16.11.2024, 18:14 ✶
Nieznacznie wzruszył ramionami, wyginając przy tym wargi w odrobinę niezręcznym uśmiechu. Odkąd tak właściwie zaczął oficjalnie przykładać aż taką wagę do cudzych uczuć? Jasne, do roślin zawsze miał trochę więcej delikatności niż w stosunku do ludzi, ale jeszcze nigdy nie pozwalał sobie na to, żeby zacząć wdawać się w otwarte dyskusje o tym, że drzewkom przeznaczonym na rzeź szczytny cel mogło być przykro.
Nie to, że przedtem w ogóle tego nie robił. To znaczy - że nie zastanawiał się nad uczuciami flory (faunę na ogół miał w dupie, choć na przykład psy - psy lubił), ale zazwyczaj po prostu nie dawał tego po sobie poznać. Tymczasem teraz pozwolił sobie na tę uwagę, która została całkowicie właściwie zinterpretowana przez Roselyn.
- Z pewnością byłoby to całkiem niezłe rozwiązanie. Szczególnie patrząc, w jak wyśmienitym stanie jest ta twoja jedyna dostatecznie ukryta szklarnia - stwierdził z przekąsem, znacząco ogarniając spojrzeniem ich najbliższe otoczenie.
Choć bez wątpienia imponowało mu to, w jaki sposób Roselyn podeszła do tematu prowadzenia badań w sekrecie. Sam pomysł robienia tego w tej a nie innej części terenów posiadłości, w dodatku ukrywając pomieszczenie niemalże na widoku, jedynie pod zgrabnie rzuconym czarem maskującym był godny przyklasku.
Mało kto wpadłby na to, że pod latarnią (czy tam pod stertą desek i podobnych spróchniałych śmieci) faktycznie może być najciemniej. To znaczy - tak, zawsze się tak mówiło, szczególnie że magiczne latarnie często działały na zasadzie płomyka zamkniętego w szklanej oprawie albo zaczarowanej świecy w zaśniedziałym kloszu. Takie źródło światła nie było zbyt trwałe ani nie dawały za wiele światła. W dodatku z jakiegoś powodu miały tendencję do rozpraszania się na boki a nie do dołu bądź w górę.
Tym samym pod czarodziejskimi latarniami w rzeczy samej potrafiło być najciemniej. Szczególnie, że z dala od nich czarodzieje zazwyczaj przyświecali sobie różdżkami. A kto świadomie, całkowicie bez poczucia zażenowania stawał pod latarnią z własnym Lumosem? No, wyglądałoby to co najmniej kretyńsko.
Mimo to ludzie zazwyczaj mieli tendencję do pomijania wzrokiem tego, co znajdowało się tuż przed nimi, ale wyglądało nieciekawie, nieestetycznie albo, co gorsza, wymagałoby od nich fizycznego zaangażowania. Nawet (a może szczególnie?) ludzie z ich rodziny. Sam Ambroise zapewne wielokrotnie wcześniej pomijał szklarnię siostry wzrokiem, stwierdzając w myślach, że ktoś coś kiedyś powinien zrobić z tym całym syfem a potem idąc dalej. Rzecz jasna bez planów dotykania się do tego problemu.
Tymczasem po przyprowadzeniu go tu w czerwcu i rozwianiu złudzenia, czuł się całkiem imponująco zaskoczony. Zwłaszcza przez pierwsze razy, które tu spędzał. Zarówno z Roselyn, jak i samotnie. No, szczególnie z Roselyn, bo im dłużej i częściej zostawał tu sam, tym bardziej dochodził do wniosku, że wypadałoby naprawić trochę rzeczy w tym, bądź co bądź, naprawdę obiecującym miejscu.
Z tym, że wbrew swoim wszelkim zielarskim i technicznym, manualnym zapędom, Ambroise nie palił się do tego, żeby coś tu zmieniać. Przynajmniej nie samowolnie, bo pewnie, gdyby zostało mu to zasugerowane to bez wahania wsparły Roo w tym zakresie. Jednakże sam z siebie nie zajął się niczym podobnym, jedynie przestawiając rzeczy z miejsca na miejsce, gdy to było potrzebne, ale nie dokonując żadnych zmian czy napraw.
Już raz w życiu przeznaczył długie godziny na to, by doprowadzić jeden ogród z kompletnej ruiny do stanu, z którego był cholernie dumny. Pozakładał grządki, nasadził roślin - kwiatów, krzewów, ziół i drzew. Stworzył magiczny żywopłot wokół terenu domku, specjalnie wybrał się daleko wgłąb górskich terenów, aby zakupić malutkie roślinki, które teraz zapewne rozrosły się bez niego albo uschły i zdechły. Żadna z tych opcji nie brzmiała pocieszająco.
Mieli szklarnię i miniaturową oranżerię przytuloną do domku. Tak, był bardzo zadowolony ze swojej wieloletniej pracy, nawet jeśli wszystko raz na jakiś czas zaczynało się psuć, sypać i buntować.
Teraz to wszystko najpewniej zdążyło popaść już w całkowitą ruinę lub zostało przez kogoś sprowadzone do przykrej, niewłaściwej roli ogródka warzywnego i niczego więcej. Szczerze wątpił, żeby jego cenne zioła i te bardziej specyficzne, wymagające rośliny miały się dobrze pod cudzą opieką. Nie chciał, żeby ktoś to przejął, bo to było jego własnością, jego kawałkiem serca, nie spadkiem po nim, bo on w dalszym ciągu żył. Po prostu nie tam. Po prostu ledwo.
Tego wieczoru szczególnie, bo atmosfera niepokoju udzielała mu się jak nigdy. Coś bardzo złego czaiło się w mroku nocy. Coś, czego nie dało się nazwać ani odgonić światłem lamp. Zresztą nagle chyboczących się w porywie chłodnego wiatru, który wdarł się do pomieszczenia przez lufcik w dachu, gasząc połowę źródeł światła.
- Natomiast chyba masz rację - instynktownie przeniósł wzrok w kierunku jednego z kątów szklarni, który teraz ogarnęła zupełna ciemność, kontynuując powoli w zamyśleniu - to chyba musi tu zostać. Przynajmniej dopóki nie znajdziemy mu innego miejsca - choć tak właściwie to czy było jakieś lepsze miejsce?
Tu to drzewko urosło. Tu się obudziło. Tu się wychowało, tu było jego miejsce. Niezależnie od tego, z czym musiało się mierzyć, mając świadomość, że za wyczarowaną przez Roselyn zasłoną czaiło się zło czyhające na jego braci...
...w pewnym momencie Ambroise zamrugał, przełykając ślinę i czując jak przechodzi go dreszcz. Chyba nie myślał o drzewku. Jego myśli mimowolnie skierowały się ku Kniei skrytej w mroku na horyzoncie.
- Możemy za to sprawdzić, na ile da się coś zrobić z resztą. Wydaje mi się, że będzie je można stąd niedługo zabrać - i po prostu pociąć w innym miejscu, ale tego nie powiedział już na głos.
Zamiast tego wyciągnął różdżkę, machając w kierunku wygaszonych lamp, żeby ponownie je rozpalić. Potrzebowali tu zdecydowanie więcej światła. Mrok na zewnątrz wydawał się być zbyt gęsty, za mocno napierał na szklane ściany wywołując u Roisa dziwnie klaustrofobiczne wrażenie. Niepokój. Ostatnio czuł go znacznie bliżej. Tuż pod samą wierzchnią warstwą naskórka, który w tym momencie pokryła gęsia skórka.
- Chcesz czynić honory? - Spytał, przesuwając się bliżej odgrodzonej reszty roślin.
Kształtowanie - przywrócenie światła
Nie to, że przedtem w ogóle tego nie robił. To znaczy - że nie zastanawiał się nad uczuciami flory (faunę na ogół miał w dupie, choć na przykład psy - psy lubił), ale zazwyczaj po prostu nie dawał tego po sobie poznać. Tymczasem teraz pozwolił sobie na tę uwagę, która została całkowicie właściwie zinterpretowana przez Roselyn.
- Z pewnością byłoby to całkiem niezłe rozwiązanie. Szczególnie patrząc, w jak wyśmienitym stanie jest ta twoja jedyna dostatecznie ukryta szklarnia - stwierdził z przekąsem, znacząco ogarniając spojrzeniem ich najbliższe otoczenie.
Choć bez wątpienia imponowało mu to, w jaki sposób Roselyn podeszła do tematu prowadzenia badań w sekrecie. Sam pomysł robienia tego w tej a nie innej części terenów posiadłości, w dodatku ukrywając pomieszczenie niemalże na widoku, jedynie pod zgrabnie rzuconym czarem maskującym był godny przyklasku.
Mało kto wpadłby na to, że pod latarnią (czy tam pod stertą desek i podobnych spróchniałych śmieci) faktycznie może być najciemniej. To znaczy - tak, zawsze się tak mówiło, szczególnie że magiczne latarnie często działały na zasadzie płomyka zamkniętego w szklanej oprawie albo zaczarowanej świecy w zaśniedziałym kloszu. Takie źródło światła nie było zbyt trwałe ani nie dawały za wiele światła. W dodatku z jakiegoś powodu miały tendencję do rozpraszania się na boki a nie do dołu bądź w górę.
Tym samym pod czarodziejskimi latarniami w rzeczy samej potrafiło być najciemniej. Szczególnie, że z dala od nich czarodzieje zazwyczaj przyświecali sobie różdżkami. A kto świadomie, całkowicie bez poczucia zażenowania stawał pod latarnią z własnym Lumosem? No, wyglądałoby to co najmniej kretyńsko.
Mimo to ludzie zazwyczaj mieli tendencję do pomijania wzrokiem tego, co znajdowało się tuż przed nimi, ale wyglądało nieciekawie, nieestetycznie albo, co gorsza, wymagałoby od nich fizycznego zaangażowania. Nawet (a może szczególnie?) ludzie z ich rodziny. Sam Ambroise zapewne wielokrotnie wcześniej pomijał szklarnię siostry wzrokiem, stwierdzając w myślach, że ktoś coś kiedyś powinien zrobić z tym całym syfem a potem idąc dalej. Rzecz jasna bez planów dotykania się do tego problemu.
Tymczasem po przyprowadzeniu go tu w czerwcu i rozwianiu złudzenia, czuł się całkiem imponująco zaskoczony. Zwłaszcza przez pierwsze razy, które tu spędzał. Zarówno z Roselyn, jak i samotnie. No, szczególnie z Roselyn, bo im dłużej i częściej zostawał tu sam, tym bardziej dochodził do wniosku, że wypadałoby naprawić trochę rzeczy w tym, bądź co bądź, naprawdę obiecującym miejscu.
Z tym, że wbrew swoim wszelkim zielarskim i technicznym, manualnym zapędom, Ambroise nie palił się do tego, żeby coś tu zmieniać. Przynajmniej nie samowolnie, bo pewnie, gdyby zostało mu to zasugerowane to bez wahania wsparły Roo w tym zakresie. Jednakże sam z siebie nie zajął się niczym podobnym, jedynie przestawiając rzeczy z miejsca na miejsce, gdy to było potrzebne, ale nie dokonując żadnych zmian czy napraw.
Już raz w życiu przeznaczył długie godziny na to, by doprowadzić jeden ogród z kompletnej ruiny do stanu, z którego był cholernie dumny. Pozakładał grządki, nasadził roślin - kwiatów, krzewów, ziół i drzew. Stworzył magiczny żywopłot wokół terenu domku, specjalnie wybrał się daleko wgłąb górskich terenów, aby zakupić malutkie roślinki, które teraz zapewne rozrosły się bez niego albo uschły i zdechły. Żadna z tych opcji nie brzmiała pocieszająco.
Mieli szklarnię i miniaturową oranżerię przytuloną do domku. Tak, był bardzo zadowolony ze swojej wieloletniej pracy, nawet jeśli wszystko raz na jakiś czas zaczynało się psuć, sypać i buntować.
Teraz to wszystko najpewniej zdążyło popaść już w całkowitą ruinę lub zostało przez kogoś sprowadzone do przykrej, niewłaściwej roli ogródka warzywnego i niczego więcej. Szczerze wątpił, żeby jego cenne zioła i te bardziej specyficzne, wymagające rośliny miały się dobrze pod cudzą opieką. Nie chciał, żeby ktoś to przejął, bo to było jego własnością, jego kawałkiem serca, nie spadkiem po nim, bo on w dalszym ciągu żył. Po prostu nie tam. Po prostu ledwo.
Tego wieczoru szczególnie, bo atmosfera niepokoju udzielała mu się jak nigdy. Coś bardzo złego czaiło się w mroku nocy. Coś, czego nie dało się nazwać ani odgonić światłem lamp. Zresztą nagle chyboczących się w porywie chłodnego wiatru, który wdarł się do pomieszczenia przez lufcik w dachu, gasząc połowę źródeł światła.
- Natomiast chyba masz rację - instynktownie przeniósł wzrok w kierunku jednego z kątów szklarni, który teraz ogarnęła zupełna ciemność, kontynuując powoli w zamyśleniu - to chyba musi tu zostać. Przynajmniej dopóki nie znajdziemy mu innego miejsca - choć tak właściwie to czy było jakieś lepsze miejsce?
Tu to drzewko urosło. Tu się obudziło. Tu się wychowało, tu było jego miejsce. Niezależnie od tego, z czym musiało się mierzyć, mając świadomość, że za wyczarowaną przez Roselyn zasłoną czaiło się zło czyhające na jego braci...
...w pewnym momencie Ambroise zamrugał, przełykając ślinę i czując jak przechodzi go dreszcz. Chyba nie myślał o drzewku. Jego myśli mimowolnie skierowały się ku Kniei skrytej w mroku na horyzoncie.
- Możemy za to sprawdzić, na ile da się coś zrobić z resztą. Wydaje mi się, że będzie je można stąd niedługo zabrać - i po prostu pociąć w innym miejscu, ale tego nie powiedział już na głos.
Zamiast tego wyciągnął różdżkę, machając w kierunku wygaszonych lamp, żeby ponownie je rozpalić. Potrzebowali tu zdecydowanie więcej światła. Mrok na zewnątrz wydawał się być zbyt gęsty, za mocno napierał na szklane ściany wywołując u Roisa dziwnie klaustrofobiczne wrażenie. Niepokój. Ostatnio czuł go znacznie bliżej. Tuż pod samą wierzchnią warstwą naskórka, który w tym momencie pokryła gęsia skórka.
- Chcesz czynić honory? - Spytał, przesuwając się bliżej odgrodzonej reszty roślin.
Kształtowanie - przywrócenie światła
Rzut N 1d100 - 29
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 76
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down