16.11.2024, 14:07 ✶
– Wątpię – stwierdziła Brenna, lustrując Eden spojrzeniem. – Jak zaczniesz się teraz śmiać, eksploduje ci głowa.
Brzmiało to jak złośliwostka, nawet było pewną złośliwostką, ale w głosie Brenny było coś jakby odrobina współczucia – bo niby kaca człowiek dorabiał się na własne życie, wbrew pozorom jednak Brenna doskonale rozumiała, że czasem ta ucieczka w alkohol wydawała się tego warta. A ona wiedziała już, że coś działo się w życiu Eden: nie miała tylko pojęcia co.
Tak samo, jak nie rozumiała dalej, jakim cudem pani Lestrange tak naprawdę znalazła się poprzedniego wieczora na plaży. Nie zamierzała pytać, bo miała uczucie, że to nie jest pytanie, na które ktokolwiek chciałby jej odpowiedzieć. Skoro już jednak Eden znalazła się tam, oczywiste, że musiała znaleźć się i tu: nie było mowy, żeby zostawili ją półprzytomną na plaży. Ani nawet żeby odnosić ją na próg domu, zwłaszcza że Brenna nie była pewna, gdzie się ten znajdował, więc musiałaby zabrać Eden do Malfoy’s Manor… a mogła sobie wyobrazić minę Fortynbrasa, gdyby stanęła na progu, trzymając jego pijaną córkę.
– Na pewno nie dasz rady zjeść czegoś lekkiego? Mamy kefir. Magiczne właściwości, dosłownie – powiedziała, zalewając kawę do dwóch kubków. Podsunęła jeden Eden, drugi sobie, ale wstrzymała się z wrzucaniem do niego tabletek, zamiast tego kładąc je koło naczynia, skoro w progu stanęła Millie i zaoferowała swoją kawę.
Brenna pozostawiała wybór gościowi nie tylko dlatego, że to było grzeczne.
Chyba była po prostu ciekawa, co ta zrobi.
– Basilius już poszedł? – spytała, opadając z powrotem na kanapę, obok jednego psa, bo Gałgan zeskoczył i merdając ogonem podbiegł do Moody, żeby się przywitać i sprawdzić, czy ta nie ma czegoś do jedzenia. – Czy mam sobie przypomnieć, że zostawiłam kociołek na ogniu? – zapytała jeszcze wprost, unosząc własną kawę do ust. Bo jeżeli obie panie potrzebowały trochę przestrzeni, żeby ze sobą pogadać bez świadków, aby wyjaśnić… nie miała pojęcia co, pewnie coś tu do wyjaśnienia było… to Brenna była gotowa im ją dać.
Brzmiało to jak złośliwostka, nawet było pewną złośliwostką, ale w głosie Brenny było coś jakby odrobina współczucia – bo niby kaca człowiek dorabiał się na własne życie, wbrew pozorom jednak Brenna doskonale rozumiała, że czasem ta ucieczka w alkohol wydawała się tego warta. A ona wiedziała już, że coś działo się w życiu Eden: nie miała tylko pojęcia co.
Tak samo, jak nie rozumiała dalej, jakim cudem pani Lestrange tak naprawdę znalazła się poprzedniego wieczora na plaży. Nie zamierzała pytać, bo miała uczucie, że to nie jest pytanie, na które ktokolwiek chciałby jej odpowiedzieć. Skoro już jednak Eden znalazła się tam, oczywiste, że musiała znaleźć się i tu: nie było mowy, żeby zostawili ją półprzytomną na plaży. Ani nawet żeby odnosić ją na próg domu, zwłaszcza że Brenna nie była pewna, gdzie się ten znajdował, więc musiałaby zabrać Eden do Malfoy’s Manor… a mogła sobie wyobrazić minę Fortynbrasa, gdyby stanęła na progu, trzymając jego pijaną córkę.
– Na pewno nie dasz rady zjeść czegoś lekkiego? Mamy kefir. Magiczne właściwości, dosłownie – powiedziała, zalewając kawę do dwóch kubków. Podsunęła jeden Eden, drugi sobie, ale wstrzymała się z wrzucaniem do niego tabletek, zamiast tego kładąc je koło naczynia, skoro w progu stanęła Millie i zaoferowała swoją kawę.
Brenna pozostawiała wybór gościowi nie tylko dlatego, że to było grzeczne.
Chyba była po prostu ciekawa, co ta zrobi.
– Basilius już poszedł? – spytała, opadając z powrotem na kanapę, obok jednego psa, bo Gałgan zeskoczył i merdając ogonem podbiegł do Moody, żeby się przywitać i sprawdzić, czy ta nie ma czegoś do jedzenia. – Czy mam sobie przypomnieć, że zostawiłam kociołek na ogniu? – zapytała jeszcze wprost, unosząc własną kawę do ust. Bo jeżeli obie panie potrzebowały trochę przestrzeni, żeby ze sobą pogadać bez świadków, aby wyjaśnić… nie miała pojęcia co, pewnie coś tu do wyjaśnienia było… to Brenna była gotowa im ją dać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.