16.11.2024, 17:18 ✶
Lorien nosiła się z godnością kogoś kto musiał szybko, może zbyt szybko dorosnąć do przeznaczonej mu przez Fortunę roli. Pomimo drobnej postury, karykaturalnie wręcz niskiego wzrostu i wrodzonej delikatności – jej ruchy częściej przypominały wyuczoną choreografię niż ludzkie zachowanie. Dziecko wepchnięte w zbyt duże szaty, które szybko odkryło, że na jej miejsce jest pięciu innych. Przetrwała w strukturach, bo pośród wszystkich innych – wydawała się najbardziej uczciwa w swoich przekonaniach. Okrutnych, owszem. Ale szczerych. Tak po prawdzie, wśród wielu plotek jakie zdawały się lgnąć do pani Mulciber, niewiele było bardziej prawdziwych, niż te, które szeptano w przestrachu na korytarzach Ministerstwa Magii.
Suka bez serca. Dementor w szacie od Rosierów. Biurwa.
Siedząc przy eleganckim stoliku w Zorzy, Louvain musiał doskonale zdawać sobie sprawę, że jest oceniany. Pewnie nawet bardziej niż byłby, gdyby przyszło im spotkać się w Sali Wizengamotu. Od kolacji może i nie zależała przyszła kariera chłopaka, ale podobno w tym świecie nie było wyższej wartości nad zawarte znajomości.
Zerknęła kątem oka na wino, które ponownie wypełniło kieliszek. Nie upiła z niego. Jeszcze nie. Więc jeśli natychmiast oczekiwał od niej głębokich i emocjonalnych wyznań, to powinien ponownie przejrzeć instrukcję obsługi pracowników Wizengamotu. Czasem sędziowie bywali równie enigmatyczni co Niewymowni.
Taka mogła wydać się w tej chwili i Lorien – przysłuchująca się mu z uwagą, kolekcjonująca myśli i opinie chłopaka. Może i nawet widziała w tej młodocianej manierze samą siebie z przeszłości? Gdy ostro punktowała każdy błąd Ministerstwa, każde uchybienie, którego dało się uniknąć, gdyby byli choć trochę bardziej brutalni.
- Ignorancja jest źródłem i korzeniem wszelkiego zła.- Słowa starego filozofa opuściły gładko jej usta. – To nie wyrozumiałość panie Lestrange, zapewniam. Wyrozumiałość zakładałaby, że jestem skłonna takiemu zachowaniu pobłażać. Tolerować je.- Pokręciła powoli głową jakby sama myśl wydała jej się irracjonalna.- Moja rola polega na zrozumieniu szerszego obrazu sytuacji. Jak mówiłam – problemem nie jest jeden głupiec, który chciał szybko zarobić. Problemem jest – co jeśli ktoś pójdzie w jego ślady z bardziej „szlachetnych pobudek”.
Westchnęła głęboko. Jak często widziała na Sali, że uraczeni ckliwą opowiastką czy wyciskającą łzy z oczu historyjką poważni sędziowie ulegali własnym ludzkim odruchom. Żałosne.
Przewinienie tego nieszczęsnego mugolaka było oczywiste. Magia dawała możliwości – a te przeradzały się w nagłe poczucie władzy; bezkarności. Pożądania nad którymi niemagicznie urodzeni zdawali sobie radzić gorzej niż ci, w których żyłach płynęła czysta krew.
- Ale dobrze. Załóżmy, że przestępstwo popełniono w pełni świadomie na tle finansowych, znając grożące konsekwencje złamania Kodeksu Tajności. Mówimy tu o pozbawieniu wolności w wymiarze nie krótszym niż dziesięć lat w więzieniu Azkaban.- W jej niemalże martwych oczach na krótką chwilę błysnęła odrobina emocji. Rzeczy, którą pani Mulciber skrzętnie ukrywała przed światem. Przed samą sobą i swoją klątwą. A jednak wspomnienie przeklętej wyspy sprawiało, że na jej twarzy odbijał się cień dziwacznego rozmarzenia.
- Czy taką samą karę powinien ponieść czystokrwisty mag, pochodzący przecież z naszego środowiska? Będący jednym z nas. A może nie dziesięć, a piętnaście lat. Dożywocie? Pocałunek? Jeśli nie będziemy równi wobec prawa – to w którą stronę mamy przechylić szalę?
Nie musiała nawet komentować jego słów i oskarżeń, a jednak robiła to. Drążyła. Pytała. Wnikała w głębię problemu, dzieląc włos na czworo. Rozcinając go z makabryczną wręcz precyzją. Chciała wiedzieć na ile siedzący przed nią czarodziej myśli samodzielnie, a na ile powtarza tylko zaszczepione przekonania.
Nie interesowało jej co sądzi Lestrange.
Interesowało ją co uważa Louvain.
Tajemnice prawa choć dla wielu zdawały się nudne i przestarzałe, przypominały Lorien zawsze splątane nici. Gdy rozwiązywało się jeden supełek, pojawiały się trzy kolejne, zaciskając się i mącąc. Dlatego po części rozumiała też i samych ekstremistów (jak to zaczęła sama sobie określać wszystkich, którzy skłaniali się przed postulatami wydanymi w 1970 roku). O ileż prościej byłoby ten supeł najzwyczajniej w świecie przeciąć – doprowadzić do całkowitej separacji, odzyskać to co odebrano, zemścić się za grzechy przeszłe i przyszłe.
Ale prawo tak nie działało. Prawo potrzebowało czasu i balansu. Choć musiała przyznać, że się z młodzikiem zgadzała jak rzadko kiedy – odkąd Nobby Leach doprowadził do pewnego… rozprężenia systemu, ich nakład pracy rósł. Kontrola starała się coraz trudniejsza, gdy sięgały po nią brudne łapska niemagicznie urodzonych. Zganiła się w myślach. Nie. Nie powinna była tak nawet myśleć.
Ale uczucie niechęci pozostawało szczere – powoli i nieubłaganie tracili swój własny świat na rzecz „kooperacji”. Ale na razie tylko oni byli skłonni jakkolwiek współpracować. Upiła łyk wina.
Cierpki smak ostudził wszelkie niechciane zapędy.
- Zapewniam, że nie zapominamy skąd oskarżony pochodzi. Ale... - Zamilkła na moment. Odstawiła ostrożnie kieliszek, by przenieść smukłe palce na stół. Postukać czerwonymi paznokciami o elegancki obrus.- Zna pan przypadek Christine Akins panie Lestrange?- Zapytała nagle. Nie była to jakoś wyjątkowo znana sprawa. Jedna z tych, które Wizengamot starał się zręcznie zamieść pod dywan, nie dopuszczając aby historia rozniosła się echem wśród dziennikarzy i innych publicystów.
Suka bez serca. Dementor w szacie od Rosierów. Biurwa.
Siedząc przy eleganckim stoliku w Zorzy, Louvain musiał doskonale zdawać sobie sprawę, że jest oceniany. Pewnie nawet bardziej niż byłby, gdyby przyszło im spotkać się w Sali Wizengamotu. Od kolacji może i nie zależała przyszła kariera chłopaka, ale podobno w tym świecie nie było wyższej wartości nad zawarte znajomości.
Zerknęła kątem oka na wino, które ponownie wypełniło kieliszek. Nie upiła z niego. Jeszcze nie. Więc jeśli natychmiast oczekiwał od niej głębokich i emocjonalnych wyznań, to powinien ponownie przejrzeć instrukcję obsługi pracowników Wizengamotu. Czasem sędziowie bywali równie enigmatyczni co Niewymowni.
Taka mogła wydać się w tej chwili i Lorien – przysłuchująca się mu z uwagą, kolekcjonująca myśli i opinie chłopaka. Może i nawet widziała w tej młodocianej manierze samą siebie z przeszłości? Gdy ostro punktowała każdy błąd Ministerstwa, każde uchybienie, którego dało się uniknąć, gdyby byli choć trochę bardziej brutalni.
- Ignorancja jest źródłem i korzeniem wszelkiego zła.- Słowa starego filozofa opuściły gładko jej usta. – To nie wyrozumiałość panie Lestrange, zapewniam. Wyrozumiałość zakładałaby, że jestem skłonna takiemu zachowaniu pobłażać. Tolerować je.- Pokręciła powoli głową jakby sama myśl wydała jej się irracjonalna.- Moja rola polega na zrozumieniu szerszego obrazu sytuacji. Jak mówiłam – problemem nie jest jeden głupiec, który chciał szybko zarobić. Problemem jest – co jeśli ktoś pójdzie w jego ślady z bardziej „szlachetnych pobudek”.
Westchnęła głęboko. Jak często widziała na Sali, że uraczeni ckliwą opowiastką czy wyciskającą łzy z oczu historyjką poważni sędziowie ulegali własnym ludzkim odruchom. Żałosne.
Przewinienie tego nieszczęsnego mugolaka było oczywiste. Magia dawała możliwości – a te przeradzały się w nagłe poczucie władzy; bezkarności. Pożądania nad którymi niemagicznie urodzeni zdawali sobie radzić gorzej niż ci, w których żyłach płynęła czysta krew.
- Ale dobrze. Załóżmy, że przestępstwo popełniono w pełni świadomie na tle finansowych, znając grożące konsekwencje złamania Kodeksu Tajności. Mówimy tu o pozbawieniu wolności w wymiarze nie krótszym niż dziesięć lat w więzieniu Azkaban.- W jej niemalże martwych oczach na krótką chwilę błysnęła odrobina emocji. Rzeczy, którą pani Mulciber skrzętnie ukrywała przed światem. Przed samą sobą i swoją klątwą. A jednak wspomnienie przeklętej wyspy sprawiało, że na jej twarzy odbijał się cień dziwacznego rozmarzenia.
- Czy taką samą karę powinien ponieść czystokrwisty mag, pochodzący przecież z naszego środowiska? Będący jednym z nas. A może nie dziesięć, a piętnaście lat. Dożywocie? Pocałunek? Jeśli nie będziemy równi wobec prawa – to w którą stronę mamy przechylić szalę?
Nie musiała nawet komentować jego słów i oskarżeń, a jednak robiła to. Drążyła. Pytała. Wnikała w głębię problemu, dzieląc włos na czworo. Rozcinając go z makabryczną wręcz precyzją. Chciała wiedzieć na ile siedzący przed nią czarodziej myśli samodzielnie, a na ile powtarza tylko zaszczepione przekonania.
Nie interesowało jej co sądzi Lestrange.
Interesowało ją co uważa Louvain.
Tajemnice prawa choć dla wielu zdawały się nudne i przestarzałe, przypominały Lorien zawsze splątane nici. Gdy rozwiązywało się jeden supełek, pojawiały się trzy kolejne, zaciskając się i mącąc. Dlatego po części rozumiała też i samych ekstremistów (jak to zaczęła sama sobie określać wszystkich, którzy skłaniali się przed postulatami wydanymi w 1970 roku). O ileż prościej byłoby ten supeł najzwyczajniej w świecie przeciąć – doprowadzić do całkowitej separacji, odzyskać to co odebrano, zemścić się za grzechy przeszłe i przyszłe.
Ale prawo tak nie działało. Prawo potrzebowało czasu i balansu. Choć musiała przyznać, że się z młodzikiem zgadzała jak rzadko kiedy – odkąd Nobby Leach doprowadził do pewnego… rozprężenia systemu, ich nakład pracy rósł. Kontrola starała się coraz trudniejsza, gdy sięgały po nią brudne łapska niemagicznie urodzonych. Zganiła się w myślach. Nie. Nie powinna była tak nawet myśleć.
Ale uczucie niechęci pozostawało szczere – powoli i nieubłaganie tracili swój własny świat na rzecz „kooperacji”. Ale na razie tylko oni byli skłonni jakkolwiek współpracować. Upiła łyk wina.
Cierpki smak ostudził wszelkie niechciane zapędy.
- Zapewniam, że nie zapominamy skąd oskarżony pochodzi. Ale... - Zamilkła na moment. Odstawiła ostrożnie kieliszek, by przenieść smukłe palce na stół. Postukać czerwonymi paznokciami o elegancki obrus.- Zna pan przypadek Christine Akins panie Lestrange?- Zapytała nagle. Nie była to jakoś wyjątkowo znana sprawa. Jedna z tych, które Wizengamot starał się zręcznie zamieść pod dywan, nie dopuszczając aby historia rozniosła się echem wśród dziennikarzy i innych publicystów.