16.11.2024, 05:05 ✶
- A nasze zwyczajowe szaleństwo? - Odchrząknął znacząco i zmrużył przy tym oczy, rzucając Geraldine przesadnie badawcze spojrzenie, jakby nie do końca dowierzał w to, że mogła zapomnieć o ich dorocznym, praktycznie cozimowym szaleństwie.
Którego tak właściwie tam nie było, ale na potrzeby tej chwili zamierzał udawać, że okazjonalne zmiany jednej lokalizacji na drugą, wypady na sabat, targi i jarmarki były prawdziwie pasjonujące.
No i bale. Nie mogli zapomnieć o serii swoich ulubionych wydarzeń towarzyskich, jakimi były liczne imprezy czystokrwistych czarodziejów. Ambroise nie wiedział, kiedy dokładnie zaczął uznawać to za pewną przyjemność. No, może nie same godziny spędzane między obłudnymi i zazwyczaj skrajnie nudnymi ludźmi, ale te fragmenty dnia przed wyjściem z domu i po powrocie do niego. One zasługiwały na zaszczytne wspomnienie w pamięci.
- Wiesz, że dla niektórych podniesienie się z kanapy i dobrowolne, pozazawodowe wyjście na zewnątrz, gdy wokół panują minusowe temperatury to już przesada - zauważył bez najmniejszego problemu, bo przecież nie musiał przy niej powstrzymywać się od komentarzy tego typu; bądź co bądź poniekąd godzących w ich tradycyjne wartości czystokrwistych czarodziejów, bo niemal od razu dodał. - No, chyba że trzeba odstawić się jak goblin na otwarcie filii banku. Wtedy już bardzo ochoczo dopuszczają do siebie takie szaleństwa - skwitował porozumiewawczo.
Nie raz i nie dwa przecież słyszeli od takich ludzi te pasjonujące historie o wyjściu na zaśnieżoną ulicę w nowych pantofelkach o nieprzetartych podeszwach, które tak baaaardzo ślizgały się na lodzie. Albo o wietrze, który nagle brutalnie szarpnął delikatną parasolką prawie unosząc przy tym równie wątłą i wiotką rączkę właścicielki przedmiotu.
Niektórzy ludzie wręcz uwielbiali wciskać wszędzie zbędnie dramatyczne elementy. Inni, tacy jak oni, po latach zaczynali powoli doceniać te nieliczne momenty, w których ich życie było zdecydowanie pozbawione kolejnych ekscytacji niezwiązanych z prywatnymi, całkowicie planowanymi ekscesami.
Na przykład takimi, o których teraz rozmawiali. Ambroise w trochę innym założeniu, ale nie wątpił, że ostatecznie i tak przyjdzie im odnaleźć się na tej samej stronie.
- Możesz mi uwierzyć, że w takim wypadku z pewnością go dostanę - stwierdził bez większego zastanowienia, bo im bardziej o tym teraz (i nie tylko teraz) myślał tym bardziej naturalne wydawało mu się, że mogli to uznać za pewnik.
Przede wszystkim w dalszym ciągu miał te swoje absurdalne ilości niewykorzystanych dni urlopowych, z których być może przez ostatnie lata znacząco zaczął korzystać, ale nie był w stanie tak po prostu pozwolić sobie na to, żeby wziąć je wszystkie na raz albo robić to w nieodległych od siebie odstępach czasowych.
Ponadto stan, w jakim znajdował się szpital oraz własne zawodowe plany Greengrassa wymagały od niego brania dodatkowych dyżurów, zamian albo przejmowania dniówek lub nocek po kolegach, zostawania po godzinach.
A to wszystko było bardzo niechętnie wypłacane przez dyrekcję Munga, która nie była nawet w stanie zadbać o dotrudnienie dodatkowego personelu pomocniczego albo ogólnej kadry uzdrowicielskiej. Zamiast tego raz na jakiś czas dawano mu kilka świstków do przejrzenia, zmuszając go do pozornego odebrania przepadających dni urlopowych. Z tym, że jednocześnie manewrując go w branie w tym czasie dyżuru za kogoś innego.
Szczególnie wtedy, kiedy jakiś magimedyk wreszcie przechodził swoją granicę i po prostu się zwalniał idąc całkowicie w prywatną praktykę. Przez lata przez szpital zdążyły przelać się niezliczone rzesze pracowników zatrudniających się wyłącznie na chwilę w ramach złapania wstępnego doświadczenia i kontaktów. Mało która osoba znana Greengrassowi żyła wyłącznie z pensji uzdrowiciela.
On również najpewniej już dawno całkowicie przeszedłby na własną pełnoetatową działalność. Kiedyś całkiem poważnie to rozważał, aby mieć większą swobodę w układaniu sobie prywatnego życia u boku swojej kobiety, z którą naprawdę starał się spędzać jak najwięcej czasu, nawet pomimo napiętego grafiku. Jednakże ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu.
W tym momencie miał tak naprawdę niedużą garstkę stałych prywatnych pacjentów i swoje pokątne interesy na Nokturnie, z których w żadnym razie nie zrezygnował, ale które starał się ograniczyć do minimum. Z roku na rok szukając możliwości wyrobienia tam sobie na tyle silnej pozycji, aby nie musieć angażować się w każdą pierdołę jak to miał w zwyczaju na samym początku. W tej chwili nie potrzebował zbędnej adrenaliny, nie musiał szukać niepotrzebnej złudnej ekscytacji.
Szczególnie teraz, kiedy w jego głowie zaczynały wyklarowywać się znacznie poważniejsze plany. Nie to, żeby te obecne takie nie były. Po prostu nagle powoli zaczynał dopuszczać do siebie szereg całkiem nowych możliwości. A w związku z nimi również wszelkie możliwe zmiany, kolejne przetasowania, drobne zamieszanie w kociołku.
Wbrew pozorom zachowanie a nawet ugruntowanie sobie pozycji w szpitalu, jakakolwiek nie byłaby ta instytucja, nie było tak całkowicie do końca związane z jego ambicjami. Nie wyłącznie. Oczywiście, od lat instynktownie dążył do tego, aby w odpowiednim momencie być w stanie płynnie wskoczyć na zwalniające się stanowisko, zajmując je z niewymuszoną pewnością siebie. Natomiast aktualnie liczyło się jeszcze coś.
To, co wcześniej wykluczało u niego rezygnację z pracy na etacie w Mungu. Teraz dodatkowo sprawiało, że robił jeszcze więcej rzeczy, aby zaznaczyć swoją obecność a nawet dominację na oddziale. Chcąc budować im bardziej stabilne życie na kolejnych naturalnie postępujących po sobie etapach (cóż, to brzmiało niezwykle dojrzale, całkiem imponująco i dobrze) potrzebował mieć jasną sytuację zawodową.
Tak robili odpowiedzialni ludzie. A Ambroise chyba zaczął być właśnie taką osobą. Przynajmniej starał się nią być, nie tracąc jednocześnie siebie i tego, co w sobie lubił. Nie poświęcając się, nie musząc się zmieniać, bo przecież nic nie musiał. Po prostu chcąc. Stopniowo, krok po kroku pragnąc dla siebie, dla nich domu w pełnym wymiarze tego słowa. W całym zakresie, który krył się pod tym określeniem. Nawet tym dotychczas dogodnie pomijanym, nie branym pod uwagę, nawet wręcz niechętnym.
Sam nie do końca wiedział, kiedy tak naprawdę zaczął dziać się ten proces, ale gdzieś tam w tym wszystkim zaczęło pojawiać się to jedno ostrożne, odrobinę pytające słowo może?, w końcu nie byli już gówniarzami.
Roise jakiś czas temu przekroczył magiczną granicę trzydziestki, po której w teorii nic się nie zadziało, natomiast w praktyce... ...może to gdzieś tam podskórnie zaczęło napędzać tę całą spiralę zmian? Nie, chyba nie. Przynajmniej nie do końca było to ze sobą aż tak powiązane. Raczej nie sądził, żeby można to było podczepić wyłącznie pod jakiś śmieszny deadline, który ktoś gdzieś kiedyś określił, natomiast fakty były faktami.
Coś się działo i to niekoniecznie było coś złego. Nieoczekiwanego, wprowadzającego element zmieszania, konsternacji i zaskoczenia, ale nie złego. Wręcz przeciwnie. W pewnym stopniu jeszcze bardziej mobilizowało go do dążenia po swoje, bo widział w tym dodatkowy cel na horyzoncie.
Skoro zaś pojawiły się te ostrożne zmiany to czyż nie powinny iść z nimi w parze jakieś konkretne czyny? Szczególnie, że od samego początku oboje upierali się, że właśnie tego typu ludźmi są - przedkładali czyny ponad słowa.
Od wielu lat, praktycznie od tamtej pierwszej zimy spędzali ten okres w bardzo zbliżony sposób. Za każdym razem niemalże identycznie, choć Roise raczej nie powiedziałby, że monotonnie. Starali się go sobie ubarwić, wypełnić aktywnościami, odpowiednio uatrakcyjnić. Sam starał się to robić dla Geraldine, bo w przeciwieństwie do niego miała wtedy niemalże całkowity zastój zawodowy. Wiedział, że to wiele od niej wymaga i po prostu usiłował zrobić coś, by nie było to poświęceniem.
W tym roku... ...no, może w następnym, bo zdecydowanie bardziej celował w początek siedemdziesiątego pierwszego, na bieżąco układając sobie całkiem niezły plan w głowie. W tym sezonie zimowym - to było dobre określenie.
W tym sezonie zimowym zdecydowanie zamierzał wziąć sobie tyle wolnego ile by chcieli, powołując się na wyjątkową okazję, sięgając po jedną konkretną kartę, która miała przejść nawet w jego pracy. Instynktownie uśmiechnął się pod nosem. Knucie, gdy już zaczął to robić, przychodziło mu całkiem lekko i zaskakująco bezboleśnie. To było... ...dziwne, ale ponownie - nie w złym znaczeniu tego słowa.
- To może być między innymi polowanie, jeśli tego sobie życzysz - stwierdził bez większego zawahania, tym razem powołując się przed samym sobą na to, że tak właściwie to nie miało go to przecież w żaden sposób zmiażdżyć ani przytłoczyć
To nie było żadne poświęcenie. Nie przez pryzmat, przez który na nie patrzył, bowiem gdy już wypowiedział na głos swoją propozycję to wszystko zaczęło całkiem zgrabnie się spinać. Poza tym raczej miał na myśli kilka tygodni.
Minimum dwa, może trzy. Raczej nie dłużej, na to nie było już zbyt dużych szans, ale trzy... ...trzy może byliby w stanie zyskać, wypełniając je różnymi aktywnościami. Przede wszystkim sobą nawzajem i swoim towarzystwem. Przy niej mógł się nawet dać przeciągnąć po zaśnieżonych górach w poszukiwaniu czegoś, czego sensu i tak by nie zrozumiał, więc nie planowałby tego robić.
- Powiedzmy, że pół na pół? - To brzmiało jak całkiem korzystna, sprawiedliwa oferta. - Wybierzemy się na polowanie albo do tego smoczego rezerwatu. Kto wie. Może nawet uda nam się znaleźć czas na obie te aktywności, a nawet może na coś jeszcze. Później moja część planów i tak, obiecuję ci, że nie będę cię ciągać po nudnych tych moich tylko i wyłącznie roślinnych, eliksiralnych i medycznych miejscach. Tylko trochę -mrugnął do Geraldine jednym okiem, przeciągając się na kocu i z samozadowoleniem kiwając do siebie głową.
To brzmiało jak naprawdę dobry wstępnie nakreślony plan. A przecież mieli jeszcze całkiem sporo czasu, żeby go później dopracować, nadać mu ostateczny szlif. Z pewnością mieli być przy tym na tyle kreatywni, no przecież ich znał, że Ambroise w żadnym stopniu nie martwił się o to, iż może im cokolwiek nie wyjść.
Wręcz przeciwnie - znając życie znajdą sobie całą listę aktywności po czym większość czasu spędza obracając się wyłącznie wokół kilku konkretnych działań i tematów. Tu też znał zarówno siebie, jak i swoją dziewczynę. Tak właściwie to cenił sobie tę przewidywalną nieprzewidywalność, jaką się oboje odznaczali.
Zdecydowanie dużo bardziej nie lubił braku konsekwencji w byciu po prostu niezaprzeczalnie i bezczelnie sobą. Czegoś, czego brakowało na przykład tym jego nieszczęsnym stażystom, którzy sprowadzeni do parteru nawet nie potrafili podjąć próby solidnej obrony własnego zdania.
Wręcz przeciwnie - plątali się i miotali, wili się niczym węgorze. Prezentowali niski, naprawdę bardzo niski poziom. Aż machnął na to teraz ręką. Mieli obecnie znacznie przyjemniejsze, bardziej satysfakcjonujące tematy do poruszania. Byli tu razem, mogli delektować się tą chwilą zamiast zagłębiać się w tajniki panowania nad protegowanymi w szpitalu. Mieli wino do picia, jeżyny do smakowania, ewidentnie kontrowersyjne opinie do wygłoszenia.
- Rzodkiewki są niesmaczne? Chyba nigdy nie jadłaś dobrej rzodkiewki - instynktownie pokręcił głową, wywracając przy tym oczami, bo to naprawdę było coś, czym go zaskoczyła.
Jasne, zdawał sobie sprawę z tego, że jego kobieta jest głównie mięsożerna. W końcu całkiem często dla nich gotował, ale jako pracownik ochrony zdrowia raczej starał się przemycać tam coś więcej niż mięcho, mięcho i jeszcze więcej mięcha. Pod tym kątem była wprost niereformowalna. Rzodkiewki nie są smaczne.
- Nie wiem, z czym to jest związane. Przekonamy się, wtedy może nam się trochę rozjaśni - stwierdził bez większego zastanowienia, drapiąc się przy tym po brodzie i bardzo lekko wzruszając ramionami.
Szczerze mówiąc takie tematy nie były mu w żaden sposób bliskie. Jasne. Bez wątpienia był estetą, ale nie miał problemu, żeby detale i pierdoły tego typu oddać w cudze ręce. Lubił mieć kontrolę nad ogólnym projektem, nie nad takimi drobnostkami jak wygląd ciasta.
Nawet ich dom w Whitby czy mieszkanie przy Horyzontalnej nie było w większości jego zasługą, gdy chodziło o te wszystkie dekoracje i ogólny wygląd. On wolał być siłą wykonawczą, stawiając tylko kilka swoich żądań, oczekiwań, próśb - czegoś pomiędzy, po czym skupiając swoją uwagę głównie wokół zewnętrznej części domu. No i kuchni. Kuchnia była niezaprzeczalnie jego królestwem, w którym mógł swobodnie warzyć eliksiry i nie potykać się przy tym o wszystko dookoła.
- Większość najlepszych doświadczeń płynie z praktyki, wiesz? - Nieznacznie rozszerzył powieki, zaraz dopowiadając konspiracyjnym szeptem. - Najgorszych też - o tak, on sam miał tendencję do obu tych rodzajów.
- Co to byłaby za zabawa, gdybym cię o to nie spytał? Jeszcze powiedziałbyś, że się rządzę, więc patrz - uśmiechnął się do niej bezbłędnie, wzruszając ramionami - oddałem ci możliwość wyboru a ty dokonałaś tego najbardziej właściwego. Właśnie dlatego - dlatego było tak dobrze, dlatego nie miał nawet najmniejszych oporów przed tym, żeby od czasu do czasu pozwolić sobie na jakiś fortel, zaskoczyć ją możliwością wyboru, bo podświadomie wiedział, jaki on będzie.
Zgadza się - to było trochę perfidne, ale nigdy nie próbował udawać, że jest człowiekiem bez skazy. A to wszystko robił głównie dla tego drobnego elementu słodyczy. Niemalże tak wyśmienitej jak kropelki owocowego soku na ustach jego kobiety.
Tym razem nie naparł wargami na ciepłe, miękkie wargi Geraldine. Nie pocałował jej łapczywie, nie pociągnął ze sobą na koc i nie zasypał kolejnymi pożądliwymi falami dotyku. Teraz tak po prostu odwzajemnił to bardzo delikatne muśnięcie ust dziewczyny, powoli wplatając palce w jasne włosy Yaxleyówny i smakując jeżynowy sok. Leniwie, bez pośpiechu, całkowicie rozkosznie poddawał się chwili, unosząc kąciki ust.
Którego tak właściwie tam nie było, ale na potrzeby tej chwili zamierzał udawać, że okazjonalne zmiany jednej lokalizacji na drugą, wypady na sabat, targi i jarmarki były prawdziwie pasjonujące.
No i bale. Nie mogli zapomnieć o serii swoich ulubionych wydarzeń towarzyskich, jakimi były liczne imprezy czystokrwistych czarodziejów. Ambroise nie wiedział, kiedy dokładnie zaczął uznawać to za pewną przyjemność. No, może nie same godziny spędzane między obłudnymi i zazwyczaj skrajnie nudnymi ludźmi, ale te fragmenty dnia przed wyjściem z domu i po powrocie do niego. One zasługiwały na zaszczytne wspomnienie w pamięci.
- Wiesz, że dla niektórych podniesienie się z kanapy i dobrowolne, pozazawodowe wyjście na zewnątrz, gdy wokół panują minusowe temperatury to już przesada - zauważył bez najmniejszego problemu, bo przecież nie musiał przy niej powstrzymywać się od komentarzy tego typu; bądź co bądź poniekąd godzących w ich tradycyjne wartości czystokrwistych czarodziejów, bo niemal od razu dodał. - No, chyba że trzeba odstawić się jak goblin na otwarcie filii banku. Wtedy już bardzo ochoczo dopuszczają do siebie takie szaleństwa - skwitował porozumiewawczo.
Nie raz i nie dwa przecież słyszeli od takich ludzi te pasjonujące historie o wyjściu na zaśnieżoną ulicę w nowych pantofelkach o nieprzetartych podeszwach, które tak baaaardzo ślizgały się na lodzie. Albo o wietrze, który nagle brutalnie szarpnął delikatną parasolką prawie unosząc przy tym równie wątłą i wiotką rączkę właścicielki przedmiotu.
Niektórzy ludzie wręcz uwielbiali wciskać wszędzie zbędnie dramatyczne elementy. Inni, tacy jak oni, po latach zaczynali powoli doceniać te nieliczne momenty, w których ich życie było zdecydowanie pozbawione kolejnych ekscytacji niezwiązanych z prywatnymi, całkowicie planowanymi ekscesami.
Na przykład takimi, o których teraz rozmawiali. Ambroise w trochę innym założeniu, ale nie wątpił, że ostatecznie i tak przyjdzie im odnaleźć się na tej samej stronie.
- Możesz mi uwierzyć, że w takim wypadku z pewnością go dostanę - stwierdził bez większego zastanowienia, bo im bardziej o tym teraz (i nie tylko teraz) myślał tym bardziej naturalne wydawało mu się, że mogli to uznać za pewnik.
Przede wszystkim w dalszym ciągu miał te swoje absurdalne ilości niewykorzystanych dni urlopowych, z których być może przez ostatnie lata znacząco zaczął korzystać, ale nie był w stanie tak po prostu pozwolić sobie na to, żeby wziąć je wszystkie na raz albo robić to w nieodległych od siebie odstępach czasowych.
Ponadto stan, w jakim znajdował się szpital oraz własne zawodowe plany Greengrassa wymagały od niego brania dodatkowych dyżurów, zamian albo przejmowania dniówek lub nocek po kolegach, zostawania po godzinach.
A to wszystko było bardzo niechętnie wypłacane przez dyrekcję Munga, która nie była nawet w stanie zadbać o dotrudnienie dodatkowego personelu pomocniczego albo ogólnej kadry uzdrowicielskiej. Zamiast tego raz na jakiś czas dawano mu kilka świstków do przejrzenia, zmuszając go do pozornego odebrania przepadających dni urlopowych. Z tym, że jednocześnie manewrując go w branie w tym czasie dyżuru za kogoś innego.
Szczególnie wtedy, kiedy jakiś magimedyk wreszcie przechodził swoją granicę i po prostu się zwalniał idąc całkowicie w prywatną praktykę. Przez lata przez szpital zdążyły przelać się niezliczone rzesze pracowników zatrudniających się wyłącznie na chwilę w ramach złapania wstępnego doświadczenia i kontaktów. Mało która osoba znana Greengrassowi żyła wyłącznie z pensji uzdrowiciela.
On również najpewniej już dawno całkowicie przeszedłby na własną pełnoetatową działalność. Kiedyś całkiem poważnie to rozważał, aby mieć większą swobodę w układaniu sobie prywatnego życia u boku swojej kobiety, z którą naprawdę starał się spędzać jak najwięcej czasu, nawet pomimo napiętego grafiku. Jednakże ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu.
W tym momencie miał tak naprawdę niedużą garstkę stałych prywatnych pacjentów i swoje pokątne interesy na Nokturnie, z których w żadnym razie nie zrezygnował, ale które starał się ograniczyć do minimum. Z roku na rok szukając możliwości wyrobienia tam sobie na tyle silnej pozycji, aby nie musieć angażować się w każdą pierdołę jak to miał w zwyczaju na samym początku. W tej chwili nie potrzebował zbędnej adrenaliny, nie musiał szukać niepotrzebnej złudnej ekscytacji.
Szczególnie teraz, kiedy w jego głowie zaczynały wyklarowywać się znacznie poważniejsze plany. Nie to, żeby te obecne takie nie były. Po prostu nagle powoli zaczynał dopuszczać do siebie szereg całkiem nowych możliwości. A w związku z nimi również wszelkie możliwe zmiany, kolejne przetasowania, drobne zamieszanie w kociołku.
Wbrew pozorom zachowanie a nawet ugruntowanie sobie pozycji w szpitalu, jakakolwiek nie byłaby ta instytucja, nie było tak całkowicie do końca związane z jego ambicjami. Nie wyłącznie. Oczywiście, od lat instynktownie dążył do tego, aby w odpowiednim momencie być w stanie płynnie wskoczyć na zwalniające się stanowisko, zajmując je z niewymuszoną pewnością siebie. Natomiast aktualnie liczyło się jeszcze coś.
To, co wcześniej wykluczało u niego rezygnację z pracy na etacie w Mungu. Teraz dodatkowo sprawiało, że robił jeszcze więcej rzeczy, aby zaznaczyć swoją obecność a nawet dominację na oddziale. Chcąc budować im bardziej stabilne życie na kolejnych naturalnie postępujących po sobie etapach (cóż, to brzmiało niezwykle dojrzale, całkiem imponująco i dobrze) potrzebował mieć jasną sytuację zawodową.
Tak robili odpowiedzialni ludzie. A Ambroise chyba zaczął być właśnie taką osobą. Przynajmniej starał się nią być, nie tracąc jednocześnie siebie i tego, co w sobie lubił. Nie poświęcając się, nie musząc się zmieniać, bo przecież nic nie musiał. Po prostu chcąc. Stopniowo, krok po kroku pragnąc dla siebie, dla nich domu w pełnym wymiarze tego słowa. W całym zakresie, który krył się pod tym określeniem. Nawet tym dotychczas dogodnie pomijanym, nie branym pod uwagę, nawet wręcz niechętnym.
Sam nie do końca wiedział, kiedy tak naprawdę zaczął dziać się ten proces, ale gdzieś tam w tym wszystkim zaczęło pojawiać się to jedno ostrożne, odrobinę pytające słowo może?, w końcu nie byli już gówniarzami.
Roise jakiś czas temu przekroczył magiczną granicę trzydziestki, po której w teorii nic się nie zadziało, natomiast w praktyce... ...może to gdzieś tam podskórnie zaczęło napędzać tę całą spiralę zmian? Nie, chyba nie. Przynajmniej nie do końca było to ze sobą aż tak powiązane. Raczej nie sądził, żeby można to było podczepić wyłącznie pod jakiś śmieszny deadline, który ktoś gdzieś kiedyś określił, natomiast fakty były faktami.
Coś się działo i to niekoniecznie było coś złego. Nieoczekiwanego, wprowadzającego element zmieszania, konsternacji i zaskoczenia, ale nie złego. Wręcz przeciwnie. W pewnym stopniu jeszcze bardziej mobilizowało go do dążenia po swoje, bo widział w tym dodatkowy cel na horyzoncie.
Skoro zaś pojawiły się te ostrożne zmiany to czyż nie powinny iść z nimi w parze jakieś konkretne czyny? Szczególnie, że od samego początku oboje upierali się, że właśnie tego typu ludźmi są - przedkładali czyny ponad słowa.
Od wielu lat, praktycznie od tamtej pierwszej zimy spędzali ten okres w bardzo zbliżony sposób. Za każdym razem niemalże identycznie, choć Roise raczej nie powiedziałby, że monotonnie. Starali się go sobie ubarwić, wypełnić aktywnościami, odpowiednio uatrakcyjnić. Sam starał się to robić dla Geraldine, bo w przeciwieństwie do niego miała wtedy niemalże całkowity zastój zawodowy. Wiedział, że to wiele od niej wymaga i po prostu usiłował zrobić coś, by nie było to poświęceniem.
W tym roku... ...no, może w następnym, bo zdecydowanie bardziej celował w początek siedemdziesiątego pierwszego, na bieżąco układając sobie całkiem niezły plan w głowie. W tym sezonie zimowym - to było dobre określenie.
W tym sezonie zimowym zdecydowanie zamierzał wziąć sobie tyle wolnego ile by chcieli, powołując się na wyjątkową okazję, sięgając po jedną konkretną kartę, która miała przejść nawet w jego pracy. Instynktownie uśmiechnął się pod nosem. Knucie, gdy już zaczął to robić, przychodziło mu całkiem lekko i zaskakująco bezboleśnie. To było... ...dziwne, ale ponownie - nie w złym znaczeniu tego słowa.
- To może być między innymi polowanie, jeśli tego sobie życzysz - stwierdził bez większego zawahania, tym razem powołując się przed samym sobą na to, że tak właściwie to nie miało go to przecież w żaden sposób zmiażdżyć ani przytłoczyć
To nie było żadne poświęcenie. Nie przez pryzmat, przez który na nie patrzył, bowiem gdy już wypowiedział na głos swoją propozycję to wszystko zaczęło całkiem zgrabnie się spinać. Poza tym raczej miał na myśli kilka tygodni.
Minimum dwa, może trzy. Raczej nie dłużej, na to nie było już zbyt dużych szans, ale trzy... ...trzy może byliby w stanie zyskać, wypełniając je różnymi aktywnościami. Przede wszystkim sobą nawzajem i swoim towarzystwem. Przy niej mógł się nawet dać przeciągnąć po zaśnieżonych górach w poszukiwaniu czegoś, czego sensu i tak by nie zrozumiał, więc nie planowałby tego robić.
- Powiedzmy, że pół na pół? - To brzmiało jak całkiem korzystna, sprawiedliwa oferta. - Wybierzemy się na polowanie albo do tego smoczego rezerwatu. Kto wie. Może nawet uda nam się znaleźć czas na obie te aktywności, a nawet może na coś jeszcze. Później moja część planów i tak, obiecuję ci, że nie będę cię ciągać po nudnych tych moich tylko i wyłącznie roślinnych, eliksiralnych i medycznych miejscach. Tylko trochę -mrugnął do Geraldine jednym okiem, przeciągając się na kocu i z samozadowoleniem kiwając do siebie głową.
To brzmiało jak naprawdę dobry wstępnie nakreślony plan. A przecież mieli jeszcze całkiem sporo czasu, żeby go później dopracować, nadać mu ostateczny szlif. Z pewnością mieli być przy tym na tyle kreatywni, no przecież ich znał, że Ambroise w żadnym stopniu nie martwił się o to, iż może im cokolwiek nie wyjść.
Wręcz przeciwnie - znając życie znajdą sobie całą listę aktywności po czym większość czasu spędza obracając się wyłącznie wokół kilku konkretnych działań i tematów. Tu też znał zarówno siebie, jak i swoją dziewczynę. Tak właściwie to cenił sobie tę przewidywalną nieprzewidywalność, jaką się oboje odznaczali.
Zdecydowanie dużo bardziej nie lubił braku konsekwencji w byciu po prostu niezaprzeczalnie i bezczelnie sobą. Czegoś, czego brakowało na przykład tym jego nieszczęsnym stażystom, którzy sprowadzeni do parteru nawet nie potrafili podjąć próby solidnej obrony własnego zdania.
Wręcz przeciwnie - plątali się i miotali, wili się niczym węgorze. Prezentowali niski, naprawdę bardzo niski poziom. Aż machnął na to teraz ręką. Mieli obecnie znacznie przyjemniejsze, bardziej satysfakcjonujące tematy do poruszania. Byli tu razem, mogli delektować się tą chwilą zamiast zagłębiać się w tajniki panowania nad protegowanymi w szpitalu. Mieli wino do picia, jeżyny do smakowania, ewidentnie kontrowersyjne opinie do wygłoszenia.
- Rzodkiewki są niesmaczne? Chyba nigdy nie jadłaś dobrej rzodkiewki - instynktownie pokręcił głową, wywracając przy tym oczami, bo to naprawdę było coś, czym go zaskoczyła.
Jasne, zdawał sobie sprawę z tego, że jego kobieta jest głównie mięsożerna. W końcu całkiem często dla nich gotował, ale jako pracownik ochrony zdrowia raczej starał się przemycać tam coś więcej niż mięcho, mięcho i jeszcze więcej mięcha. Pod tym kątem była wprost niereformowalna. Rzodkiewki nie są smaczne.
- Nie wiem, z czym to jest związane. Przekonamy się, wtedy może nam się trochę rozjaśni - stwierdził bez większego zastanowienia, drapiąc się przy tym po brodzie i bardzo lekko wzruszając ramionami.
Szczerze mówiąc takie tematy nie były mu w żaden sposób bliskie. Jasne. Bez wątpienia był estetą, ale nie miał problemu, żeby detale i pierdoły tego typu oddać w cudze ręce. Lubił mieć kontrolę nad ogólnym projektem, nie nad takimi drobnostkami jak wygląd ciasta.
Nawet ich dom w Whitby czy mieszkanie przy Horyzontalnej nie było w większości jego zasługą, gdy chodziło o te wszystkie dekoracje i ogólny wygląd. On wolał być siłą wykonawczą, stawiając tylko kilka swoich żądań, oczekiwań, próśb - czegoś pomiędzy, po czym skupiając swoją uwagę głównie wokół zewnętrznej części domu. No i kuchni. Kuchnia była niezaprzeczalnie jego królestwem, w którym mógł swobodnie warzyć eliksiry i nie potykać się przy tym o wszystko dookoła.
- Większość najlepszych doświadczeń płynie z praktyki, wiesz? - Nieznacznie rozszerzył powieki, zaraz dopowiadając konspiracyjnym szeptem. - Najgorszych też - o tak, on sam miał tendencję do obu tych rodzajów.
- Co to byłaby za zabawa, gdybym cię o to nie spytał? Jeszcze powiedziałbyś, że się rządzę, więc patrz - uśmiechnął się do niej bezbłędnie, wzruszając ramionami - oddałem ci możliwość wyboru a ty dokonałaś tego najbardziej właściwego. Właśnie dlatego - dlatego było tak dobrze, dlatego nie miał nawet najmniejszych oporów przed tym, żeby od czasu do czasu pozwolić sobie na jakiś fortel, zaskoczyć ją możliwością wyboru, bo podświadomie wiedział, jaki on będzie.
Zgadza się - to było trochę perfidne, ale nigdy nie próbował udawać, że jest człowiekiem bez skazy. A to wszystko robił głównie dla tego drobnego elementu słodyczy. Niemalże tak wyśmienitej jak kropelki owocowego soku na ustach jego kobiety.
Tym razem nie naparł wargami na ciepłe, miękkie wargi Geraldine. Nie pocałował jej łapczywie, nie pociągnął ze sobą na koc i nie zasypał kolejnymi pożądliwymi falami dotyku. Teraz tak po prostu odwzajemnił to bardzo delikatne muśnięcie ust dziewczyny, powoli wplatając palce w jasne włosy Yaxleyówny i smakując jeżynowy sok. Leniwie, bez pośpiechu, całkowicie rozkosznie poddawał się chwili, unosząc kąciki ust.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down