sprawiło, że mandragora była w stanie tak doszczętnie wyssać minerały i substancje odżywcze z gleby i to w stosunkowo krótkim czasie (w końcu została przesadzona). Ani czym żywiła się wobec tego, jeśli nie nagromadzonymi wcześniej zapasami, które mogła mieć, ale nie musiała. Ambroise nie znał się aż tak bardzo na tym konkretnym gatunku.
- W tubie nie miałaby raczej zbyt wielkich możliwości żywienia się czymś z powietrza. Raczej nie mogła zwabić do siebie małych stworzeń ani skorzystać z innych gatunków roślin, skoro jest tu zamknięta - stwierdził bardzo powoli, marszcząc przy tym czoło w zastanowieniu. - Natomiast zapadanie w stan, w którym oszczędnie dysponuje magazynami zgromadzonych substancji mógłby być nawet całkiem prawdopodobny?
Choć czy pustynna mandragora miałaby zachowywać się w taki sposób? Z drugiej strony na pustyni raczej nie dysponowała zbyt wieloma składnikami odżywczymi. Tamta gleba nie była raczej specjalnie sprzyjająca szerokiemu i szybkiemu rozwojowi, raczej powolnemu przetrwaniu, co zdecydowanie mogło pasować do ich agentki. No i pozostała, oczywiście, jeszcze jedna opcja.
- Rzecz jasna jest też wcześniej wspomniana nekromancja - tym razem odezwał się już całkiem normalnym, nie przesadnie cichym tonem głosu, po prostu neutralnie rzucając alternatywę dla wyjaśnienia.
Choć raczej nie zamierzał jej przy tym specjalnie rozwijać, ponieważ z tego, co było wiadomo ludziom z jego otoczenia, był uzdrowicielem specjalizującym się w zatruciach eliksiralnych i roślinnych. W żadnym razie nie powiązanym z urokami, zaklęciami czy, nie daj Matko, obrzydliwymi mrocznymi sztukami.
Przede wszystkim dlatego, że w oczach Ambroisa nekromancja nie była niczym z natury wypaczonym, skalanym, godnym aż takiego demonizowania jakie otrzymywała w związku z czarnym PRem. W zależności od intencji i sposobu wykorzystania, była po prostu narzędziem do osiągnięcia celu. Złego czy dobrego. To cel był nacechowany, nekromancja sama w sobie była neutralna. Była narzędziem w rękach wykorzystującego ją czarodzieja.
Natomiast z samą czarną magią... ...tu sprawa robiła się znacznie bardziej skomplikowana, bo Greengrass zdecydowanie rozróżniał te dwa pojęcia. Paradoksalnie korzystając z obu tych metod, dziedzin, jak zwał tak zwał. W obu przypadkach po to, aby osiągnąć cel, który przecież sam w sobie uświęcał środki.
Wokół rozwijała się wojna. Poplecznicy Lorda Voldemorta raczej nie patyczkowali się przy coraz częstszych atakach. Nie zastanawiali się nad etyką, moralnością, tym bardziej nie nad legalnością wykorzystywanych zaklęć bądź metod.
Jasne, można było udawać, że to wszystko dotyczy głównie czarodziejów mugolskiego pochodzenia, charłaków, pewnych osób półkrwi i bandy debili walczących po stronie dobra za ideę równości i sprawiedliwości ciepłego wygazowanego piwa i średniej hawajskiej dla każdego natomiast prędzej czy później każdy przedstawiciel czarodziejskiego świata miał zostać postawiony przed okolicznością zmierzenia się z przeciwnikami.
Ambroise wiedział o tym aż za dobrze. Aż nazbyt w praktyce odczuł to na własnej skórze. I być może gdyby w tym wszystkim chodziło wtedy wyłącznie o niego samego to posunięcie się do instynktownego odpowiedzenia ogniem na ogień nie przyszłoby mu tak błyskawicznie (choć pewnie w dalszym ciągu by przyszło), że aż niemal karykaturalnie. Natomiast przyszło. A potem przychodziło jeszcze wielokrotnie. Szczególnie wtedy, kiedy dostrzegł, że to działa, że wywołuje element zaskoczenia. Szczególnie wtedy, kiedy już nikt nie kontrolował jego autodestrukcyjnych zapędów.
A ciągoty do ciemnych sztuk, testowania ich granic i zastosowań miał od wielu lat, obracając się w takim a nie innym środowisku, gdzie tylko głupi unikałby możliwości uzyskania wiedzy. Poznaj swojego wroga i jego metody brzmiało jak doskonałe wewnętrzne wytłumaczenie. Z tym, że gdzieś tam w długiej i krętej drodze zatraciło cały swój pierwotny sens i znaczenie. I nawet zabawa nie była zbyt przednia.
Mało co było dla niego ostatnio wyjątkową rozrywką. Słysząc o Beltane, wyłącznie nieznacznie się skrzywił. Paskudny, naprawdę paskudny okres, ale nie miał od siebie nic odkrywczego do powiedzenia, więc wymownie milczał.
Tak samo jak przez resztę czasu, na słowa o peruwiańskiej koszuli robiąc aprobującą minę i odnotowując w głowie, żeby rozwinąć temat. Zaś na reakcję siostry wyłącznie pobłażliwie machając ręką. Nasunął nauszniki, przyjął odpowiednią pozycję, niedaleko pani Abbott, ale w dalszym ciągu przy stole. Instynktownie nie odkładając słoiczka z naprawdę interesującym piaskiem trzymanego w lewej dłoni.
Przygotował się do interwencji, aby móc zareagować w razie potrzeby, ale to, co się wydarzyło było...
...kurwa, nieoczekiwane.
Na tyle, że odruchowo spojrzał w kierunku siostry, a gdy nie odnalazł jej spojrzenia, przeniósł wzrok na Norę. Na co oni właśnie patrzyli?
Napotykając spojrzenie przyjaciółki, zmarszczył brwi, wpatrując się w jej strzykawkę i chyba... ...no tak. Tak, to miało sens. Niewielki, trochę wypaczony, ale sens.
Przelotnie rzucił wzrokiem w kierunku Roselyn, obdarzając ją w teorii wymownym, ale chwilowo niewiele mówiącym spojrzeniem. No cóż, to miało się zmienić i to szybciej aniżeli później. Jeśli komentarz skierowany do Jonathana odnośnie jego naprawdę świetnie leżącej, jakościowej koszuli stanowił dla młodszej Greengrassówny podstawę do takiego a nie innego komentarza to te następne pośpiesznie podjęte decyzje miały ją wręcz załamać.
Szczególnie, że nie było zbyt wiele czasu na to, żeby rozważać wszelkie inne możliwości. Musieli zadziałać stosunkowo szybko, żeby spróbować cokolwiek zdziałać zanim ta bardziej żywa i agresywna bulwa mandragory jorgnie się, że została częściowo wystawiona na widoczność. Mieli niewiele czasu zanim ta wstydliwa królowa jak ją określił Jonathan postanowi (również zgodnie z życzeniem Selwyna; dzięki, chłopie, siła wizualizacji jest w tobie mocna) wyciągnąć do nich swoje witki.
Rzecz jasna mogli stracić wszystko, co już zrobili. Stchórzyć, wycofać się, ale to byłoby wręcz żenujące a obecny poziom funkcjonowania Towarzystwa już błagał o pomstę do Matki Natury. Rozwiązanie było zatem jedno. Proste w swoim skomplikowanym, pokrótce nakreślonym w znaczących spojrzeniach i poruszeniu ustami planie.
Spojrzenie góra-dół, przyzezowanie w stronę mandragory, ruch ręką w stronę swoich barków i wymowne potem spierdalamy zawarte w machnięciu głową w tył.
Nie proponował tego siostrze, szczególnie że sama powiedziała, że nie zna się na translokacji a to mógł być ich awaryjny plan b. Mimo ich bliskości, z Roselyn nie miał blisko dwudziestu lat wypracowanego systemu weź se po to po prostu sięgnij, jeśli nie możesz tego ruszyć różdżką, podsadzę cię. Victoria zamierzała osłaniać dziewczęta ze strzykawkami. Jonathan miał praktyczne doświadczenie w walce z mandragorą.
Ignorując odór nekromancji, który wreszcie przebił się przez jego cholerny katar (tak, rzeczywiście śmierdziało), zrobił krok w kierunku kobiet, zamierzając rozproszyć niewielki fragment kopuły od góry na wysokości, na której mandragora nie od razu dostrzegłaby ruch.
Niezależnie od efektów, dalsza improwizacja była cóż, bardzo pokazowo improwizacyjna. Komuś z pewnością miało się udać umożliwienie im pobrania próbki, szczególnie że Ambroise wyraźnie zagestykulował swój (a także poniekąd Nory, zdecydowanie bardziej Nory) zamiar.
Roise instynktownie wsadził sobie różdżkę między zęby, pochylając się do przodu w taki sposób, żeby Nora mogła wdrapać mu się na barana. Odruchowo schował mały słoiczek do głębokiej kieszeni spodni razem z innymi zielarskimi śmieciami, które nosił upchane wszędzie. Zrobił to szybko i bezwiednie, instynktownie, żeby móc szybko zareagować.
Walić krzesło. Było chybotliwe i mogła z niego nie sięgnąć. W przypadku konieczności znalezienia się blisko morderczej rośliny lepiej było nie ufać martwym przedmiotom. Jeśli ten manewr im się powiódł, to Greengrass wyprostował się, asekurując Figg na swoich barkach przy pomocy jednego ramienia biorąc różdżkę w drugą rękę. Mogłaby zacząć sięganie do mandragory w celu pobrania próbki, o ile któremuś z nich albo innych ludzi udało się rozproszyć fragment osłony.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Nie miał zbyt wiele do dodania ponad to, że właśnie tak - ziemia była wyjałowiona a oni jeszcze nie wiedzieli, co dokładnie sprawiło, że mandragora była w stanie tak doszczętnie wyssać minerały i substancje odżywcze z gleby i to w stosunkowo krótkim czasie (w końcu została przesadzona). Ani czym żywiła się wobec tego, jeśli nie nagromadzonymi wcześniej zapasami, które mogła mieć, ale nie musiała. Ambroise nie znał się aż tak bardzo na tym konkretnym gatunku.
- W tubie nie miałaby raczej zbyt wielkich możliwości żywienia się czymś z powietrza. Raczej nie mogła zwabić do siebie małych stworzeń ani skorzystać z innych gatunków roślin, skoro jest tu zamknięta - stwierdził bardzo powoli, marszcząc przy tym czoło w zastanowieniu. - Natomiast zapadanie w stan, w którym oszczędnie dysponuje magazynami zgromadzonych substancji mógłby być nawet całkiem prawdopodobny?
Choć czy pustynna mandragora miałaby zachowywać się w taki sposób? Z drugiej strony na pustyni raczej nie dysponowała zbyt wieloma składnikami odżywczymi. Tamta gleba nie była raczej specjalnie sprzyjająca szerokiemu i szybkiemu rozwojowi, raczej powolnemu przetrwaniu, co zdecydowanie mogło pasować do ich agentki. No i pozostała, oczywiście, jeszcze jedna opcja.
- Rzecz jasna jest też wcześniej wspomniana nekromancja - tym razem odezwał się już całkiem normalnym, nie przesadnie cichym tonem głosu, po prostu neutralnie rzucając alternatywę dla wyjaśnienia.
Choć raczej nie zamierzał jej przy tym specjalnie rozwijać, ponieważ z tego, co było wiadomo ludziom z jego otoczenia, był uzdrowicielem specjalizującym się w zatruciach eliksiralnych i roślinnych. W żadnym razie nie powiązanym z urokami, zaklęciami czy, nie daj Matko, obrzydliwymi mrocznymi sztukami.
Przede wszystkim dlatego, że w oczach Ambroisa nekromancja nie była niczym z natury wypaczonym, skalanym, godnym aż takiego demonizowania jakie otrzymywała w związku z czarnym PRem. W zależności od intencji i sposobu wykorzystania, była po prostu narzędziem do osiągnięcia celu. Złego czy dobrego. To cel był nacechowany, nekromancja sama w sobie była neutralna. Była narzędziem w rękach wykorzystującego ją czarodzieja.
Natomiast z samą czarną magią... ...tu sprawa robiła się znacznie bardziej skomplikowana, bo Greengrass zdecydowanie rozróżniał te dwa pojęcia. Paradoksalnie korzystając z obu tych metod, dziedzin, jak zwał tak zwał. W obu przypadkach po to, aby osiągnąć cel, który przecież sam w sobie uświęcał środki.
Wokół rozwijała się wojna. Poplecznicy Lorda Voldemorta raczej nie patyczkowali się przy coraz częstszych atakach. Nie zastanawiali się nad etyką, moralnością, tym bardziej nie nad legalnością wykorzystywanych zaklęć bądź metod.
Jasne, można było udawać, że to wszystko dotyczy głównie czarodziejów mugolskiego pochodzenia, charłaków, pewnych osób półkrwi i bandy debili walczących po stronie dobra za ideę równości i sprawiedliwości ciepłego wygazowanego piwa i średniej hawajskiej dla każdego natomiast prędzej czy później każdy przedstawiciel czarodziejskiego świata miał zostać postawiony przed okolicznością zmierzenia się z przeciwnikami.
Ambroise wiedział o tym aż za dobrze. Aż nazbyt w praktyce odczuł to na własnej skórze. I być może gdyby w tym wszystkim chodziło wtedy wyłącznie o niego samego to posunięcie się do instynktownego odpowiedzenia ogniem na ogień nie przyszłoby mu tak błyskawicznie (choć pewnie w dalszym ciągu by przyszło), że aż niemal karykaturalnie. Natomiast przyszło. A potem przychodziło jeszcze wielokrotnie. Szczególnie wtedy, kiedy dostrzegł, że to działa, że wywołuje element zaskoczenia. Szczególnie wtedy, kiedy już nikt nie kontrolował jego autodestrukcyjnych zapędów.
A ciągoty do ciemnych sztuk, testowania ich granic i zastosowań miał od wielu lat, obracając się w takim a nie innym środowisku, gdzie tylko głupi unikałby możliwości uzyskania wiedzy. Poznaj swojego wroga i jego metody brzmiało jak doskonałe wewnętrzne wytłumaczenie. Z tym, że gdzieś tam w długiej i krętej drodze zatraciło cały swój pierwotny sens i znaczenie. I nawet zabawa nie była zbyt przednia.
Mało co było dla niego ostatnio wyjątkową rozrywką. Słysząc o Beltane, wyłącznie nieznacznie się skrzywił. Paskudny, naprawdę paskudny okres, ale nie miał od siebie nic odkrywczego do powiedzenia, więc wymownie milczał.
Tak samo jak przez resztę czasu, na słowa o peruwiańskiej koszuli robiąc aprobującą minę i odnotowując w głowie, żeby rozwinąć temat. Zaś na reakcję siostry wyłącznie pobłażliwie machając ręką. Nasunął nauszniki, przyjął odpowiednią pozycję, niedaleko pani Abbott, ale w dalszym ciągu przy stole. Instynktownie nie odkładając słoiczka z naprawdę interesującym piaskiem trzymanego w lewej dłoni.
Przygotował się do interwencji, aby móc zareagować w razie potrzeby, ale to, co się wydarzyło było...
...kurwa, nieoczekiwane.
Na tyle, że odruchowo spojrzał w kierunku siostry, a gdy nie odnalazł jej spojrzenia, przeniósł wzrok na Norę. Na co oni właśnie patrzyli?
Napotykając spojrzenie przyjaciółki, zmarszczył brwi, wpatrując się w jej strzykawkę i chyba... ...no tak. Tak, to miało sens. Niewielki, trochę wypaczony, ale sens.
Przelotnie rzucił wzrokiem w kierunku Roselyn, obdarzając ją w teorii wymownym, ale chwilowo niewiele mówiącym spojrzeniem. No cóż, to miało się zmienić i to szybciej aniżeli później. Jeśli komentarz skierowany do Jonathana odnośnie jego naprawdę świetnie leżącej, jakościowej koszuli stanowił dla młodszej Greengrassówny podstawę do takiego a nie innego komentarza to te następne pośpiesznie podjęte decyzje miały ją wręcz załamać.
Szczególnie, że nie było zbyt wiele czasu na to, żeby rozważać wszelkie inne możliwości. Musieli zadziałać stosunkowo szybko, żeby spróbować cokolwiek zdziałać zanim ta bardziej żywa i agresywna bulwa mandragory jorgnie się, że została częściowo wystawiona na widoczność. Mieli niewiele czasu zanim ta wstydliwa królowa jak ją określił Jonathan postanowi (również zgodnie z życzeniem Selwyna; dzięki, chłopie, siła wizualizacji jest w tobie mocna) wyciągnąć do nich swoje witki.
Rzecz jasna mogli stracić wszystko, co już zrobili. Stchórzyć, wycofać się, ale to byłoby wręcz żenujące a obecny poziom funkcjonowania Towarzystwa już błagał o pomstę do Matki Natury. Rozwiązanie było zatem jedno. Proste w swoim skomplikowanym, pokrótce nakreślonym w znaczących spojrzeniach i poruszeniu ustami planie.
Spojrzenie góra-dół, przyzezowanie w stronę mandragory, ruch ręką w stronę swoich barków i wymowne potem spierdalamy zawarte w machnięciu głową w tył.
Nie proponował tego siostrze, szczególnie że sama powiedziała, że nie zna się na translokacji a to mógł być ich awaryjny plan b. Mimo ich bliskości, z Roselyn nie miał blisko dwudziestu lat wypracowanego systemu weź se po to po prostu sięgnij, jeśli nie możesz tego ruszyć różdżką, podsadzę cię. Victoria zamierzała osłaniać dziewczęta ze strzykawkami. Jonathan miał praktyczne doświadczenie w walce z mandragorą.
Ignorując odór nekromancji, który wreszcie przebił się przez jego cholerny katar (tak, rzeczywiście śmierdziało), zrobił krok w kierunku kobiet, zamierzając rozproszyć niewielki fragment kopuły od góry na wysokości, na której mandragora nie od razu dostrzegłaby ruch.
Niezależnie od efektów, dalsza improwizacja była cóż, bardzo pokazowo improwizacyjna. Komuś z pewnością miało się udać umożliwienie im pobrania próbki, szczególnie że Ambroise wyraźnie zagestykulował swój (a także poniekąd Nory, zdecydowanie bardziej Nory) zamiar.
Roise instynktownie wsadził sobie różdżkę między zęby, pochylając się do przodu w taki sposób, żeby Nora mogła wdrapać mu się na barana. Odruchowo schował mały słoiczek do głębokiej kieszeni spodni razem z innymi zielarskimi śmieciami, które nosił upchane wszędzie. Zrobił to szybko i bezwiednie, instynktownie, żeby móc szybko zareagować.
Walić krzesło. Było chybotliwe i mogła z niego nie sięgnąć. W przypadku konieczności znalezienia się blisko morderczej rośliny lepiej było nie ufać martwym przedmiotom. Jeśli ten manewr im się powiódł, to Greengrass wyprostował się, asekurując Figg na swoich barkach przy pomocy jednego ramienia biorąc różdżkę w drugą rękę. Mogłaby zacząć sięganie do mandragory w celu pobrania próbki, o ile któremuś z nich albo innych ludzi udało się rozproszyć fragment osłony.
Lecimy z Bellami wersja jeszcze bardziej budżetowa:
Rzut na rozproszenie małego okienka od góry mandragory - na kobiece ręce. Wysokość pozwalająca Norze nachylić się i szybko wbić igłę. Postać sama w sobie ma 189 cm wzrostu, to tur.
AF na podniesienie Nory w taki sposób, żeby się utrzymała
Rzut na rozproszenie małego okienka od góry mandragory - na kobiece ręce. Wysokość pozwalająca Norze nachylić się i szybko wbić igłę. Postać sama w sobie ma 189 cm wzrostu, to tur.
Rzut N 1d100 - 56
Sukces!
Sukces!
AF na podniesienie Nory w taki sposób, żeby się utrzymała
Rzut Z 1d100 - 65
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down