16.11.2024, 18:03 ✶
Chwała Merlinowi – spychologia zadziałała!
Goblin pochwycił wizytówkę i rzucając kolejne inwektywny pod ich adresem ostatecznie zdecydował się zabrać swoje zażalenia gdzie indziej.
I bardzo kurwa dobrze.
- Do widzenia panie Grox.- Odparła monotonnym głosem, wyraźnie podirytowana tym trzaśnięciem drzwi. Zezłoszczona, ale niespecjalnie zaskoczona. To oczywiste, że te istoty nie miały w sobie za grosz klasy. O dziwo, nawet podniosła się zza swojego biurka – w czysto grzecznościowym, wyuczonym geście. Kiedy ktoś opuszczał pomieszczenie (nawet tak żarliwie jak skretyniały goblin) to należało wstać. Ona nie musiała być skończonym, niewychowanym barbarzyńcą, prawda? Cieszyła się w duchu, że Grox nie postanowił jej uścisnąć dłoni, albo nie daj Merlinie jej pocałować. Miała przeczucie, że nie powstrzymałaby grymasu obrzydzenia.
Ale wyszedł. Nareszcie.
W pierwszym odruchu chciała powiedzieć Lestrange’owi, żeby się nie kłopotał z tym krzesłem. Poradziłaby sobie. Ale nie zdążyła. Zamiast tego odkaszlnęła cicho.
Musiała usłyszeć ten cichy komentarz. Ale gdy tylko na nią spojrzał, pokręciła delikatnie głową. Nie w geście „tak nie wolno!” co bardziej „nie tutaj”.
Nawet biorąc pod uwagę pełne poszanowanie prywatności sędziów i absolutną tajność tego czym się zajmowali na co dzień – nie było pewności co do tego kto słucha. Ściany miały uszy i oczy. Choć w tym pokoju zdawał się na nich spoglądać jedynie Ignatius. Przynajmniej tak długo jak siedział w swoim portrecie, bo aktualnie ramy były puste.
Obeszła powoli biurko, krzyżując dłonie na wysokości piersi. Długie czerwone pazury postukiwały lekko o miękki materiał szaty czarownicy.
- Do usług, panie Lestrange.- Stwierdziła lekko. Patrzyła na drzwi jakby w obawie, że się otworzą i na nowo stanie w nich Grox. Niektórzy bywali nie tylko głupi co i cholernie uparci.- Na pańskim miejscu pokazałabym mu chętnie Departament Tajemnic. Ponoć tam się często znika.- Zawiesiła na chwilę głos, po czym zaśmiała się sztucznie.- Oczywiście żartuję! Muszę przyznać, że jestem wdzięczna za to spotkanie. Musi pan wiedzieć, że jestem wielką pasjonatką bardziej… um…- zawahała się przez moment, próbując dobrać słowa.- metafizycznych zagadnień. A w życiu nie widziałam opętanego goblina na własne oczy. To wyjątkowa okazja- Znów ten krótki, dźwięczny śmiech.- I niechętnie przyznaję, ale wizja skradzionego banku była czymś niecodziennym.
Na propozycję przyniesienia sobie świeżej porcji kawy Lorien wyjątkowo szybko pokręciła głową. Z jednej strony nie chciała go zmuszać do niepotrzebnego spaceru, kiedy mogła swoją podgrzać zaklęciem (albo uznać to za znak od bogów i przespacerować się na zasłużoną kawę i ploteczki do innego departamentu), z drugiej zaś – doskonale wiedziała, że Lestrange pewnie nie potrafiłby jej przygotować. Nie tak jak tego chciała, jak to lubiła. A wizja przeprowadzania z nim instruktażu p.t. „Weź filiżankę. Wsyp do niej trzy czubate łyżki kawy z puszki. Tak. Trzy. Czego nie rozumiesz?” jakoś jej się nie uśmiechała. Od tego byli stażyści i praktykanci, którymi się pomiatało tak długo aż zrozumieli swoje miejsce na dnie ministralnego łańcucha żywieniowego; ale nie Niewymowni. Trzeba się szanować Rodolphusie.
- Och, nie, nie. Dziękuję.- Powiedziała, gdy tylko uświadomiła sobie, że cały ten monolog i przemyślenia nigdy nie opuściły zakamarków jej własnego umysłu. – Nie będę zajmować panu czasu, panie Lestrange. Z tego co zrozumiałam ma Pan za sobą wyjątkowo uciążliwy poranek.
Uśmiechnęła się. Dość szczerze jeśli brać pod uwagę grymasy, którymi raczyła goblina.
Ciche stukanie w szybę odwróciło jej uwagę nim zdążyła się oficjalnie pożegnać. Pośpiesznie skierowała więc kroki w stronę gabloty, gdzie jeden z dementorków usilnie dobijał się do gablotki. Czy dało się rozróżnić który? Pewnie nie, ale Lestrange mógł odnieść wrażenie, że to ten sam, który wcześniej się nim wyjątkowo interesował.
- Shhh.- Mruknęła Lorien, z niespotykaną jak na siebie czułością gładząc szkło.- Przepraszam, z reguły nie są tak… podekscytowane. – Skłamała gładko. Te cholery miały więcej energii niż pierwszoroczni w Hogwarcie na pierwszych zajęciach z latania.
Goblin pochwycił wizytówkę i rzucając kolejne inwektywny pod ich adresem ostatecznie zdecydował się zabrać swoje zażalenia gdzie indziej.
I bardzo kurwa dobrze.
- Do widzenia panie Grox.- Odparła monotonnym głosem, wyraźnie podirytowana tym trzaśnięciem drzwi. Zezłoszczona, ale niespecjalnie zaskoczona. To oczywiste, że te istoty nie miały w sobie za grosz klasy. O dziwo, nawet podniosła się zza swojego biurka – w czysto grzecznościowym, wyuczonym geście. Kiedy ktoś opuszczał pomieszczenie (nawet tak żarliwie jak skretyniały goblin) to należało wstać. Ona nie musiała być skończonym, niewychowanym barbarzyńcą, prawda? Cieszyła się w duchu, że Grox nie postanowił jej uścisnąć dłoni, albo nie daj Merlinie jej pocałować. Miała przeczucie, że nie powstrzymałaby grymasu obrzydzenia.
Ale wyszedł. Nareszcie.
W pierwszym odruchu chciała powiedzieć Lestrange’owi, żeby się nie kłopotał z tym krzesłem. Poradziłaby sobie. Ale nie zdążyła. Zamiast tego odkaszlnęła cicho.
Musiała usłyszeć ten cichy komentarz. Ale gdy tylko na nią spojrzał, pokręciła delikatnie głową. Nie w geście „tak nie wolno!” co bardziej „nie tutaj”.
Nawet biorąc pod uwagę pełne poszanowanie prywatności sędziów i absolutną tajność tego czym się zajmowali na co dzień – nie było pewności co do tego kto słucha. Ściany miały uszy i oczy. Choć w tym pokoju zdawał się na nich spoglądać jedynie Ignatius. Przynajmniej tak długo jak siedział w swoim portrecie, bo aktualnie ramy były puste.
Obeszła powoli biurko, krzyżując dłonie na wysokości piersi. Długie czerwone pazury postukiwały lekko o miękki materiał szaty czarownicy.
- Do usług, panie Lestrange.- Stwierdziła lekko. Patrzyła na drzwi jakby w obawie, że się otworzą i na nowo stanie w nich Grox. Niektórzy bywali nie tylko głupi co i cholernie uparci.- Na pańskim miejscu pokazałabym mu chętnie Departament Tajemnic. Ponoć tam się często znika.- Zawiesiła na chwilę głos, po czym zaśmiała się sztucznie.- Oczywiście żartuję! Muszę przyznać, że jestem wdzięczna za to spotkanie. Musi pan wiedzieć, że jestem wielką pasjonatką bardziej… um…- zawahała się przez moment, próbując dobrać słowa.- metafizycznych zagadnień. A w życiu nie widziałam opętanego goblina na własne oczy. To wyjątkowa okazja- Znów ten krótki, dźwięczny śmiech.- I niechętnie przyznaję, ale wizja skradzionego banku była czymś niecodziennym.
Na propozycję przyniesienia sobie świeżej porcji kawy Lorien wyjątkowo szybko pokręciła głową. Z jednej strony nie chciała go zmuszać do niepotrzebnego spaceru, kiedy mogła swoją podgrzać zaklęciem (albo uznać to za znak od bogów i przespacerować się na zasłużoną kawę i ploteczki do innego departamentu), z drugiej zaś – doskonale wiedziała, że Lestrange pewnie nie potrafiłby jej przygotować. Nie tak jak tego chciała, jak to lubiła. A wizja przeprowadzania z nim instruktażu p.t. „Weź filiżankę. Wsyp do niej trzy czubate łyżki kawy z puszki. Tak. Trzy. Czego nie rozumiesz?” jakoś jej się nie uśmiechała. Od tego byli stażyści i praktykanci, którymi się pomiatało tak długo aż zrozumieli swoje miejsce na dnie ministralnego łańcucha żywieniowego; ale nie Niewymowni. Trzeba się szanować Rodolphusie.
- Och, nie, nie. Dziękuję.- Powiedziała, gdy tylko uświadomiła sobie, że cały ten monolog i przemyślenia nigdy nie opuściły zakamarków jej własnego umysłu. – Nie będę zajmować panu czasu, panie Lestrange. Z tego co zrozumiałam ma Pan za sobą wyjątkowo uciążliwy poranek.
Uśmiechnęła się. Dość szczerze jeśli brać pod uwagę grymasy, którymi raczyła goblina.
Ciche stukanie w szybę odwróciło jej uwagę nim zdążyła się oficjalnie pożegnać. Pośpiesznie skierowała więc kroki w stronę gabloty, gdzie jeden z dementorków usilnie dobijał się do gablotki. Czy dało się rozróżnić który? Pewnie nie, ale Lestrange mógł odnieść wrażenie, że to ten sam, który wcześniej się nim wyjątkowo interesował.
- Shhh.- Mruknęła Lorien, z niespotykaną jak na siebie czułością gładząc szkło.- Przepraszam, z reguły nie są tak… podekscytowane. – Skłamała gładko. Te cholery miały więcej energii niż pierwszoroczni w Hogwarcie na pierwszych zajęciach z latania.