Każdy potrzebował jeść, tylko że różne rzeczy… Wampirowi może i do życia nie były potrzebne słodycze, ale do szczęścia już teraz tak, za to takie koty wzgardziłyby tymi słodkościami, które były tak ładnie zapakowane i ułożone na środku stołu w kuchni. Victoria też potrzebowała jeść i prawdę mówiąc po tej całej podróży była całkiem głodna, spędziły z Brenną chyba cały dzień na statku, potem miały serię skoków świstoklikami z Francji aż do Londynu, aż w końcu wyszła przez kominek w salonie na piętrze, boleśnie nieświadoma sceny, jaka rozgrywała się piętro niżej.
Z westchnieniem zapaliła różdżką świecę na stoliku i odłożyła dużą torbę przy ścianie. Koty pewnie słodko spały w sypialni na górze – tak przynajmniej zakładała, nie sądząc, że o tej godzinie będzie miała gościa w domu. Obecność tego konkretnego gościa rzecz jasna zupełnie jej nie przeszkadzała, ale przywykła po prostu do czegoś innego.
Oprócz tego, że chciało jej się jeść, to chciało jej się też pić. Zamiast więc teleportować się z torbą do sypialni, oporządzić, wziąć prysznic i przywitać z ukochanymi kotami, obrała zupełnie inny kierunek i całkowicie leniwie teleportowała się piętro niżej, z różdżką w dłoni, gotową do tego, by już zaraz machnąć nią na lewo, na prawo i wprawić w ruch wodę, czajnik, herbatę, filiżankę…
Z cichym pyknięciem teleportacji, ubrana w ciemne pantofelki, czarne, lniane spodnie, koszulę w nie wpuszczoną, z bajecznie kolorową chustą w roślinne wzory przewieszoną przez ramiona (ewidentnie zakup z Egiptu), z nieco rozwianymi, niemalże czarnymi włosami pojawiła się w tej swojej kuchni i zdążyła tylko unieść dłoń w przyzwyczajonym ruchu do machnięcia różdżką.
Tyle, że nigdy tego gestu do końca nie wykonała. Po prostu zamarła. Jedno kocie chrupanie nagle ustało, zastąpione tęsknym miauczeniem, uniesieniem ogonków i tupotem (to Luna), drugie nie zamierzało się skończy póki koci brzuszek nie będzie najedzony (książę Kwiatuszek), a trzecie…
Trzecie chrupanie siedziało na podłodze z miską w łapie i wyglądało na całkowicie pozbawione inteligencji.
Mruganie Victorii też tej inteligencji nie miało, po prostu wytrzeszczyła oczy, otworzyła usta, zaraz je zamknęła, lekko zmarszczyła brwi… a w końcu lekko się uśmiechnęła i zmrużyła do Sauriela oczy, po czym kucnęła, wyciągając rękę do Luny i dając się jej obwąchać.
– Chyba już całkiem zamieniasz się w kota – wymamrotała na dobry wieczór patrząc na swoją czarną kulkę, ale słowa kierując do tego straszydła siedzącego na podłodze.
Więc to takie rzeczy robił z kotami, kiedy tu z nimi siedział? Było w tym coś rozczulającego. A jego obecność – dodająca otuchy, łapiąca za serce.