16.11.2024, 13:38 ✶
Nie lubiła czuć się winna, ale po rozmowie z Bazyliszkiem nie mogła spłukać tego smaku ze swoich ust.
W dłoniach trzymała drugi kubek czarnej kawy, gdy wychodził z kuchni i myślała sobie o tym jak chujową jest przyjaciółką.
Oczywiście, jej przyjaciele z uporem maniaka przekonywali ją, że tak wcale nie jest, ale bicz pliz każdy ma swoją wytrzymałość. Musieli znosić ją od Hogwartu, ale teraz było gorzej, bo bez pracy miała wrażenie, że siedzi im na głowie permanentnie i tylko jojczy.
W sumie czemu? Był plan na Szeptuchę (lub ofc na jakąś starą raszplę trelawneyową, która być może wie o co chodzi), był plan na Księżycowy Staw i działania z pędzlem przenoszące się z płótna na ściany (nice!). Był spokojny Bazyliszek który okazał się gejem (ha! znaczy no być może był gejem, teraz jednak już nie będzie o tym paplać na prawo i lewo, skoro miał wątpliwości), była Brenna i jej romans z cukiernictwem (może powinna ją spiknąć z Bottem? Ten z pewnością byłby w stanie wypełnić jej żołądek dużą ilością pączków). Był milion ludzi, którym na niej zależało.
I dwójka takich, którzy nie mieli czasu patrzeć na nią, bo patrzyli na siebie.
Moody, wbrew zapewnieniom jej najbliższych, prawdziwie była wrzodem na dupie. Małym, zawistnym, w chuj zazdrosnym, który rozpaczliwie chciał być kochany, jednocześnie z równie podobną energią uciekał przy każdym przejawie miłości dojrzalszej niż wspólne skakanie z Wieży Astronomicznej. Miłość kojarzyła jej się z bólem, rozłąką i śmiercią. Miłość kojarzyła jej się z osamotnieniem, dom z opustoszałym gniazdem, w którym nie można być sobą, bo umęczony pracą ojciec dosadnie pokaże jej co myśli o wydawaniu przez nią dźwięków.
Warownia była bezpiecznym miejscem i nagle nim przestała być.
Eden siedząca na kanapie rozmawiająca sobie z Brenną obłożoną psami - normalna sprawa, normalny widok.
Wszyscy się tu kurwa znamy
Wryło ją w samo zakończenie przejścia z kuchni do pokoju. Oparła się o ścianę, kotwicząc zmęczone żółte oczy w karku jasnowłosej kobiety.
– Mogę wrzucić tabsy do swojej, jak się nie brzydzisz. Jest nawet ciepła – temperaturą jaką lubisz.
– Nie, żebym to było super subtelne "wypierdalaj" z mojej strony, ale wbrew pozorom nie lubię kiedy Cię coś boli. – dodała tym samym, matowym głosem, łózkiem pozbawionym śmieci, bo wszystkie zostały zrzucone pod drewnianą ramę. Wszystkie trupy pochowane do szafy, wszystkie emocje rozstrzeliwane na poligonie własnej głowy jedna po drugiej. Szmaciarze odrodzą się, ale może nie warto było tego poranka robić kolejnej scenie przy Brennie (do trzech razy sztuka?). Ta miała i tak swoje do dźwigania.
W dłoniach trzymała drugi kubek czarnej kawy, gdy wychodził z kuchni i myślała sobie o tym jak chujową jest przyjaciółką.
Oczywiście, jej przyjaciele z uporem maniaka przekonywali ją, że tak wcale nie jest, ale bicz pliz każdy ma swoją wytrzymałość. Musieli znosić ją od Hogwartu, ale teraz było gorzej, bo bez pracy miała wrażenie, że siedzi im na głowie permanentnie i tylko jojczy.
W sumie czemu? Był plan na Szeptuchę (lub ofc na jakąś starą raszplę trelawneyową, która być może wie o co chodzi), był plan na Księżycowy Staw i działania z pędzlem przenoszące się z płótna na ściany (nice!). Był spokojny Bazyliszek który okazał się gejem (ha! znaczy no być może był gejem, teraz jednak już nie będzie o tym paplać na prawo i lewo, skoro miał wątpliwości), była Brenna i jej romans z cukiernictwem (może powinna ją spiknąć z Bottem? Ten z pewnością byłby w stanie wypełnić jej żołądek dużą ilością pączków). Był milion ludzi, którym na niej zależało.
I dwójka takich, którzy nie mieli czasu patrzeć na nią, bo patrzyli na siebie.
Moody, wbrew zapewnieniom jej najbliższych, prawdziwie była wrzodem na dupie. Małym, zawistnym, w chuj zazdrosnym, który rozpaczliwie chciał być kochany, jednocześnie z równie podobną energią uciekał przy każdym przejawie miłości dojrzalszej niż wspólne skakanie z Wieży Astronomicznej. Miłość kojarzyła jej się z bólem, rozłąką i śmiercią. Miłość kojarzyła jej się z osamotnieniem, dom z opustoszałym gniazdem, w którym nie można być sobą, bo umęczony pracą ojciec dosadnie pokaże jej co myśli o wydawaniu przez nią dźwięków.
Warownia była bezpiecznym miejscem i nagle nim przestała być.
Eden siedząca na kanapie rozmawiająca sobie z Brenną obłożoną psami - normalna sprawa, normalny widok.
Wszyscy się tu kurwa znamy
Wryło ją w samo zakończenie przejścia z kuchni do pokoju. Oparła się o ścianę, kotwicząc zmęczone żółte oczy w karku jasnowłosej kobiety.
– Mogę wrzucić tabsy do swojej, jak się nie brzydzisz. Jest nawet ciepła – temperaturą jaką lubisz.
– Nie, żebym to było super subtelne "wypierdalaj" z mojej strony, ale wbrew pozorom nie lubię kiedy Cię coś boli. – dodała tym samym, matowym głosem, łózkiem pozbawionym śmieci, bo wszystkie zostały zrzucone pod drewnianą ramę. Wszystkie trupy pochowane do szafy, wszystkie emocje rozstrzeliwane na poligonie własnej głowy jedna po drugiej. Szmaciarze odrodzą się, ale może nie warto było tego poranka robić kolejnej scenie przy Brennie (do trzech razy sztuka?). Ta miała i tak swoje do dźwigania.