16.11.2024, 23:55 ✶
Poranek w miasteczku zatopionym przedstawiał się wyjątkowo malowniczo. Słońce powoli wzbijało się po niebie, wschodząc nad horyzont, a jego promienie powoli przenikały przez lekki, poranny chłód, sprawiając, że zaczynał się rozmywać. Temperatura była niemalże idealna.
Jak to bywało w tego typu miejscach, czas płynął tu znacznie wolniej. Świat dookoła dopiero powoli budził się do życia. Wszystkie biznesy, które nie musiały być otwarte od wczesnego ranka dopiero zaczynały otwierać swoje drzwi. Ktoś właśnie wystawiał baner reklamowy na nóżkach, inna osoba przecierała zewnętrzne stoliki w ogródku piwnym.
Powietrze było świeże, a zapach wilgotnej ziemi, właśnie koszonej gdzieś trawy i kwitnących kwiatów sprawiał, że klimat Doliny stawał się jeszcze bardziej uroczy, malowniczy i sielski. Zupełnie tak, jakby nigdy nie działy się tu żadne mroczne rzeczy, jakby to był najprawdziwszy raj na Ziemi.
Wzdłuż wąskich uliczek zalanych złotym światłem stały przytulone do siebie niskie murowane domy z brązowymi i czarnymi dachami nadal lśniącymi od porannej rosy, która jeszcze nie zdążyła wyparować.
Większość okien w mijanych przez Greengrassa budynkach była uchylona albo całkowicie szeroko otwarta na oścież. Wewnątrz domów ludzie przygotowywali się do nowego dnia. Zarysy sylwetek przesuwały się i znikały.
Nie przyglądał się temu widokowi zbyt długo, po prostu mimowolnie patrzył na domy, po czym zaraz odwracał wzrok. Zdecydowanie nie był typem człowieka karmiącego się cudzym szczęściem, gdy jego własne zdążyło dawno go opuścić. Choć tak właściwie było przecież zupełnie w drugą stronę - to on je opuścił.
Z okien piekarni zawiało ciepłem. W powietrzu uniósł się aromat świeżego pieczywa. Chwilę później zmieszany z wonią świeżo palonej kawy z kawiarni, która zwabiała do siebie nielicznych przechodniów. Jeszcze nielicznych, ale przecież było stosunkowo wcześnie.
Z każdym krokiem, jaki Ambroise robił w kierunku głównego placu i niewielkiego skwerku, powietrze wypełniały coraz głośniejsze dźwięki porannego ptasiego koncertu. Paradoksalnie niezbyt harmonijnego chórku ogłaszającego nadejście kolejnego dnia.
Nieważne, co działo się dookoła. W Kniei, w Londynie, w Hogsmeade, wszędzie... ...życie nadal toczyło się swoim biegiem i nawet jeśli czarodzieje z Doliny Godryka zdawali sobie sprawę z większej części niebezpieczeństw niż mieszkający tu mugole, wszyscy nieodmiennie raz za razem poddawali się idyllicznemu klimatowi. W końcu pamięć ludzka była bardzo krótka i wybiórcza.
Szczególnie w tak malownicze i piękne dni jak ten, kiedy nad Doliną unosiły się delikatne chmurki, które odznaczały się rozmytą bielą na tle błękitnego nieba. Co prawda Greengrass kątem oka dostrzegł pośród nich jakiś ciemny cień, ale kompletnie go zignorował.
Jego myśli były zajęte zupełnie czymś innym, co tak właściwie wybitnie kontrastowało z klimatem dookoła. Kiedy w parku już zaczęły rozbrzmiewać głosy dokazujących dzieci i spacerujących rodzin. Gdy w kawiarni zaczęło robić się tłoczno i rozmownie, on chciał po prostu wrócić do posiadłości. Do swojej części rodowej własności. Nie, nie do domu. Już nigdy nie do domu.
Niestety mógł się spodziewać, że nie będzie mu to dane. Przynajmniej nie tak szybko jak mógłby planować i tego pragnąć. Bowiem nagle stanął oko w plecy (tak, dokładnie tak) z kurwiącą ile wlezie, szarpiącą się z krzewami rudą furią, która nie dość, że niemal go przeleciała (swoją miotłą uwięzioną teraz w krzakach - rzecz jasna) to w dodatku nawet nie próbowała oglądać się na wyrządzone szkody.
No cóż. Przynajmniej była konsekwentna w swojej kompletnej ignorancji. Czy to w stosunku do otoczenia, czy to do elementarnej wiedzy odnośnie tego, z jakim wątpliwej klasy przeciwnikiem właśnie walczyła.
- Cytisus scoparius. Żarnowiec miotlasty. Bezsprzecznie - nie musiał wyrokować, on po prostu to wiedział, podkreślając to bez większego zastanowienia. - Ten tutaj wydaje się być rozjuszony - ponownie nie wyrokował a stwierdzał fakty; no, zdecydowanie wkurwiła ten krzew jeszcze bardziej niż roślina wkurwiła ją. - Choć trudno mu się dziwić - prawdopodobnie mógłby darować sobie te słowa, ale tak właściwie to nawet nie zamierzał.
Szczególnie widząc to, co robiła z tym biednym krzewem, który niechybnie wypuściłby jej miotłę, gdyby tylko przestała traktować go z całkowitym brakiem szacunku, ofensywnie rzucając się do ataku na gałązki, szarpiąc, kurwiąc i wyklinając ile wlezie.
- Nie od tego wzięło się określenie miotlasty, przynajmniej w oficjalnej wersji, ale tak. W tym przypadku sądzę, że tak, zamierza to zrobić. Całkiem nieźle mu to idzie - w jego słowach ciężko byłoby doszukiwać się współczucia dla jakże ekspresyjnej czarownicy, raczej przeciwnie - brzmiał, jakby zaciętość żarnowca w próbach pochłonięcia miotły całkiem mu imponowała.
Tym bardziej, że komentarze rudowłosej furiatki, nawet jeśli brzmiały momentami całkiem zabawnie to w pewnym momencie zaczęły robić się irytujące. Zamiast posłuchać dobrej rady, wolała w dalszym ciągu szarpać się na oślep.
Cóż, mógłby jej pomóc. Sam zaoferował wsparcie, ale nie zamierzał prosić się, aby być jej bohaterem w już nieco zmoczonym płaszczu.
- W porządku - odruchowo wsunął ręce do kieszeni, wzruszając ramionami - życzę powodzenia.
Nie pchał się tam, gdzie nie jest potrzebny. Nie miał tendencji do narzucania się obcym osobom z pomocą, bo zazwyczaj traktował ją jako źródło pozyskania kontaktu albo przydługi. A w tym konkretnym przypadku nie widział najmniejszego sensu w podjęciu próby uzyskania jednego bądź drugiego.
Nie. To nie dość, że była furiatka to jeszcze gówniara. Wcześniej z miotełką, teraz już coraz bardziej prawdopodobnie bez niej.
- Pomocne może być wypuszczenie miotły i ograniczenie inwektyw - stwierdził jeszcze po chwili namysłu, czy w ogóle jest sens mówić coś po pożegnaniu, marszcząc brwi i zatrzymując się wpół kroku, gdy strumień wody znikąd oblał mu buty, prawie wdzierając się pod skarpetki.
Ki cholera? Wszystko zaczynało być coraz bardziej mokre. Ziemia, krzewy, trawa, jego buty, nie mówiąc już o ostatnim zmarnowanym papierosie, ale przede wszystkim rudowłosa dziewczyna.
- Nie zeżre całej miotły. Tylko kilka witek. Tym więcej ile gałązek sam połamie. Musi się odbudować - w dalszym ciągu marszcząc brwi, zawiesił się na próbie nieco półprzytomnej lokalizacji źródła wodnego problemu, kontynuując bezwiednie, choć w każdym innym przypadku najpewniej już dawno odszedłby w kierunku posiadłości.
- Wystarczy go upomnieć i ładnie poprosić o oddanie nieswojej własności. Przyjacielska interakcja, mówi to coś panience? - Spytał bez przejęcia za to z wyraźnie wyczuwalną konsternacją, bo wody było coraz więcej.
Rozejrzał się dookoła, żeby sprawdzić najbliższe otoczenie i mimowolnie sięgnął po różdżkę, żeby machnąć nią nisko w połach płaszcza, próbując pozbyć się wody.
Rozproszenie - próba pozbycia się kałuży spod moich ładnych skórzanych butów
Jak to bywało w tego typu miejscach, czas płynął tu znacznie wolniej. Świat dookoła dopiero powoli budził się do życia. Wszystkie biznesy, które nie musiały być otwarte od wczesnego ranka dopiero zaczynały otwierać swoje drzwi. Ktoś właśnie wystawiał baner reklamowy na nóżkach, inna osoba przecierała zewnętrzne stoliki w ogródku piwnym.
Powietrze było świeże, a zapach wilgotnej ziemi, właśnie koszonej gdzieś trawy i kwitnących kwiatów sprawiał, że klimat Doliny stawał się jeszcze bardziej uroczy, malowniczy i sielski. Zupełnie tak, jakby nigdy nie działy się tu żadne mroczne rzeczy, jakby to był najprawdziwszy raj na Ziemi.
Wzdłuż wąskich uliczek zalanych złotym światłem stały przytulone do siebie niskie murowane domy z brązowymi i czarnymi dachami nadal lśniącymi od porannej rosy, która jeszcze nie zdążyła wyparować.
Większość okien w mijanych przez Greengrassa budynkach była uchylona albo całkowicie szeroko otwarta na oścież. Wewnątrz domów ludzie przygotowywali się do nowego dnia. Zarysy sylwetek przesuwały się i znikały.
Nie przyglądał się temu widokowi zbyt długo, po prostu mimowolnie patrzył na domy, po czym zaraz odwracał wzrok. Zdecydowanie nie był typem człowieka karmiącego się cudzym szczęściem, gdy jego własne zdążyło dawno go opuścić. Choć tak właściwie było przecież zupełnie w drugą stronę - to on je opuścił.
Z okien piekarni zawiało ciepłem. W powietrzu uniósł się aromat świeżego pieczywa. Chwilę później zmieszany z wonią świeżo palonej kawy z kawiarni, która zwabiała do siebie nielicznych przechodniów. Jeszcze nielicznych, ale przecież było stosunkowo wcześnie.
Z każdym krokiem, jaki Ambroise robił w kierunku głównego placu i niewielkiego skwerku, powietrze wypełniały coraz głośniejsze dźwięki porannego ptasiego koncertu. Paradoksalnie niezbyt harmonijnego chórku ogłaszającego nadejście kolejnego dnia.
Nieważne, co działo się dookoła. W Kniei, w Londynie, w Hogsmeade, wszędzie... ...życie nadal toczyło się swoim biegiem i nawet jeśli czarodzieje z Doliny Godryka zdawali sobie sprawę z większej części niebezpieczeństw niż mieszkający tu mugole, wszyscy nieodmiennie raz za razem poddawali się idyllicznemu klimatowi. W końcu pamięć ludzka była bardzo krótka i wybiórcza.
Szczególnie w tak malownicze i piękne dni jak ten, kiedy nad Doliną unosiły się delikatne chmurki, które odznaczały się rozmytą bielą na tle błękitnego nieba. Co prawda Greengrass kątem oka dostrzegł pośród nich jakiś ciemny cień, ale kompletnie go zignorował.
Jego myśli były zajęte zupełnie czymś innym, co tak właściwie wybitnie kontrastowało z klimatem dookoła. Kiedy w parku już zaczęły rozbrzmiewać głosy dokazujących dzieci i spacerujących rodzin. Gdy w kawiarni zaczęło robić się tłoczno i rozmownie, on chciał po prostu wrócić do posiadłości. Do swojej części rodowej własności. Nie, nie do domu. Już nigdy nie do domu.
Niestety mógł się spodziewać, że nie będzie mu to dane. Przynajmniej nie tak szybko jak mógłby planować i tego pragnąć. Bowiem nagle stanął oko w plecy (tak, dokładnie tak) z kurwiącą ile wlezie, szarpiącą się z krzewami rudą furią, która nie dość, że niemal go przeleciała (swoją miotłą uwięzioną teraz w krzakach - rzecz jasna) to w dodatku nawet nie próbowała oglądać się na wyrządzone szkody.
No cóż. Przynajmniej była konsekwentna w swojej kompletnej ignorancji. Czy to w stosunku do otoczenia, czy to do elementarnej wiedzy odnośnie tego, z jakim wątpliwej klasy przeciwnikiem właśnie walczyła.
- Cytisus scoparius. Żarnowiec miotlasty. Bezsprzecznie - nie musiał wyrokować, on po prostu to wiedział, podkreślając to bez większego zastanowienia. - Ten tutaj wydaje się być rozjuszony - ponownie nie wyrokował a stwierdzał fakty; no, zdecydowanie wkurwiła ten krzew jeszcze bardziej niż roślina wkurwiła ją. - Choć trudno mu się dziwić - prawdopodobnie mógłby darować sobie te słowa, ale tak właściwie to nawet nie zamierzał.
Szczególnie widząc to, co robiła z tym biednym krzewem, który niechybnie wypuściłby jej miotłę, gdyby tylko przestała traktować go z całkowitym brakiem szacunku, ofensywnie rzucając się do ataku na gałązki, szarpiąc, kurwiąc i wyklinając ile wlezie.
- Nie od tego wzięło się określenie miotlasty, przynajmniej w oficjalnej wersji, ale tak. W tym przypadku sądzę, że tak, zamierza to zrobić. Całkiem nieźle mu to idzie - w jego słowach ciężko byłoby doszukiwać się współczucia dla jakże ekspresyjnej czarownicy, raczej przeciwnie - brzmiał, jakby zaciętość żarnowca w próbach pochłonięcia miotły całkiem mu imponowała.
Tym bardziej, że komentarze rudowłosej furiatki, nawet jeśli brzmiały momentami całkiem zabawnie to w pewnym momencie zaczęły robić się irytujące. Zamiast posłuchać dobrej rady, wolała w dalszym ciągu szarpać się na oślep.
Cóż, mógłby jej pomóc. Sam zaoferował wsparcie, ale nie zamierzał prosić się, aby być jej bohaterem w już nieco zmoczonym płaszczu.
- W porządku - odruchowo wsunął ręce do kieszeni, wzruszając ramionami - życzę powodzenia.
Nie pchał się tam, gdzie nie jest potrzebny. Nie miał tendencji do narzucania się obcym osobom z pomocą, bo zazwyczaj traktował ją jako źródło pozyskania kontaktu albo przydługi. A w tym konkretnym przypadku nie widział najmniejszego sensu w podjęciu próby uzyskania jednego bądź drugiego.
Nie. To nie dość, że była furiatka to jeszcze gówniara. Wcześniej z miotełką, teraz już coraz bardziej prawdopodobnie bez niej.
- Pomocne może być wypuszczenie miotły i ograniczenie inwektyw - stwierdził jeszcze po chwili namysłu, czy w ogóle jest sens mówić coś po pożegnaniu, marszcząc brwi i zatrzymując się wpół kroku, gdy strumień wody znikąd oblał mu buty, prawie wdzierając się pod skarpetki.
Ki cholera? Wszystko zaczynało być coraz bardziej mokre. Ziemia, krzewy, trawa, jego buty, nie mówiąc już o ostatnim zmarnowanym papierosie, ale przede wszystkim rudowłosa dziewczyna.
- Nie zeżre całej miotły. Tylko kilka witek. Tym więcej ile gałązek sam połamie. Musi się odbudować - w dalszym ciągu marszcząc brwi, zawiesił się na próbie nieco półprzytomnej lokalizacji źródła wodnego problemu, kontynuując bezwiednie, choć w każdym innym przypadku najpewniej już dawno odszedłby w kierunku posiadłości.
- Wystarczy go upomnieć i ładnie poprosić o oddanie nieswojej własności. Przyjacielska interakcja, mówi to coś panience? - Spytał bez przejęcia za to z wyraźnie wyczuwalną konsternacją, bo wody było coraz więcej.
Rozejrzał się dookoła, żeby sprawdzić najbliższe otoczenie i mimowolnie sięgnął po różdżkę, żeby machnąć nią nisko w połach płaszcza, próbując pozbyć się wody.
Rozproszenie - próba pozbycia się kałuży spod moich ładnych skórzanych butów
Rzut N 1d100 - 25
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 54
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down