16.11.2024, 04:09 ✶
Miał nadzieję, że wyjazd z Windermere pozwoli mu nabrać dystansu do Laurenta. Łudził się, że wszystkie towarzyszące mu tam emocje były jedynie wynikiem klątwy spowijającej jezioro, że słowa, które padły z jego ust nie były tak naprawdę jego, a rozgorączkowane pocałunki składane na jego dłoni gdy walka dobiegła końca stanowiły jedynie marginalny gest. Był przerażony, kiedy otwierał mu drzwi, bowiem wiedział, że po kilku uprzejmościach będą musieli przejść do sedna sprawy, a wtedy będzie musiał mu powiedzieć, że jednak wcale go nie kocha i że wybiera przyszłość u boku swojej żony. Najbardziej jednak bał się niewiedzy odnośnie tego, czy zrani go tym wyznaniem, czy też przyniesie mu ulgę. Żaden z tych scenariuszy mu się nie podobał, ponieważ oba najprawdopodobniej prowadziły do zerwania tej znajomości, podczas gdy coś głęboko w jego świadomości wzbraniało się przed tym ze wszystkich sił.
Kiedy jednak ich spojrzenia się skrzyżowały, a serce boleśnie zatrzepotało o kraty żeber, Perseus Black zdał sobie sprawę, że jego uczucia nie pochodziły z liliowej poświaty okalającej czarne jezioro, a z niego samego; Windermere sprawiło jedynie, że z nasiona zasianego w nim podczas ich pierwszego spotkania wyrósł kwiat, a później rozkwitł w całej swojej okazałości. Nie wiedział jeszcze, czy chce go pielęgnować, czy może skazać go na powolne zwiędnięcie. Konieczność wyboru przeraziła go jeszcze bardziej niż płomienność swojego afektu względem tego młodzieńca, dlatego też wpatrywał się w niego osłupiały przez dłuższą chwilę zanim zdobył się na odpowiedź.
— Jesteś tu zawsze mile widziany — rzekł wreszcie z całą pewnością tych słów; cokolwiek nie padnie pomiędzy nimi za kilka chwil, towarzystwo Laurenta niezmiennie będzie mu miłe. Nawet jeśli młodzieniec sam sobie wydawał się ospały, bezlitośnie wyzuty z radości życia i niosący ze sobą zapowiedź jesieni, to w oczach Perseusa był latem, lipcowym polem mieniącym się złotem słoneczników rozciągającym się po horyzont, słodyczą dojrzałych malin barwiących swym sokiem łapczywe palce i ukojeniem leśnego strumienia w upalne południe. Był falami rozbijającymi się o klify w Devonshire i błękitem nieba nad łąkami Somerset. — Rozgość się więc, a ja za chwilę ją przyniosę — nie miał przecież skrzata, na którego mógłby zrzucić obowiązki gospodarza. Za bardzo cenił sobie autonomię; według bliskich przesadnie wręcz celebrował proste czynności, które mógł oddelegować na służbę. Niegroźne dziwactwo, zabawna anegdotka do opowiadania przy obiedzie, pełne politowania spojrzenia rodzeństwa - nie mógł im przecież powiedzieć, że pragnie nacieszyć się sprawnością zanim odbierze mu ją choroba.
Choć na stoliku w gabinecie czekała na nich lemoniada, to Perseus przygotował się również na inną ewentualność, dlatego chciał się wycofać do kuchni, gdzie na srebrnej tacy czekał już pękaty imbryk z zaparzoną herbatą, kiedy ponownie pochwycił spojrzenie Laurenta i jego wymowne oddalenie się na słoneczniki. Ciche mam nadzieję, że zawisło pomiędzy nimi niczym ostrze gilotyny czekającej aż kat przetnie linę. Przełknął ślinę. Miał nadzieję, że.... co? Pod sklepieniem czaszki kotłowało mu się od najczarniejszych myśli. Czy to tak się rozstaną? Czy zaraz Laurent nakreśli granicę, której pod żadnym pozorem nie będzie mu wolno przekroczyć?
Nie. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
— Sama twoja obecność jest najpiękniejszym podarunkiem — odparł pocieszająco i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z siły tego wyznania. Spojrzał z zakłopotaniem na swoje dłonie, a wtedy Laurent wyjął małe pudełeczko i Perseus nie mógł już powstrzymać uśmiechu. Ręce mu drżały kiedy przyjmował prezent - czarodziej miał rację, zajął się już swoją raną i nawet nie bolała już tak bardzo - ale nie chodziło o samą maść. To było coś, co dostał od niego - cząstka Laurenta, którą otrzymał na własność. Ujął pudełeczko z nabożnością, próbując przy tym powstrzymać wzruszenie. A potem spojrzał na Prewetta ze szczerą radością, zastanawiając się, czy zdawał sobie sprawę z tego, że właśnie podarował mu najcenniejszy przedmiot, jaki kiedykolwiek posiadał. Nie rodowe pamiątki, zdobiące jego palce sygnety, czy jedwabne koszule - to małe pudełeczko nieodzownie kojarzące mu się z postacią Laurenta.
— Dziękuję to... To bardzo pięknie z twojej strony. Ja również mam coś dla ciebie... Ale... Ale pozwól, że najpierw przyniosę herbatę — to była wygodna wymówka, która pozwoliła mu ochłonąć i opanować emocje. Stał przez chwilę w kuchni, gładząc wieczko przewiązane wstążką, przytulał prezent policzka i rozkoszował się zapachem Laurenta pomieszanym z ziołową wonią maści. Wreszcie schował pudełko do kieszeni i zabrał gotową tacę do swojego gabinetu. Porcelana była ładna i niewątpliwie warta małą fortunę - dwie małe czarne filiżanki z równie czarnymi spodkami, wszystkie ozdobione srebrnymi konwaliami. Do tego pasujący do nich imbryk i cukiernica, a razem z nimi kruche ciasteczka wypełnione nadzieniem jabłkowym.
Postawił tacę na stoliku obok lemoniady i nalał Laurentowi czarnej herbaty z płatkami kwiatów. Dłonie mu przy tym drżały, a kiedy podawał mu filiżankę omal nie wylał jej zawartości na jego spodnie. Udało się jednak bez katastrofy i Perseus z ulgą wycofał się w stronę swojego biurka, tylko po to by wyjąć w niego płaskie pudełko w kształcie kwadratu obite czarnym atłasem. Na wierzchu znajdowało się wybite logo sklepu jubilerskiego Burke'ów.
— Mam nadzieję, że nie przerazisz się tym gestem, ani nie pomyślisz, że oczekuję czegoś od ciebie w zamian. Zobaczyłem je i pomyślałem o tobie — podał mu pudełko i pozwolił samodzielnie otworzyć. W środku znajdował się krótki naszyjnik z pereł.
Kiedy jednak ich spojrzenia się skrzyżowały, a serce boleśnie zatrzepotało o kraty żeber, Perseus Black zdał sobie sprawę, że jego uczucia nie pochodziły z liliowej poświaty okalającej czarne jezioro, a z niego samego; Windermere sprawiło jedynie, że z nasiona zasianego w nim podczas ich pierwszego spotkania wyrósł kwiat, a później rozkwitł w całej swojej okazałości. Nie wiedział jeszcze, czy chce go pielęgnować, czy może skazać go na powolne zwiędnięcie. Konieczność wyboru przeraziła go jeszcze bardziej niż płomienność swojego afektu względem tego młodzieńca, dlatego też wpatrywał się w niego osłupiały przez dłuższą chwilę zanim zdobył się na odpowiedź.
— Jesteś tu zawsze mile widziany — rzekł wreszcie z całą pewnością tych słów; cokolwiek nie padnie pomiędzy nimi za kilka chwil, towarzystwo Laurenta niezmiennie będzie mu miłe. Nawet jeśli młodzieniec sam sobie wydawał się ospały, bezlitośnie wyzuty z radości życia i niosący ze sobą zapowiedź jesieni, to w oczach Perseusa był latem, lipcowym polem mieniącym się złotem słoneczników rozciągającym się po horyzont, słodyczą dojrzałych malin barwiących swym sokiem łapczywe palce i ukojeniem leśnego strumienia w upalne południe. Był falami rozbijającymi się o klify w Devonshire i błękitem nieba nad łąkami Somerset. — Rozgość się więc, a ja za chwilę ją przyniosę — nie miał przecież skrzata, na którego mógłby zrzucić obowiązki gospodarza. Za bardzo cenił sobie autonomię; według bliskich przesadnie wręcz celebrował proste czynności, które mógł oddelegować na służbę. Niegroźne dziwactwo, zabawna anegdotka do opowiadania przy obiedzie, pełne politowania spojrzenia rodzeństwa - nie mógł im przecież powiedzieć, że pragnie nacieszyć się sprawnością zanim odbierze mu ją choroba.
Choć na stoliku w gabinecie czekała na nich lemoniada, to Perseus przygotował się również na inną ewentualność, dlatego chciał się wycofać do kuchni, gdzie na srebrnej tacy czekał już pękaty imbryk z zaparzoną herbatą, kiedy ponownie pochwycił spojrzenie Laurenta i jego wymowne oddalenie się na słoneczniki. Ciche mam nadzieję, że zawisło pomiędzy nimi niczym ostrze gilotyny czekającej aż kat przetnie linę. Przełknął ślinę. Miał nadzieję, że.... co? Pod sklepieniem czaszki kotłowało mu się od najczarniejszych myśli. Czy to tak się rozstaną? Czy zaraz Laurent nakreśli granicę, której pod żadnym pozorem nie będzie mu wolno przekroczyć?
Nie. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
— Sama twoja obecność jest najpiękniejszym podarunkiem — odparł pocieszająco i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z siły tego wyznania. Spojrzał z zakłopotaniem na swoje dłonie, a wtedy Laurent wyjął małe pudełeczko i Perseus nie mógł już powstrzymać uśmiechu. Ręce mu drżały kiedy przyjmował prezent - czarodziej miał rację, zajął się już swoją raną i nawet nie bolała już tak bardzo - ale nie chodziło o samą maść. To było coś, co dostał od niego - cząstka Laurenta, którą otrzymał na własność. Ujął pudełeczko z nabożnością, próbując przy tym powstrzymać wzruszenie. A potem spojrzał na Prewetta ze szczerą radością, zastanawiając się, czy zdawał sobie sprawę z tego, że właśnie podarował mu najcenniejszy przedmiot, jaki kiedykolwiek posiadał. Nie rodowe pamiątki, zdobiące jego palce sygnety, czy jedwabne koszule - to małe pudełeczko nieodzownie kojarzące mu się z postacią Laurenta.
— Dziękuję to... To bardzo pięknie z twojej strony. Ja również mam coś dla ciebie... Ale... Ale pozwól, że najpierw przyniosę herbatę — to była wygodna wymówka, która pozwoliła mu ochłonąć i opanować emocje. Stał przez chwilę w kuchni, gładząc wieczko przewiązane wstążką, przytulał prezent policzka i rozkoszował się zapachem Laurenta pomieszanym z ziołową wonią maści. Wreszcie schował pudełko do kieszeni i zabrał gotową tacę do swojego gabinetu. Porcelana była ładna i niewątpliwie warta małą fortunę - dwie małe czarne filiżanki z równie czarnymi spodkami, wszystkie ozdobione srebrnymi konwaliami. Do tego pasujący do nich imbryk i cukiernica, a razem z nimi kruche ciasteczka wypełnione nadzieniem jabłkowym.
Postawił tacę na stoliku obok lemoniady i nalał Laurentowi czarnej herbaty z płatkami kwiatów. Dłonie mu przy tym drżały, a kiedy podawał mu filiżankę omal nie wylał jej zawartości na jego spodnie. Udało się jednak bez katastrofy i Perseus z ulgą wycofał się w stronę swojego biurka, tylko po to by wyjąć w niego płaskie pudełko w kształcie kwadratu obite czarnym atłasem. Na wierzchu znajdowało się wybite logo sklepu jubilerskiego Burke'ów.
— Mam nadzieję, że nie przerazisz się tym gestem, ani nie pomyślisz, że oczekuję czegoś od ciebie w zamian. Zobaczyłem je i pomyślałem o tobie — podał mu pudełko i pozwolił samodzielnie otworzyć. W środku znajdował się krótki naszyjnik z pereł.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory