16.11.2024, 16:27 ✶
Czego od niej oczekiwał? To było cholernie trudne pytanie. Zwłaszcza na teraz, gdy nie myślał jeszcze zbyt jasno. Był chaotyczny, pogubiony, skołatany. Jeśli zazwyczaj miewał trudność z dobraniem odpowiednich słów to w tej chwili to zdawało się być całkowicie niemożliwe do wykonania.
- Bądź - stwierdził powoli, przymykając oczy i biorąc kilka płytkich, choć pogłębionych wdechów. - Po prostu bądź - to było chyba największe, najważniejsze, o co mógł ją prosić.
O bycie, o trwanie przy nim tuż obok. O to, by go kochała niezależnie od tego jak wyglądało wszystko dookoła. Nie chciał jej krzywdzić. Nie robił tego wszystkiego celowo. Nie posunąłby się tak daleko, gdyby był świadomy konsekwencji (ale kto by się posunął) tym bardziej nie tylko swoich własnych. To nie było łatwe, więc bycie. Po prostu i aż bycie.
- Może mam wstrząs mózgu, ale ci nie wierzę - zakwestionował nie w imię samego podważania tego, jakie były intencje jego ukochanej i tego, że chciała dla niego jak najlepiej.
Wiedział, że usiłowała zakończyć ich bezcelową rozmowę, ale odnosił nieodparte wrażenie, że nie dość, że swoim kosztem to jeszcze zamierzając wyciągnąć to w pierwszym momencie, w którym on mocniej stanie na nogi. A przecież nie chciał litości. Jeśli miała mu coś do powiedzenia (a zdecydowanie miała) to właśnie teraz. Na gorąco. W tej chwili.
- Wobec tego na tym zakończmy - stwierdził wcale nie brzmiąc, jakby wierzył w to, że w tym momencie faktycznie ostatecznie kończą ten temat i wszystkie te ścieki nie wybiją ponownie.
Ależ oczywiście, że miały to zrobić. Bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nawet prędzej niżeli później, bo w tym momencie dawała mu jakąś pokrętną, całkowicie niechcianą taryfę ulgową zamiast szczerze powiedzieć, co ją w tym wszystkim najbardziej mierzwi.
Co prawda nie musiał być wielkim badaczem ludzkich umysłów, żeby pojąć, co najpewniej dzieje się w jej głowie. Prawdę mówiąc miał świadomość, że jest w stanie wyrokować o tym z zatrważającą adekwatnością, odczytując te wszystkie drobne ekspresje nawet pomimo zmęczenia, puchnących powiek i eliksiralnego upojenia.
Wystarczyło, że spędzili ze sobą ostatnie dwa lata a wcześniej także raczej mieli całkiem sporo okazji do tego, żeby uraczyć się wzajemnie wieloma scenami. Takimi, gdy widział u niej bardzo zbliżone reakcje, bo choć nie mogli otwarcie się spiąć to zawsze mogli podprogowo, niejawnie okazywać sobie irytację.
Może wydawało jej się, że nad tym panuje, ale tu tkwił cały pikuś. W przypadku złości, niepokoju, rozczarowania, irytacji, poczucia zawodu i innych podobnych emocji, raczej nie miał problemu z tym, żeby czytać z niej jak z otwartej księgi. To te bardziej skomplikowane uczucia sprawiały mu pewien problem. Te tutaj były jasne.
I bardzo nie podobało mu się to, w jaki sposób do nich podchodziła. Jak podchodziła do niego. Jednocześnie traktując go łagodnie, dając mu taryfę ulgową, o którą nigdy nie prosił, próbując panować nad językiem i dusząc w sobie to, co jeszcze bardziej ją krzywdziło.
Był dorosłym mężczyzną, nie małym chłopcem przestraszonym okolicznościami, w których ktoś nakrzyczy na niego w ramach ponoszenia konsekwencji za czyny. Rzecz jasna nie zamierzał tego tolerować. To nie tak, że mogło ją całkowicie ponieść a on bez słowa przyjąłby kaskadę ostrych słów i kolejne uderzenia poczucia winy.
Miał swoje granice. W tym momencie przesunięte przez to, że doskonale wiedział, jak bardzo spierdolił i co nieświadomie odjebał. Jego reakcje były opóźnione, umysł nie pracował na pełnych obrotach, język trochę mu się plątał, myśli jeszcze bardziej.
Natomiast nie potrzebował pierdolonej łaski i traktowania go w taki sposób, że jednocześnie czuł się głaskany i doskonale dostrzegał, że to głaskanie nie było całkowicie właściwe, zgodne z tym, co Geraldine pragnęłaby zrobić.
Oczywiście - ani przez chwilę nie wątpił w to, że nie myślała o tym w podobnych kategoriach. Przynajmniej nie całkowicie świadomie. Najpewniej wydawało jej się, że postępuje całkowicie słusznie próbując odsunąć od siebie te wszystkie wyrzuty, trudne słowa, intensywne reakcje. Chciała otoczyć go opieką. Tak właściwie to robiła to od cholera wiedziała ilu godzin i po prostu...
...była na skraju. Dostrzegał, że była na skraju. Zwłaszcza wtedy, kiedy tak dosadnie uświadomiła mu, że wcześniej na pięć dni i nocy zapadł się pod ziemię bez znaku życia. Nawet nie chciał wyobrażać sobie, co wtedy przeżywała. Tym bardziej doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie machnąć na to ręką i stwierdzić, że przecież nie uczynił tego świadomie a w końcu udało mu się wrócić do domu.
Mógł być niełatwym człowiekiem (tak, to był jeden z nielicznych razów, kiedy bezwiednie to sobie przyznał), jednakże był odpowiedzialny za wszystko, co robił, robi i będzie robić. To, że bardzo często ślizgał się jak węgorz, znajdując wytłumaczenia dlaczego po prostu musiał postąpić w taki a nie inny sposób nie oznaczało, że gdy nadchodziła pora zebrania pokłosia, nie brał na siebie konsekwencji. Pozytywnych, oczywiście, ale także tych negatywnych.
Natomiast w dalszym ciągu to nie było tak, że zrobił to wszystko specjalnie, z premedytacją narażając się na skrajne niebezpieczeństwo, na śmierć i złamanie danego słowa (dokładnie w tej kolejności).
W teorii wiedział, że Rina to rozumie. W praktyce właśnie zaczynała doprowadzać go do załamania, ale nie w tym płaczliwym, chowającym się pod kołdrą i oczekującym dobrych słówek sensie. W praktyce czuł, że to zamykanie ust i przełykanie najbardziej szczerych rozgoryczonych słów, jakie tu teraz praktykowała zaczyna go doprowadzać do szewskiej pasji. Takiego załamania. Dokładnie takiego załamania - załamania rąk.
- Jesteś świadoma, że i tak byś go nie dostała? Nieważne, co byś powiedziała. To moja sprawa - podkreślił twardo, mrużąc przy tym oczy i kręcąc głową, gdy posłał Geraldine spojrzenie, aż nazbyt dostrzegając, że może tak - jest tego świadoma, ale nic sobie z tego nie robi.
Była uparta, zacięta. Mówiła mu to wszystko, żeby zakończyć temat, ale niewiele to miało związku z odpuszczaniem. Zamierzała zrobić swoje. Skąd to wiedział? Bo on zrobiłby dokładnie to samo.
- Rozumiem, że chuja mamy a nie konsensus - skwitował krótko, unosząc wzrok w kierunku sufitu i wzdychając płytko, poirytowany.
Wspaniale im to teraz wychodziło. Naprawdę wyśmienicie, bo skoro on wiedział, że ona wcale nie zamierza odpuścić to ona wiedziała, że on również nie ma takiego zamiaru. Zatem mogła pójść o krok dalej i po prostu pominąć go w swoim procesie decyzyjnym, co sprawi, że on również nie da jej jasnych informacji odnośnie własnych planów. Następnie jedno ruszy ze swoimi założeniami, drugie w tym czasie zacznie weryfikować i wprowadzać swoje. A na koniec oboje dadzą ujście wściekłości o brak zaangażowania w przebieg zdarzeń. O ile wcześniej nie doprowadzą do szeregu kolejnych konsekwencji.
Co, jeśli tym razem już takich, które nie dadzą się zaleczyć końską dawką eliksirów, oddalić nawet z trudem i mozolnością. Było blisko. Przecież wiedział, że było blisko. Oboje zdawali sobie z tego sprawę. A on jeszcze w dalszym ciągu usiłował znaleźć w sobie wszelkie możliwe siły, żeby udawać, że teraz wszystko już się ustabilizowało i miało być z górki, zagrożenie minęło.
Chuja a nie minęło.
- Uderzasz w kurewsko niskie tony - sarknął na nią, a jednak gdzieś tam pod oschłym tonem kryła się ta nieco popaprana aprobata.
Przynajmniej zaczynała to z siebie wyrzucać. Nie był przeszczęśliwy z tego powodu, nie mógł być, ale przynajmniej już nie kręcili się wokół przestrzeni, w którą weszliby jeszcze o krok głębiej i przydusiłaby go ojojaniem wbrew sobie.
Jasne, ugodowość była fajna, wygodna, bardzo przyjemna, o ile nie kryły się pod nią naprawdę głębokie i parszywe emocje, które do tej pory miały ujście jak powietrze przez małe dziurki w baloniku. Nie chciał, żeby wybuchła na niego jak przepompowany balon. Nie. Natomiast powinna rozsupłać ten węzeł i po prostu wprost powiedzieć mu, co się z nią dzieje.
Tak. Zupełnie tak, jakby on sam zwykł robić podobne rzeczy, cały czas lekkim tonem mówiąc o uczuciach, nie mając najmniejszego problemu ani żadnych oporów przed tym, żeby opisowo komentować to, co leży mu na sercu. No, ale nigdy nie mówił, że nie jest hipokrytą. Oczekiwał od niej odpowiedzi, nie gwarantował, że sam na jej miejscu by ją dał.
Wręcz przeciwnie. Przecież już raz w przeszłości znaleźli się w podobnej sytuacji. Co prawda o znacznie łagodniejszych konsekwencjach. Nie było wtedy aż tak źle. Natomiast zamiast drzeć na nią mordę, czynić jej wyrzuty, prowadzić zacięte dyskusje ze szczególnym naciskiem na to, jak cholernie obawiał się o nią, gdy zniknęła mu na cały dzień (jeden dzień bez nocy, nie pięć pełnych dób) i wróciła w marnym stanie (jednakże nie jedną nogą za Zasłoną), nie dając mu znać o swojej obecności (brzmi znajomo?). Po prostu zrobił się chłodno profesjonalny, również tłumiąc komentarze. Tymczasem teraz oczekiwał po niej...
...no chyba po prostu tego wydarcia ryja. Wmawiał sobie, że dla niej i jej dobra, bo tłumienie tego w sobie było złym, niszczącym posunięciem. Natomiast gdzieś tam w przytłoczonym, łupiącym wnętrzu czaszki Ambroise wiedział, że chodziło o niego. Czułby się zdecydowanie lepiej, gdyby kontynuowali tamtą awanturę sprzed wyjścia, co prawda poruszając inne tematy, ale wracając do tego, co wtedy przerwali... ...i co sprawiło, że zdarzyło się to, co się zdarzyło.
Poniekąd mógłby się poczuć, jakby ten cały środek był już za nimi. Domknięty, przynajmniej w zakresie ich aktualnych relacji. Tego, co między nimi. Całą resztę mógłby załatwić, gdy wstanie na nogi, bo nie miał możliwości zrobić tego od razu (nawet jeśli cholernie mocno chciał), ale ten najważniejszy kryzys zostałby zażegnany. Nie odroczony. Zamknięty w ostrych słowach i zażegnany.
Śmieszna sprawa, bo świadomość tego sprawiła, że posunął się do czegoś, czego całkowicie na trzeźwo, nie przyćpany eliksirami, nie obolały i nie zmęczony pewnie tak łatwo by nie zrobił. Poprosił. W innym stanie pewnie by się wyśmiał, bo w tej chwili dosłownie, nie w przenośni prosił się o awanturę. Odczuwał palące wyrzuty sumienia w związku z jej brakiem. Tak, to było porąbane, ale przecież nigdy nie byli typową parą.
- Nie wiem czy samo wyobrażenie jest... ...wystarczające? - No cóż, miał słuchać a już niemal na samym początku wypowiedzi wszedł jej w słowo, gniewnie rozszerzając powieki i rzucając jej poirytowane, choć chyba dużo bardziej zaskoczone spojrzenie. - Czy ty właśnie próbujesz dać mi do zrozumienia, że wpadł ci do głowy pomysł, żeby mnie tym ukarać? - To była niedopuszczalna, naprawdę cholernie niska sugestia, jeśli właśnie to miała teraz na myśli.
Jeżeli kiedykolwiek podczas tych kilku dni albo teraz przeszło jej przez myśl, że mogłaby mu się zrewanżować czymś podobnym, więc informowała go, że jednak po przemyśleniu łaskawie nie zamierzała uciekać się do podobnych zabiegów (ale patrz, mogłabym to zrobić) to...
...brakowało mu słów. No. W przenośni. W rzeczywistości miał na to całkiem sporo niewyszukanych, raczej konkretnych określeń, których mógłby użyć, gdyby nie suchość w gardle, osłabienie i konieczność zamknięcia japy, przynajmniej na chwilę, żeby nie wypluć płuc pod atakiem mokrego kaszlu.
- Czy kiedykolwiek - tak, jorgnął się i machnął ręką tuż ponad pościelą w jasnym, wyraźnym geście mówiącym nie mniej i nie więcej jak nawet nie próbuj przywoływać tego sprzed chwili - dałem ci jakiekolwiek przesłanki do tego, żebyś kwestionowała to, co robię, myślę, planuję? Skoro wiesz, że bym cię nie zostawił to co, do kurwy nędzy, nakazuje ci w ogóle myśleć w ten sposób? - niby miał trzymać gębę zamkniętą, ale po prostu nie potrafił słuchać o tym, jak bardzo nie wierzyła w jego szczere intencje.
To w niego uderzało. Godziło w to, o czym od lat starał się ją zapewniać. Było bolesne. Mienie świadomości, że jej zaufanie zaczęło się kruszyć i w tej chwili było popękane znacznie bardziej niż jego spierzchnięte, poobijane usta, które zagryzł, czując rdzawy smak krwi, żeby nie rzucić żadnej nierozsądnej kurwy. Za to mimowolnie przywalił prawą ręką o pościel, tłumiąc jęk bólu i frustracji.
- Potrzebujesz tego dosadniej? W najniższym, najbardziej godnym pożałowania momencie życia nie zostawiłbym cię bez słowa. Bardzo żałosnym momencie życia, rozumiesz? Wtedy, kiedy słowo kocham nie przeszłoby mi przez usta - a przecież potrafił to powiedzieć.
Choć nie robił tego zbyt często, raczej nie nadużywając słownych deklaracji, bo często wydawały mu się znacznie bardziej nienaturalne od czynów. To do jasnej cholery, nawet w dzisiejszej rozmowie to słowo padało z jego ust. Wypowiadał je z pełną świadomością całego znaczenia. Wszelkiej odpowiedzialności. Wagi tej deklaracji.
A potem nadeszły te kolejne słowa. Tak bardzo zbieżne z tym, o czym już kiedyś mówili. Będące jasnym, aż nazbyt przejrzystym potwierdzeniem tego, co już wtedy padło. Co gorsza, wycofaniem wszystkiego, co wtedy ustalili.
Czy mógł winić za to Geraldine? Nie, nie mógł. Gdzieś tam pod skórą zawsze podświadomie wiedział, że zgodziła się na coś tylko po to, by mogli ruszyć do przodu. On sam wtedy udał, że tego nie dostrzega, bo przecież nie chciał jej stracić. Tak wtedy jak i teraz czy w przyszłości. Kiedykolwiek.
Wpadli w pętlę udawania, że mają jasność, że są w stanie żyć z tym ryzykiem, że ono istnieje tylko gdzieś na samych peryferiach niezliczonych innych możliwości, ewentualności, potencjalnych przebiegów zdarzeń. A przecież to było jawne ryzyko. Coś, co stanowiło niemalże codzienny element pracy z mendami, degeneratami, oportunistami.
Niemalże za każdym razem coś mogło pójść zajebiście dobrze, lecz także zajebiście źle. Tu nie było reguły, przynajmniej nie jakiejś obowiązującej w stu procentach przypadków. Były pewne wzory, schematy postępowania. Starał się na siebie uważać, nie podejmować zbędnego ryzyka, ale tak...
- ...do kurwy nędzy, tak, Geraldine - to nie było pocieszenie, nie to powinna od niego usłyszeć, ale nie kłamali, nie? Mieli być ze sobą szczerzy. - Pytałem cię: czy jesteś w stanie z tym żyć?, bo to się nie zmieni. To nie jest pojedynczy przypadek, jednorazowe ryzyko. Ono cały czas tam było, cały czas jest i cały czas będzie. To brutalna świadomość, wiem, kurwa. Myślisz, że czemu przez tyle lat w ogóle nie rozważałem, że kiedykolwiek zechcę się z kimkolwiek wiązać. Emocjonalnie angażować? Żenić? Ta, jasne. Chodziło o właściwą osobę we właściwym miejscu o właściwym czasie, całe to pierdolenie. Przede wszystkim o to chodziło. Nie zostawię cię, rozumiesz? Nigdy nie przeszło mi to przez głowę. Tak, nawet dzisiaj. Tak, to było idiotyczne. Tak, potem byś mnie miała w garści, bo bym kurwa do ciebie wrócił. Na jebanych klęczkach. Jeśli to chcesz usłyszeć, żeby poczuć się stabilniej to proszę bardzo: masz mnie kurwa w garści, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, ale to jest bagaż - gniewnie zmierzył sufit wzrokiem, jakby chciał wgryźć się zębami w jego strukturę, byleby tylko nie musieć dłużej prowadzić tej rozmowy.
Tak, sam ją wywołał. Zgadza się. Sam tego chciał. Kurwa, poprosił o to, ale w tym momencie zaczął opadać z sił. Zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Szczególnie psychicznych. Odruchowo z nagłej bezsilności spróbował przewrócić się na bok, ale zmęczenie sprawiło, że tylko opadł na plecy, przykrywając oczy dłonią i oddychając ciężko.
- Oczywiście, że musiałaś przywołać jebanego Farciarza - tym razem jego głos był cichszy, słabszy, pomruk wydostał się z zaciśniętych ust i napiętej szczęki.
Przymknął powieki, by zresetować myśli, ale plątanina skojarzeń raz po raz nawracała do jego głowy, nie godząc się z tym wymuszanym wyciszeniem. Jebany William Rosier był pierwszą osobą, którą Ambroise miał w tak bezsprzeczny, fizyczny sposób na sumieniu.
To, że niemalże nigdy o tym nie mówił nie oznaczało, że tamte wydarzenia przeszły bez echa i nie odbiły się na nim bardziej niż to okazywał. Upływ czasu wcale nic nie zmieniał, dawał stosunkowo niewiele, jedynie trochę zacierał poczucie bezradności z tamtych chwil. Nie mogli pomóc tamtemu człowiekowi. Wiedział to, ale...
...kurwa, po nim byli kolejni. Tym razem już całkowicie świadomie wepchnięci do szafy. Bez żadnej chorej satysfakcji. Bez przyjemności. Pojebanych żądz. Po prostu tak to wyglądało. Tak to zaczęło wyglądać, gdy parokrotnie znalazł się w sytuacji zareagować albo nie wrócić do domu.
Ten wieczór. Te pięć dni. To było zwieńczenie? A może chwilowe przetasowanie? Dużo się działo, wiele ulegało zmianom. Niektóre siły zmarniały, więc pojawiły się wpływy chcące je wyprzeć i zastąpić. To nie powinno być normą, ale to było normą.
Fakt, że Greengrass naprawdę nie próbował angażować się w nieswoje konflikty niewiele zmieniał. Był w nie wmieszany chociażby z uwagi na układy, na lojalność, na powiązania. To był obusieczny miecz. Trudno było nie myśleć, że najpewniej dokładnie ten sam, który wtedy zabił Rosiera na długo przed tym jak oni go dobili.
To byłaby piękna, naprawdę wyjątkowo wymowna powtórka z rozrywki. Być może nie zgadzała się pora roku, ale wszystko inne? Też za cholerę nie wiedział jak znalazł się w zaułku na zewnątrz, też tracił i odzyskiwał przytomność. Też mógł tak po prostu skończyć w brukowanej alejce, choć najpewniej nie znalazłby się ktoś na tyle głupio altruistyczny, żeby go stamtąd ruszyć. Po prostu by tam zdechł, ale przynajmniej nikt by go nie zakopał w lesie.
- Nic - to nic nie zmieniało. - Ja się nie ważę - [I]ale inni? To nie zależało od niego, nie całkowicie.
Oddychał ciężko, chrapliwie, urywanie. Ta cała wymiana zdań bardzo wiele go kosztowała. Czuł, że opada z sił. Nie otworzył oczu, ale wreszcie zsunął z nich rękę, zamiast tego jego dłonie zacisnęły się w pięści, a palce boleśnie wbiły się w miękki materac.
Potrzebował chwili, aby odzyskać władzę nad myślami i nad słowami, spróbować zakończyć kryzys, zmienić wydźwięk kolejnych słów. Może w najbardziej idiotyczny, trochę żenujący sposób, ale przynajmniej już na siebie nie warczeli. Uśmiechnął się do niej, choć ten uśmiech nie ogarnął oczu.
- Wystarczy, że pokażesz mi cycki - to miało zabrzmieć niereformowalnie, niewłaściwie, zaczepnie.
Zabrzmiało bez przekonania, bardzo ułomnie. Brakowało mu w tej chwili błysku w oczach, siły w ciele, szczerego uśmiechu na twarzy, wszystkiego tego, czego po prostu nie mogło tam być, nawet jeśli oboje próbowali uspokoić sytuację i rozluźnić atmosferę.
No, mogli próbować dalej.
- Chętnie posłucham, jaki może być według ciebie ten trzeci przypadek - odruchowo uniósł brew, obdarzając ją nieco zbolałym, ale niezbyt poważnym, pełnym niedowierzania spojrzeniem.
Niespecjalnie widział się w jakiejkolwiek innej roli od tej, którą obecnie przyjmował i w której czuł się wyjątkowo dobrze. To była jego dziedzina, jego nisza. Żadna inna. Nie wyobrażał sobie, aby Geraldine mogła mu zaproponować zupełnie nową, interesującą ścieżkę kariery, która nie wywołała by w nim śmiechu lub pobłażliwego parsknięcia.
- Smocza ospa. Lepiej? Groszopryszczka? Obie są zakaźne. Ta druga bardziej. Zatrucie pokarmowe nie przejdzie, ono odpada. Wymieniać dalej? - Spytał całkiem ugodowo, bardzo informatywnie, choć raczej bez poważnego wyrazu twarzy. - Możesz też wylosować stronę z leksykonu chorób, ale obawiam się, że wtedy w szpitalu mogą zakwestionować moje zapalenie przydatków - raczej nie sądził, żeby Geraldine do końca załapała żart, na który sobie pozwolił, więc jednoznaczne wygiął usta.
- W razie czego po prostu mnie budź i pytaj - odezwał się ciszej, przytulając ją do siebie, przymykając powieki i po prostu poddając się muśnięciom palców, znajomemu dźwiękowi oddechu, zapachowi domu i ciężarowi na piersi - tym razem temu właściwemu. Ciepłemu, bliskiemu.
- Bądź - stwierdził powoli, przymykając oczy i biorąc kilka płytkich, choć pogłębionych wdechów. - Po prostu bądź - to było chyba największe, najważniejsze, o co mógł ją prosić.
O bycie, o trwanie przy nim tuż obok. O to, by go kochała niezależnie od tego jak wyglądało wszystko dookoła. Nie chciał jej krzywdzić. Nie robił tego wszystkiego celowo. Nie posunąłby się tak daleko, gdyby był świadomy konsekwencji (ale kto by się posunął) tym bardziej nie tylko swoich własnych. To nie było łatwe, więc bycie. Po prostu i aż bycie.
- Może mam wstrząs mózgu, ale ci nie wierzę - zakwestionował nie w imię samego podważania tego, jakie były intencje jego ukochanej i tego, że chciała dla niego jak najlepiej.
Wiedział, że usiłowała zakończyć ich bezcelową rozmowę, ale odnosił nieodparte wrażenie, że nie dość, że swoim kosztem to jeszcze zamierzając wyciągnąć to w pierwszym momencie, w którym on mocniej stanie na nogi. A przecież nie chciał litości. Jeśli miała mu coś do powiedzenia (a zdecydowanie miała) to właśnie teraz. Na gorąco. W tej chwili.
- Wobec tego na tym zakończmy - stwierdził wcale nie brzmiąc, jakby wierzył w to, że w tym momencie faktycznie ostatecznie kończą ten temat i wszystkie te ścieki nie wybiją ponownie.
Ależ oczywiście, że miały to zrobić. Bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nawet prędzej niżeli później, bo w tym momencie dawała mu jakąś pokrętną, całkowicie niechcianą taryfę ulgową zamiast szczerze powiedzieć, co ją w tym wszystkim najbardziej mierzwi.
Co prawda nie musiał być wielkim badaczem ludzkich umysłów, żeby pojąć, co najpewniej dzieje się w jej głowie. Prawdę mówiąc miał świadomość, że jest w stanie wyrokować o tym z zatrważającą adekwatnością, odczytując te wszystkie drobne ekspresje nawet pomimo zmęczenia, puchnących powiek i eliksiralnego upojenia.
Wystarczyło, że spędzili ze sobą ostatnie dwa lata a wcześniej także raczej mieli całkiem sporo okazji do tego, żeby uraczyć się wzajemnie wieloma scenami. Takimi, gdy widział u niej bardzo zbliżone reakcje, bo choć nie mogli otwarcie się spiąć to zawsze mogli podprogowo, niejawnie okazywać sobie irytację.
Może wydawało jej się, że nad tym panuje, ale tu tkwił cały pikuś. W przypadku złości, niepokoju, rozczarowania, irytacji, poczucia zawodu i innych podobnych emocji, raczej nie miał problemu z tym, żeby czytać z niej jak z otwartej księgi. To te bardziej skomplikowane uczucia sprawiały mu pewien problem. Te tutaj były jasne.
I bardzo nie podobało mu się to, w jaki sposób do nich podchodziła. Jak podchodziła do niego. Jednocześnie traktując go łagodnie, dając mu taryfę ulgową, o którą nigdy nie prosił, próbując panować nad językiem i dusząc w sobie to, co jeszcze bardziej ją krzywdziło.
Był dorosłym mężczyzną, nie małym chłopcem przestraszonym okolicznościami, w których ktoś nakrzyczy na niego w ramach ponoszenia konsekwencji za czyny. Rzecz jasna nie zamierzał tego tolerować. To nie tak, że mogło ją całkowicie ponieść a on bez słowa przyjąłby kaskadę ostrych słów i kolejne uderzenia poczucia winy.
Miał swoje granice. W tym momencie przesunięte przez to, że doskonale wiedział, jak bardzo spierdolił i co nieświadomie odjebał. Jego reakcje były opóźnione, umysł nie pracował na pełnych obrotach, język trochę mu się plątał, myśli jeszcze bardziej.
Natomiast nie potrzebował pierdolonej łaski i traktowania go w taki sposób, że jednocześnie czuł się głaskany i doskonale dostrzegał, że to głaskanie nie było całkowicie właściwe, zgodne z tym, co Geraldine pragnęłaby zrobić.
Oczywiście - ani przez chwilę nie wątpił w to, że nie myślała o tym w podobnych kategoriach. Przynajmniej nie całkowicie świadomie. Najpewniej wydawało jej się, że postępuje całkowicie słusznie próbując odsunąć od siebie te wszystkie wyrzuty, trudne słowa, intensywne reakcje. Chciała otoczyć go opieką. Tak właściwie to robiła to od cholera wiedziała ilu godzin i po prostu...
...była na skraju. Dostrzegał, że była na skraju. Zwłaszcza wtedy, kiedy tak dosadnie uświadomiła mu, że wcześniej na pięć dni i nocy zapadł się pod ziemię bez znaku życia. Nawet nie chciał wyobrażać sobie, co wtedy przeżywała. Tym bardziej doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie machnąć na to ręką i stwierdzić, że przecież nie uczynił tego świadomie a w końcu udało mu się wrócić do domu.
Mógł być niełatwym człowiekiem (tak, to był jeden z nielicznych razów, kiedy bezwiednie to sobie przyznał), jednakże był odpowiedzialny za wszystko, co robił, robi i będzie robić. To, że bardzo często ślizgał się jak węgorz, znajdując wytłumaczenia dlaczego po prostu musiał postąpić w taki a nie inny sposób nie oznaczało, że gdy nadchodziła pora zebrania pokłosia, nie brał na siebie konsekwencji. Pozytywnych, oczywiście, ale także tych negatywnych.
Natomiast w dalszym ciągu to nie było tak, że zrobił to wszystko specjalnie, z premedytacją narażając się na skrajne niebezpieczeństwo, na śmierć i złamanie danego słowa (dokładnie w tej kolejności).
W teorii wiedział, że Rina to rozumie. W praktyce właśnie zaczynała doprowadzać go do załamania, ale nie w tym płaczliwym, chowającym się pod kołdrą i oczekującym dobrych słówek sensie. W praktyce czuł, że to zamykanie ust i przełykanie najbardziej szczerych rozgoryczonych słów, jakie tu teraz praktykowała zaczyna go doprowadzać do szewskiej pasji. Takiego załamania. Dokładnie takiego załamania - załamania rąk.
- Jesteś świadoma, że i tak byś go nie dostała? Nieważne, co byś powiedziała. To moja sprawa - podkreślił twardo, mrużąc przy tym oczy i kręcąc głową, gdy posłał Geraldine spojrzenie, aż nazbyt dostrzegając, że może tak - jest tego świadoma, ale nic sobie z tego nie robi.
Była uparta, zacięta. Mówiła mu to wszystko, żeby zakończyć temat, ale niewiele to miało związku z odpuszczaniem. Zamierzała zrobić swoje. Skąd to wiedział? Bo on zrobiłby dokładnie to samo.
- Rozumiem, że chuja mamy a nie konsensus - skwitował krótko, unosząc wzrok w kierunku sufitu i wzdychając płytko, poirytowany.
Wspaniale im to teraz wychodziło. Naprawdę wyśmienicie, bo skoro on wiedział, że ona wcale nie zamierza odpuścić to ona wiedziała, że on również nie ma takiego zamiaru. Zatem mogła pójść o krok dalej i po prostu pominąć go w swoim procesie decyzyjnym, co sprawi, że on również nie da jej jasnych informacji odnośnie własnych planów. Następnie jedno ruszy ze swoimi założeniami, drugie w tym czasie zacznie weryfikować i wprowadzać swoje. A na koniec oboje dadzą ujście wściekłości o brak zaangażowania w przebieg zdarzeń. O ile wcześniej nie doprowadzą do szeregu kolejnych konsekwencji.
Co, jeśli tym razem już takich, które nie dadzą się zaleczyć końską dawką eliksirów, oddalić nawet z trudem i mozolnością. Było blisko. Przecież wiedział, że było blisko. Oboje zdawali sobie z tego sprawę. A on jeszcze w dalszym ciągu usiłował znaleźć w sobie wszelkie możliwe siły, żeby udawać, że teraz wszystko już się ustabilizowało i miało być z górki, zagrożenie minęło.
Chuja a nie minęło.
- Uderzasz w kurewsko niskie tony - sarknął na nią, a jednak gdzieś tam pod oschłym tonem kryła się ta nieco popaprana aprobata.
Przynajmniej zaczynała to z siebie wyrzucać. Nie był przeszczęśliwy z tego powodu, nie mógł być, ale przynajmniej już nie kręcili się wokół przestrzeni, w którą weszliby jeszcze o krok głębiej i przydusiłaby go ojojaniem wbrew sobie.
Jasne, ugodowość była fajna, wygodna, bardzo przyjemna, o ile nie kryły się pod nią naprawdę głębokie i parszywe emocje, które do tej pory miały ujście jak powietrze przez małe dziurki w baloniku. Nie chciał, żeby wybuchła na niego jak przepompowany balon. Nie. Natomiast powinna rozsupłać ten węzeł i po prostu wprost powiedzieć mu, co się z nią dzieje.
Tak. Zupełnie tak, jakby on sam zwykł robić podobne rzeczy, cały czas lekkim tonem mówiąc o uczuciach, nie mając najmniejszego problemu ani żadnych oporów przed tym, żeby opisowo komentować to, co leży mu na sercu. No, ale nigdy nie mówił, że nie jest hipokrytą. Oczekiwał od niej odpowiedzi, nie gwarantował, że sam na jej miejscu by ją dał.
Wręcz przeciwnie. Przecież już raz w przeszłości znaleźli się w podobnej sytuacji. Co prawda o znacznie łagodniejszych konsekwencjach. Nie było wtedy aż tak źle. Natomiast zamiast drzeć na nią mordę, czynić jej wyrzuty, prowadzić zacięte dyskusje ze szczególnym naciskiem na to, jak cholernie obawiał się o nią, gdy zniknęła mu na cały dzień (jeden dzień bez nocy, nie pięć pełnych dób) i wróciła w marnym stanie (jednakże nie jedną nogą za Zasłoną), nie dając mu znać o swojej obecności (brzmi znajomo?). Po prostu zrobił się chłodno profesjonalny, również tłumiąc komentarze. Tymczasem teraz oczekiwał po niej...
...no chyba po prostu tego wydarcia ryja. Wmawiał sobie, że dla niej i jej dobra, bo tłumienie tego w sobie było złym, niszczącym posunięciem. Natomiast gdzieś tam w przytłoczonym, łupiącym wnętrzu czaszki Ambroise wiedział, że chodziło o niego. Czułby się zdecydowanie lepiej, gdyby kontynuowali tamtą awanturę sprzed wyjścia, co prawda poruszając inne tematy, ale wracając do tego, co wtedy przerwali... ...i co sprawiło, że zdarzyło się to, co się zdarzyło.
Poniekąd mógłby się poczuć, jakby ten cały środek był już za nimi. Domknięty, przynajmniej w zakresie ich aktualnych relacji. Tego, co między nimi. Całą resztę mógłby załatwić, gdy wstanie na nogi, bo nie miał możliwości zrobić tego od razu (nawet jeśli cholernie mocno chciał), ale ten najważniejszy kryzys zostałby zażegnany. Nie odroczony. Zamknięty w ostrych słowach i zażegnany.
Śmieszna sprawa, bo świadomość tego sprawiła, że posunął się do czegoś, czego całkowicie na trzeźwo, nie przyćpany eliksirami, nie obolały i nie zmęczony pewnie tak łatwo by nie zrobił. Poprosił. W innym stanie pewnie by się wyśmiał, bo w tej chwili dosłownie, nie w przenośni prosił się o awanturę. Odczuwał palące wyrzuty sumienia w związku z jej brakiem. Tak, to było porąbane, ale przecież nigdy nie byli typową parą.
- Nie wiem czy samo wyobrażenie jest... ...wystarczające? - No cóż, miał słuchać a już niemal na samym początku wypowiedzi wszedł jej w słowo, gniewnie rozszerzając powieki i rzucając jej poirytowane, choć chyba dużo bardziej zaskoczone spojrzenie. - Czy ty właśnie próbujesz dać mi do zrozumienia, że wpadł ci do głowy pomysł, żeby mnie tym ukarać? - To była niedopuszczalna, naprawdę cholernie niska sugestia, jeśli właśnie to miała teraz na myśli.
Jeżeli kiedykolwiek podczas tych kilku dni albo teraz przeszło jej przez myśl, że mogłaby mu się zrewanżować czymś podobnym, więc informowała go, że jednak po przemyśleniu łaskawie nie zamierzała uciekać się do podobnych zabiegów (ale patrz, mogłabym to zrobić) to...
...brakowało mu słów. No. W przenośni. W rzeczywistości miał na to całkiem sporo niewyszukanych, raczej konkretnych określeń, których mógłby użyć, gdyby nie suchość w gardle, osłabienie i konieczność zamknięcia japy, przynajmniej na chwilę, żeby nie wypluć płuc pod atakiem mokrego kaszlu.
- Czy kiedykolwiek - tak, jorgnął się i machnął ręką tuż ponad pościelą w jasnym, wyraźnym geście mówiącym nie mniej i nie więcej jak nawet nie próbuj przywoływać tego sprzed chwili - dałem ci jakiekolwiek przesłanki do tego, żebyś kwestionowała to, co robię, myślę, planuję? Skoro wiesz, że bym cię nie zostawił to co, do kurwy nędzy, nakazuje ci w ogóle myśleć w ten sposób? - niby miał trzymać gębę zamkniętą, ale po prostu nie potrafił słuchać o tym, jak bardzo nie wierzyła w jego szczere intencje.
To w niego uderzało. Godziło w to, o czym od lat starał się ją zapewniać. Było bolesne. Mienie świadomości, że jej zaufanie zaczęło się kruszyć i w tej chwili było popękane znacznie bardziej niż jego spierzchnięte, poobijane usta, które zagryzł, czując rdzawy smak krwi, żeby nie rzucić żadnej nierozsądnej kurwy. Za to mimowolnie przywalił prawą ręką o pościel, tłumiąc jęk bólu i frustracji.
- Potrzebujesz tego dosadniej? W najniższym, najbardziej godnym pożałowania momencie życia nie zostawiłbym cię bez słowa. Bardzo żałosnym momencie życia, rozumiesz? Wtedy, kiedy słowo kocham nie przeszłoby mi przez usta - a przecież potrafił to powiedzieć.
Choć nie robił tego zbyt często, raczej nie nadużywając słownych deklaracji, bo często wydawały mu się znacznie bardziej nienaturalne od czynów. To do jasnej cholery, nawet w dzisiejszej rozmowie to słowo padało z jego ust. Wypowiadał je z pełną świadomością całego znaczenia. Wszelkiej odpowiedzialności. Wagi tej deklaracji.
A potem nadeszły te kolejne słowa. Tak bardzo zbieżne z tym, o czym już kiedyś mówili. Będące jasnym, aż nazbyt przejrzystym potwierdzeniem tego, co już wtedy padło. Co gorsza, wycofaniem wszystkiego, co wtedy ustalili.
Czy mógł winić za to Geraldine? Nie, nie mógł. Gdzieś tam pod skórą zawsze podświadomie wiedział, że zgodziła się na coś tylko po to, by mogli ruszyć do przodu. On sam wtedy udał, że tego nie dostrzega, bo przecież nie chciał jej stracić. Tak wtedy jak i teraz czy w przyszłości. Kiedykolwiek.
Wpadli w pętlę udawania, że mają jasność, że są w stanie żyć z tym ryzykiem, że ono istnieje tylko gdzieś na samych peryferiach niezliczonych innych możliwości, ewentualności, potencjalnych przebiegów zdarzeń. A przecież to było jawne ryzyko. Coś, co stanowiło niemalże codzienny element pracy z mendami, degeneratami, oportunistami.
Niemalże za każdym razem coś mogło pójść zajebiście dobrze, lecz także zajebiście źle. Tu nie było reguły, przynajmniej nie jakiejś obowiązującej w stu procentach przypadków. Były pewne wzory, schematy postępowania. Starał się na siebie uważać, nie podejmować zbędnego ryzyka, ale tak...
- ...do kurwy nędzy, tak, Geraldine - to nie było pocieszenie, nie to powinna od niego usłyszeć, ale nie kłamali, nie? Mieli być ze sobą szczerzy. - Pytałem cię: czy jesteś w stanie z tym żyć?, bo to się nie zmieni. To nie jest pojedynczy przypadek, jednorazowe ryzyko. Ono cały czas tam było, cały czas jest i cały czas będzie. To brutalna świadomość, wiem, kurwa. Myślisz, że czemu przez tyle lat w ogóle nie rozważałem, że kiedykolwiek zechcę się z kimkolwiek wiązać. Emocjonalnie angażować? Żenić? Ta, jasne. Chodziło o właściwą osobę we właściwym miejscu o właściwym czasie, całe to pierdolenie. Przede wszystkim o to chodziło. Nie zostawię cię, rozumiesz? Nigdy nie przeszło mi to przez głowę. Tak, nawet dzisiaj. Tak, to było idiotyczne. Tak, potem byś mnie miała w garści, bo bym kurwa do ciebie wrócił. Na jebanych klęczkach. Jeśli to chcesz usłyszeć, żeby poczuć się stabilniej to proszę bardzo: masz mnie kurwa w garści, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, ale to jest bagaż - gniewnie zmierzył sufit wzrokiem, jakby chciał wgryźć się zębami w jego strukturę, byleby tylko nie musieć dłużej prowadzić tej rozmowy.
Tak, sam ją wywołał. Zgadza się. Sam tego chciał. Kurwa, poprosił o to, ale w tym momencie zaczął opadać z sił. Zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Szczególnie psychicznych. Odruchowo z nagłej bezsilności spróbował przewrócić się na bok, ale zmęczenie sprawiło, że tylko opadł na plecy, przykrywając oczy dłonią i oddychając ciężko.
- Oczywiście, że musiałaś przywołać jebanego Farciarza - tym razem jego głos był cichszy, słabszy, pomruk wydostał się z zaciśniętych ust i napiętej szczęki.
Przymknął powieki, by zresetować myśli, ale plątanina skojarzeń raz po raz nawracała do jego głowy, nie godząc się z tym wymuszanym wyciszeniem. Jebany William Rosier był pierwszą osobą, którą Ambroise miał w tak bezsprzeczny, fizyczny sposób na sumieniu.
To, że niemalże nigdy o tym nie mówił nie oznaczało, że tamte wydarzenia przeszły bez echa i nie odbiły się na nim bardziej niż to okazywał. Upływ czasu wcale nic nie zmieniał, dawał stosunkowo niewiele, jedynie trochę zacierał poczucie bezradności z tamtych chwil. Nie mogli pomóc tamtemu człowiekowi. Wiedział to, ale...
...kurwa, po nim byli kolejni. Tym razem już całkowicie świadomie wepchnięci do szafy. Bez żadnej chorej satysfakcji. Bez przyjemności. Pojebanych żądz. Po prostu tak to wyglądało. Tak to zaczęło wyglądać, gdy parokrotnie znalazł się w sytuacji zareagować albo nie wrócić do domu.
Ten wieczór. Te pięć dni. To było zwieńczenie? A może chwilowe przetasowanie? Dużo się działo, wiele ulegało zmianom. Niektóre siły zmarniały, więc pojawiły się wpływy chcące je wyprzeć i zastąpić. To nie powinno być normą, ale to było normą.
Fakt, że Greengrass naprawdę nie próbował angażować się w nieswoje konflikty niewiele zmieniał. Był w nie wmieszany chociażby z uwagi na układy, na lojalność, na powiązania. To był obusieczny miecz. Trudno było nie myśleć, że najpewniej dokładnie ten sam, który wtedy zabił Rosiera na długo przed tym jak oni go dobili.
To byłaby piękna, naprawdę wyjątkowo wymowna powtórka z rozrywki. Być może nie zgadzała się pora roku, ale wszystko inne? Też za cholerę nie wiedział jak znalazł się w zaułku na zewnątrz, też tracił i odzyskiwał przytomność. Też mógł tak po prostu skończyć w brukowanej alejce, choć najpewniej nie znalazłby się ktoś na tyle głupio altruistyczny, żeby go stamtąd ruszyć. Po prostu by tam zdechł, ale przynajmniej nikt by go nie zakopał w lesie.
- Nic - to nic nie zmieniało. - Ja się nie ważę - [I]ale inni? To nie zależało od niego, nie całkowicie.
Oddychał ciężko, chrapliwie, urywanie. Ta cała wymiana zdań bardzo wiele go kosztowała. Czuł, że opada z sił. Nie otworzył oczu, ale wreszcie zsunął z nich rękę, zamiast tego jego dłonie zacisnęły się w pięści, a palce boleśnie wbiły się w miękki materac.
Potrzebował chwili, aby odzyskać władzę nad myślami i nad słowami, spróbować zakończyć kryzys, zmienić wydźwięk kolejnych słów. Może w najbardziej idiotyczny, trochę żenujący sposób, ale przynajmniej już na siebie nie warczeli. Uśmiechnął się do niej, choć ten uśmiech nie ogarnął oczu.
- Wystarczy, że pokażesz mi cycki - to miało zabrzmieć niereformowalnie, niewłaściwie, zaczepnie.
Zabrzmiało bez przekonania, bardzo ułomnie. Brakowało mu w tej chwili błysku w oczach, siły w ciele, szczerego uśmiechu na twarzy, wszystkiego tego, czego po prostu nie mogło tam być, nawet jeśli oboje próbowali uspokoić sytuację i rozluźnić atmosferę.
No, mogli próbować dalej.
- Chętnie posłucham, jaki może być według ciebie ten trzeci przypadek - odruchowo uniósł brew, obdarzając ją nieco zbolałym, ale niezbyt poważnym, pełnym niedowierzania spojrzeniem.
Niespecjalnie widział się w jakiejkolwiek innej roli od tej, którą obecnie przyjmował i w której czuł się wyjątkowo dobrze. To była jego dziedzina, jego nisza. Żadna inna. Nie wyobrażał sobie, aby Geraldine mogła mu zaproponować zupełnie nową, interesującą ścieżkę kariery, która nie wywołała by w nim śmiechu lub pobłażliwego parsknięcia.
- Smocza ospa. Lepiej? Groszopryszczka? Obie są zakaźne. Ta druga bardziej. Zatrucie pokarmowe nie przejdzie, ono odpada. Wymieniać dalej? - Spytał całkiem ugodowo, bardzo informatywnie, choć raczej bez poważnego wyrazu twarzy. - Możesz też wylosować stronę z leksykonu chorób, ale obawiam się, że wtedy w szpitalu mogą zakwestionować moje zapalenie przydatków - raczej nie sądził, żeby Geraldine do końca załapała żart, na który sobie pozwolił, więc jednoznaczne wygiął usta.
- W razie czego po prostu mnie budź i pytaj - odezwał się ciszej, przytulając ją do siebie, przymykając powieki i po prostu poddając się muśnięciom palców, znajomemu dźwiękowi oddechu, zapachowi domu i ciężarowi na piersi - tym razem temu właściwemu. Ciepłemu, bliskiemu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down