16.11.2024, 21:27 ✶
Faktu posiadania kogokolwiek ani nie potwierdził, ani mu nie zaprzeczył. Bo jak nazwać to co było między nim a Calanthe? To głębokie, pierwotne uczucie jakim mogły się dzielić tylko bliźnięta zrodzone z jednej cząstki materii.
Nie była mu dziewczyną. Na Matkę, tak ckliwy zwrot nigdy nie przeszedł przez Baldwinową myśl. Tak… niepoważny, gdy chodziło o pokrewieństwo umysłów. Była oblubienicą, którą składał na ołtarze bogów obleczoną w biel świętości, jego panną nad pannami, której sypał u stóp ścieżkę ze świeżych płatków róż, dbając by ni jeden kolec nie zranił jej skóry.
- Dlaczego ktokolwiek miałby być zazdrosny o aktorów?- Zapytał zamiast tego wyraźnie zaciekawiony. Nie potrafił z początku określić czy chodziło jej o czystą fizyczność – gdy sunął opuszkami palców pod skrwawionych dłoniach Lady Makbet, scałowując jej grzech jakby był jego własnym; czy o coś bardziej metafizycznego – moment, gdy na scenie przeistaczali się w martwych bohaterów starych dramatów i tragedii. Gdy od reżysera i samych Bogów zależało co uczynią dalej; co powiedzą; pomyślą; poczują. Aktorzy byli niczym lalki w rękach znudzonych dzieci; o coś innego – jak atencję jaką zyskiwał od zauroczonych, zwykle znudzonych i bogatych panienek zachwyconych jego grą?
To nie Baldwin Malfoy był pociągający. To Otello, Rotbart, czy trolli Król Gór. To Orfeusz, którego nauki odbijały się w słowach i gestach jego bratanka.
Kiedy znów się spotkali - tym razem w jego łazience, o dziwo bardziej ogarniętej niż główny pokój, choć jak wszystko dookoła niosącej wyraźny ślad wiekowości lokalu, jakby nikt się nie przejmował remontami, jedną czy dwiema potrzaskanymi kafelkami, farbą złażącą z ościeży małego okienka – Baldwin siedział na podłodze przy wannie, do której wsadził sporej wielkości miskę. Rozalinda o dziwo wydawała się całkiem zadowolona z kąpieli w sztucznie pachnącym truskawkowym mydle. Rozbijała ogonem kolejne bańki mydlane, kichając, gdy piana dostawała się jej szczurzego nosa.
- Och doprawdy min kjære ? – Powtórzył tą pieszczotliwą norweską klątwę, chociaż jego akcent pozostawiał bardzo wiele do życzenia.- Cóż złego jest w odrobinie szaleństwa? Choć… Dziś łatwo się zawieść, wiesz? Spotkałem pewnego Mulcibera, całkiem niedawno. Jakiż on się wydawał zachwycająco szalony.- Westchnął, wyciągając mokre dłonie z wanny. Otarł je o własną szatę nim sięgnął po przyniesioną przez nią szklankę z alkoholem.- Ale okazał się tylko rzemieślnikiem. W dodatku zajebiście uzależnionym od ojca.- Przyłożył dramatycznie wolną dłoń do piersi.- Wierzę, że ojciec chce dla mnie i dla rodu jak najlepiej! Mogę być kimś więcej aniżeli wykonawcą erotycznych świeczek! Tak mi oświadczył, gdy się widzieliśmy.
W głosie Baldwina pojawiła się przez moment nieskrywana pogarda. Skrzywił się, na jeden raz upił pół szklanki wprawionym ruchem człowieka, który whisky pija częściej niż wodę. Podniósł wzrok, spoglądając w jasne oczy Scarlett. Oboje wiedzieli o kim mówił. Może i nie stracił tego chłopięcego uroku, ale atmosfera nieco zgęstniała.
Jakby badał, bezgłośnie pytał – a ty? Jesteś taka sama? Nudna, ślepa na piękno, przerażona swoim własnym potencjałem?
- Ja… Maluję odkąd tylko pamiętam.- Przyznał uczciwie. Odstawił szklankę na kafelki obok siebie, biorąc z podłogi puchaty ręcznik. Ułożył go sobie ostrożnie na kolanach.- To ponoć rodzinne. Zdziwiłabyś się ilu Malfoy’ów zostało obdarzonych przez Boginię Matkę talentem. Moja – najmilsza, najdoskonalsza – siostra stryjeczna Lorraine jest niezwykłą pianistką. Jestem przy niej jak dziecko z kredkami świecowymi.- Zaśmiał się bez cienia zazdrości. Opłukał Rozalindę pod ciepłą, bieżącą wodą i ostrożnie ułożył ją na przygotowanym ręczniku. Opatulił ją w kokonie, nie chcąc ryzykować, że się przeziębi. W łazience mimo gorącej pory roku było dość chłodno.
- Ale czemu nie zdradzisz mi czegoś o sobie? Wychowanka Durmstrangu, zagubiona w Londynie, raczej przyjezdna? Skrywasz jakieś tajemnice? Przed czymś uciekłaś z mroźnej Norwegii?
Nie była mu dziewczyną. Na Matkę, tak ckliwy zwrot nigdy nie przeszedł przez Baldwinową myśl. Tak… niepoważny, gdy chodziło o pokrewieństwo umysłów. Była oblubienicą, którą składał na ołtarze bogów obleczoną w biel świętości, jego panną nad pannami, której sypał u stóp ścieżkę ze świeżych płatków róż, dbając by ni jeden kolec nie zranił jej skóry.
- Dlaczego ktokolwiek miałby być zazdrosny o aktorów?- Zapytał zamiast tego wyraźnie zaciekawiony. Nie potrafił z początku określić czy chodziło jej o czystą fizyczność – gdy sunął opuszkami palców pod skrwawionych dłoniach Lady Makbet, scałowując jej grzech jakby był jego własnym; czy o coś bardziej metafizycznego – moment, gdy na scenie przeistaczali się w martwych bohaterów starych dramatów i tragedii. Gdy od reżysera i samych Bogów zależało co uczynią dalej; co powiedzą; pomyślą; poczują. Aktorzy byli niczym lalki w rękach znudzonych dzieci; o coś innego – jak atencję jaką zyskiwał od zauroczonych, zwykle znudzonych i bogatych panienek zachwyconych jego grą?
To nie Baldwin Malfoy był pociągający. To Otello, Rotbart, czy trolli Król Gór. To Orfeusz, którego nauki odbijały się w słowach i gestach jego bratanka.
Kiedy znów się spotkali - tym razem w jego łazience, o dziwo bardziej ogarniętej niż główny pokój, choć jak wszystko dookoła niosącej wyraźny ślad wiekowości lokalu, jakby nikt się nie przejmował remontami, jedną czy dwiema potrzaskanymi kafelkami, farbą złażącą z ościeży małego okienka – Baldwin siedział na podłodze przy wannie, do której wsadził sporej wielkości miskę. Rozalinda o dziwo wydawała się całkiem zadowolona z kąpieli w sztucznie pachnącym truskawkowym mydle. Rozbijała ogonem kolejne bańki mydlane, kichając, gdy piana dostawała się jej szczurzego nosa.
- Och doprawdy min kjære ? – Powtórzył tą pieszczotliwą norweską klątwę, chociaż jego akcent pozostawiał bardzo wiele do życzenia.- Cóż złego jest w odrobinie szaleństwa? Choć… Dziś łatwo się zawieść, wiesz? Spotkałem pewnego Mulcibera, całkiem niedawno. Jakiż on się wydawał zachwycająco szalony.- Westchnął, wyciągając mokre dłonie z wanny. Otarł je o własną szatę nim sięgnął po przyniesioną przez nią szklankę z alkoholem.- Ale okazał się tylko rzemieślnikiem. W dodatku zajebiście uzależnionym od ojca.- Przyłożył dramatycznie wolną dłoń do piersi.- Wierzę, że ojciec chce dla mnie i dla rodu jak najlepiej! Mogę być kimś więcej aniżeli wykonawcą erotycznych świeczek! Tak mi oświadczył, gdy się widzieliśmy.
W głosie Baldwina pojawiła się przez moment nieskrywana pogarda. Skrzywił się, na jeden raz upił pół szklanki wprawionym ruchem człowieka, który whisky pija częściej niż wodę. Podniósł wzrok, spoglądając w jasne oczy Scarlett. Oboje wiedzieli o kim mówił. Może i nie stracił tego chłopięcego uroku, ale atmosfera nieco zgęstniała.
Jakby badał, bezgłośnie pytał – a ty? Jesteś taka sama? Nudna, ślepa na piękno, przerażona swoim własnym potencjałem?
- Ja… Maluję odkąd tylko pamiętam.- Przyznał uczciwie. Odstawił szklankę na kafelki obok siebie, biorąc z podłogi puchaty ręcznik. Ułożył go sobie ostrożnie na kolanach.- To ponoć rodzinne. Zdziwiłabyś się ilu Malfoy’ów zostało obdarzonych przez Boginię Matkę talentem. Moja – najmilsza, najdoskonalsza – siostra stryjeczna Lorraine jest niezwykłą pianistką. Jestem przy niej jak dziecko z kredkami świecowymi.- Zaśmiał się bez cienia zazdrości. Opłukał Rozalindę pod ciepłą, bieżącą wodą i ostrożnie ułożył ją na przygotowanym ręczniku. Opatulił ją w kokonie, nie chcąc ryzykować, że się przeziębi. W łazience mimo gorącej pory roku było dość chłodno.
- Ale czemu nie zdradzisz mi czegoś o sobie? Wychowanka Durmstrangu, zagubiona w Londynie, raczej przyjezdna? Skrywasz jakieś tajemnice? Przed czymś uciekłaś z mroźnej Norwegii?